Znudzony hodowlą chomików i szynszyli decydujesz się na szopa pracza. Hodowca ostrzega: zwierzak uwielbia penetrować nieznane zakątki domu. Chowasz zatem wszystkie kable, zabezpieczasz krajalnicę do chleba, kupujesz wiszącą szafkę na detergenty. Nie wiesz jeszcze, że za pół roku na szopa uczuli się twoja siostra, zmienisz mieszkanie, a właściciel nowego nie zgodzi się na futerkowca lub po prostu przerośnie cię czasochłonna opieka nad pupilem. Co wtedy? W przypływie dobroci serca postanowisz wypuścić go na wolność. Po czułym pożegnaniu odprowadzasz ulubieńca na skraj lasu. I pozwalasz mu pójść w swoją stronę.

Skazane na zagładę

Wypuszczenie na wolność przedstawiciela gatunku niewystępującego naturalnie w danym środowisku to dramat nie tylko dla ciebie, ale również dla niego. – To nie jest żadne zwrócenie wolności. Po pierwsze większość z tych zwierząt skazujemy na bolesną śmierć z głodu i zimna, atak drapieżników, pasożytów, chorób. Po drugie jest to złamanie przepisów. Zgodnie z prawem obowiązującym w Polsce nie można wprowadzać do środowiska gatunków obcych – ostrzega dr Wojciech Solarz z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. – Jest to wykroczenie zagrożone karą aresztu lub karą grzywny.

Gatunki obce zagrażają rodzimym populacjom zwierząt i roślin, ponieważ rywalizują o teren, wyjadają zapasy, plądrują gniazda ptaków, przenoszą choroby. W Polsce największy problem stanowią drapieżniki takie jak szop pracz, norka amerykańska i jenot.

– Te trzy gatunki są wyjątkowo traktowane w polskim ustawodawstwie – tłumaczy dr Solarz. – Zniesiono dla nich np. okres ochronny. Do niedawna w okresie rozrodu i karmienia nie można było do nich strzelać. Teraz eliminować wolno także samice w ciąży czy karmiące młode. Dopuszczono również odłów za pomocą pułapki żyworodnej. Są to bardzo drastyczne metody, lecz dzięki temu unikamy sytuacji, w której pozwalamy im na rozród po to, żeby potem do nich strzelać – zaznacza ekspert.

Na celowniku

Jak to się stało, że niewielkie sympatyczne zwierzęta traktujemy jak zbiegów, a zalecaną formą ich zwalczania jest odstrzał?

Szop pracz przybył do nas z Niemiec i Czech. Pochodzący z Ameryki Północnej i Środkowej gatunek do hodowli wprowadzono około 1945 roku we wschodnich Niemczech. Pięć lat później niewiadoma liczba osobników pojawiła się w Czechosłowacji, w okolicach miasta Zvolen. Do roku 1984 szopy hodowano w Polsce w kilku ogrodach zoologicznych i na kilkunastu fermach. Następnie zwierzaki zaczęły wymykać się człowiekowi i rozprzestrzeniać po całym kraju.

Szeregi niechcianych osobników zasilili też emigranci z Niemiec. Dziś szopy stanowią zagrożenie dla rodzimych gatunków, takich jak kuraki leśne, duże dziuplaki, drozdy, ptaki siewkowe, wodne i wodno-błotne oraz wiele drobnych i średnich kręgowców.

Występująca naturalnie na północnym obszarze Ameryki Północnej norka amerykańska pojawiła się w Europie na początku XX wieku. Początkowo w Skandynawii, później również na Wyspach Brytyjskich i w ZSRR, gdzie przed rokiem 1977 wypuszczono na wolność ponad 20 tys. osobników. Dziś rozprzestrzenia się w całej Europie, wyniszczając populacje rodzimych wodnych ssaków i ptaków, m.in. norki europejskiej, gronostaja, łasicy, wydry, łyski, karczownika ziemno-wodnego czy kaczek.

Jenot do Polski dotarł w 1955 roku z terenów byłych republik radzieckich – Litwy, Białorusi i Ukrainy. Zagraża w szczególności ptakom wodnym i wodno-błotnym: cietrzewiowi i głuszcowi oraz kaczkowatym. Jest także nosicielem wścieklizny.

 

Ratować „Baśkę”

W Europie prawdziwą plagę stanowią amerykańskie wiewiórki szare, które wyniszczają populację wiewiórek rudych. Zajmują ich tereny i konkurują o pokarm, przez co niewielkie „baśki” przestają wydawać na świat potomstwo. Wiewiórki szare są także nosicielami wiewiórczej ospy, na którą same są odporne, a która dziesiątkuje rudych kuzynów. Naukowcy szacują, że jeśli natychmiast nie zostanie wynaleziona szczepionka na tę chorobę, europejska populacja wiewiórek rudych może wyginąć już w ciągu najbliższych 20 lat.

W Polsce na razie oficjalną wojnę wypowiedziano pochodzącemu z Ameryki Północnej i Środkowej żółwiowi czerwonolicemu, który został uznany za jeden z najbardziej inwazyjnych gatunków na świecie. – Stwarza zagrożenie między innymi dla polskich płazów i bezkręgowców. W sytuacji, gdy znajdzie się na tym samym stanowisku co nasz żółw błotny, może doprowadzić do zaniku jego populacji wskutek nieuczciwej konkurencji, walcząc na przykład o tzw. plażowiska, czyli miejsca wykorzystywane przez żółwie do wygrzewania się na słońcu. Swego czasu gad ten był importowany ze Stanów Zjednoczonych w setkach tysięcy, również do Polski. Z czasem posiadacze żółwi czerwonolicych z różnych przyczyn zaczęli się ich pozbywać – najczęściej wypuszczając je na wolność do różnego rodzaju zbiorników wodnych – tłumaczy Borys Kala z Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”, które wspiera Ministerstwo Środowiska w rozwiązywaniu problemu gatunków obcych.

– W przyszłości chcielibyśmy stworzyć azyl dla obcych żółwi wodno-błotnych, do którego można by przekazywać niechciane osobniki, aby nie wypuszczać ich do środowiska – dodaje.

W związku z zaostrzaniem się problemu, od 2011 roku na posiadanie 52 obcych gatunków inwazyjnych trzeba uzyskać pozwolenie władz. Na czarnej liście znalazły się m.in. bizon, bóbr kanadyjski, jeleń wschodni czy właśnie szop pracz.

Co zrobić, jeśli właśnie uświadomiłeś sobie, że drzemiący w pokoju obok Pimpuś, ukochany szop pracz, którego dwa lata temu dostałeś na urodziny, może mieszkać u ciebie nielegalnie? Przede wszystkim: nie wypuszczać!

– Na dalsze posiadanie nawet najbardziej niebezpiecznych gatunków będzie można uzyskać pozwolenie – uspokaja dr Wojciech Solarz. – Zgoda zostanie wydana po spełnieniu pewnych warunków, np. po oznakowaniu danego osobnika. Nie będzie jednak dopuszczany rozród tych zwierząt. Konieczna będzie sterylizacja lub zostanie ustanowiony wymóg hodowania osobników tylko jednej płci na danym obszarze. Będzie także dopuszczona możliwość sprzedaży danego osobnika. Nie można zrobić tak, że od dzisiaj zakażemy posiadania inwazyjnych gatunków i nakażemy ich eutanazję, bo ludzie zaczęliby je wypuszczać na wolność, a to najgorsze, co mogłoby się stać. Przepisy trzeba wprowadzać ostrożnie – tłumaczy Solarz.