Dariusz Klimczak: Jakie były pierwsze słowa, które pan usłyszał po wylądowaniu w Dęblinie?
Imrich Gablech: 
„Jezus Maria! Skąd się tu wzięliście?”. Odpowiedziałem: „Ze Słowacji”. „Jezus Maria. Nic nie wiedzieliśmy” – wszyscy byli naszym przylotem bardzo zaskoczeni.

D.K.: Nie było żadnej obrony?
I.G.: Żadnej. Jedynie raz, w okolicy Babiej Góry, odezwała się obrona przeciwlotnicza. Zaczęła strzelać. Ale lecieliśmy za wysoko.

D.K.:  Co działo się po wylądowaniu?
I.G.:  Zabrali nas z lotniska, dali obiad, kolację. O wpół do 7 wieczorem odwieźli na dworzec na pociąg pośpieszny do Warszawy. Tu zawieźli nas do budynku Ministerstwa Obrony. Jeszcze tego samego dnia wieczorem przyjechał do nas minister obrony z żoną.

D.K.: Po co?
I.G.: Przywitał się. Pytał, jak się czujemy.

D.K.: I już?
I.G.: I już.

D.K.: Co się w tym czasie działo?
I.G.: Nic. Czekaliśmy. Po tygodniu przenieśli nas do Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29. Tam mieszkaliśmy do końca czerwca. A 1 lipca przewieźli nas z powrotem do Dęblina, gdzie zaczęliśmy latać jako instruktorzy.

D.K.: Nie musieliście niczego tłumaczyć?
I.G.: To pewne, że polski kontrwywiad z początku traktował nas jak szpiegów. Dlatego przez pierwsze trzy tygodnie siedzieliśmy w Warszawie. Prześwietlali nas, ale doszli najwyraźniej do wniosku, że to, co mówimy, jest prawdą. A mówiliśmy, że nie zgadzaliśmy się z niemiecką okupacją Czechosłowacji i dlatego uciekliśmy. Po trzech tygodniach podpisaliśmy umowy jako kontraktowi pracownicy.

D.K.: Ilu was przyleciało?
I.G.:  Ośmiu. W czterech samolotach. Było czterech pilotów oraz cztery osoby obsługi: strzelec, mechanik, zbrojmistrz i radiotelegrafista. Wszyscy byliśmy Słowakami.

D.K.: Kiedy zaczęliście myśleć o tym, by uciec?
I.G.: Tak na poważnie to w marcu 1939 roku, po zajęciu Czechosłowacji przez wojska Hitlera [16 marca Niemcy utworzyli Protektorat Czech i Moraw; 2 dni wcześniej powstała proniemiecka Republika Słowacka; przyp. red.]. Nie zgadzaliśmy się z tym, co się stało. Wychowano nas w duchu czechosłowackim, a nie czeskim czy słowackim. Tymczasem Słowacy podpisali zgodę z Hitlerem i to mnie jako Słowaka strasznie bolało. Jestem wolnym człowiekiem i wiedziałem, że nie chcę służyć Hitlerowi. Podobnie myśleli koledzy.

 

D.K.:  Przygotowywaliście się do ucieczki?
I.G.: To nie było takie proste, zwłaszcza wtedy, gdy nasza eskadra stacjonowała jeszcze w Żylinie [miasto w północnej Słowacji – przyp. red.]. Tam była niemiecka straż. Poza tym dowódca współpracował z Niemcami. Zdecydował między innymi, żeby w samolotach zostawiać tak mało benzyny, by nie można było przelecieć granicy. Tak więc żadnych szans na ucieczkę. Dopiero gdy naszą eskadrę rozdzielili na dwie części – jedną przenieśli do Spiskiej Nowej Wsi, a drugą do Pieszczan w zachodniej Słowacji, taka szansa się pojawiła.

D.K.: Jak to zaplanowaliście?
 I.G.: W dzień Bożego Ciała, 7 czerwca 1939 r., cały personel latający – piloci i nawigatorzy – mieli pojechać do łaźni. Nasza ósemka została na lotnisku. Zakładaliśmy, że gdy zorientują się, że nas nie ma, to my już będziemy w powietrzu. Zanim wrócą na lotnisko, minie z pół godziny. Zanim zatankują samoloty, kolejne kilka minut. To wszystko dawało nam dość sporą przewagę. Wystartowaliśmy w cztery samoloty. Do Tatr jeszcze dolecieliśmy razem. A potem jeden pilot trochę się pogubił i dotarł do Krakowa. My w trzech samolotach dolecieliśmy do Dęblina. To były bombowce Letov Š–328, całkiem nowoczesne samoloty. Zresztą zostały potem rozmontowane na części. Pewnie szukano w nich szpiegowskiej aparatury. Generalnie chcieliśmy dolecieć do Warszawy. Ale zobaczyliśmy lotnisko w Dęblinie, było spore, a my byliśmy już zmęczeni. Dlatego zdecydowaliśmy się lądować.

D.K.: Nie baliście się, że zostaniecie wzięci za wrogów?
I.G.: W ogóle o tym nie myśleliśmy. Byliśmy pewni, że nic się nam nie stanie. Jesteśmy przecież Słowianami. Z Polakami szybko się zaprzyjaźniliśmy. Zaczęliśmy chodzić na tańce.

D.K.: Były dziewczyny? Pan miał wtedy 24 lata.
I.G.: Ja byłem nieśmiały. Spotykaliśmy się z dziewczynami, ale ja nie miałem z nimi zbyt wielu kontaktów. Chyba nie za bardzo umiałem. W domu, na Słowacji, dziewczyny mówiły o mnie: „Imre to dobry chłopak, ale głupi. Nawet nie pocałuje”.

D.K.: Przyszedł 1 września...
I.G.: Dzień ten upłynął jeszcze spokojnie. Niemcy nadlecieli nad Dęblin dopiero dzień później i od razu zaczęli bombardować lotnisko. Pas startowy, samoloty. Wszyscy się rozbiegli, zaczęli się chować w okopach. Postanowiłem wystartować, uratować jakiś samolot. Jak myślę o tym dzisiaj, to wydaje mi się, że działałem chyba trochę nieświadomie.

D.K.: Udało się panu?
I.G.: Nie było nikogo, kto mógł mi pomóc, więc musiałem sam zakręcić śmigłem, zapalić motor, wyjąć spod kół blokady. Startowałem chyba z trzy razy, omijając dziury zrobione przez bomby. Gdy byłem już w powietrzu, to zdecydowałem się lecieć na lotnisko pomocnicze Borowina na południe od Dęblina. Jak podleciałem, to zobaczyłem, że całe płonie. Wtedy powiedziałem sobie w myślach: „Gablechu, długo to ty tak nie wytrzymasz”.

D.K.:  Kończyło się paliwo?
I.G.: To też, ale wokół ciągle latały niemieckie bombowce.

D.K.: Mieliście jakiś plan ewakuacji?
I.G.: Byliśmy umówieni na polowym lotnisku w Górze Puławskiej. Tam się mieliśmy spotkać. Ale wiedziałem, że mogę tam nie dolecieć. Musiałem więc znaleźć miejsce do lądowania. W lesie pod sobą zobaczyłem przecinkę. Mówię do siebie: „Nie da się, Gablechu, nic innego zrobić. Musisz jakoś wylądować. Wóz albo przewóz”. To nie była równa łąka, tylko taka przecinka z wystającymi pniami pościnanych drzew. Wyłączyłem silnik, zamknąłem dopływ paliwa, odpiąłem pas, bo najbardziej się bałem, że spłonę w kabinie. Spalenie to straszna śmierć. Wolałem już wylecieć z kabiny.

D.K.:I tak się stało?
I.G.:  Dokładnie tak. Wylądowałem, wy-
padłem i straciłem przytomność. Po jakim czasie oprzytomniałem – nie umiem powiedzieć. Było to pewnie kilka godzin. W głowie miałem zapach dymu i trzask płonącego ogniska. Gdy byłem chłopcem, to często chodziliśmy piec nad ogniem kukurydzę czy ziemniaki w popiele. Pamiętam więc te strzelające ogniki: trzask, trzask, trzask. Gdy doszedłem do siebie, to zobaczyłem zniszczony samolot. Udało mi się wstać, zacząłem sprawdzać, czy nie mam jakichś złamań. Jedynie kolano mnie trochę bolało, ale mogłem chodzić.

D.K.: Dokąd pan poszedł?
I.G.: Wiedziałem, że muszę dostać się na lotnisko Borowina. Okazało się, że jest całkiem blisko i gdy tam doszedłem, to zacząłem chodzić od jednego samolotu do drugiego i sprawdzać, który może polecieć. Znalazłem sprawną Czaplę. Omijając leje po bombach, wystartowałem i doleciałem na Górę Puławską. Byłem tam pierwszy. Inni zaczęli się zlatywać po kilku godzinach. Wieczorem było już kilka samolotów. Przenocowaliśmy w szkole, a następnego dnia przyszedł kpt. Jan Hryniewicz, dowódca Eskadry Ćwiczebnej Obserwatorów z Dęblina, i powiedział, że potrzebuje trzech ochotników. Zgłosiłem się. Dostaliśmy szofera i mechanika. I pojechaliśmy z powrotem do Dęblina. A tam przy drodze wozy, konie, krowy; wszystko pozabijane, zbombardowane, straszny zapach. Wrzesień był w 1939 r. bardzo gorący… Na rogatkach polskie wojsko. Zatrzymali nas i obok przejechała kawalkada pojazdów wojskowych. Okazało się, że to Śmigły-Rydz ewakuował się ze sztabem. Dojechaliśmy do miasta i nagle usłyszeliśmy huk samolotów. Znowu nadlatywali Niemcy. Zatrzymaliśmy się pod drzewem. Moi koledzy piloci doszli do wniosku, że nie ma już po co jechać na lotnisko. Zaczęliśmy się z mechanikiem z nimi sprzeczać, przekonywać, że trzeba sprawdzić, w końcu oni jednak wsied-
li z kierowcą do auta i odjechali.

D.K.: Zostawili was tak bez niczego?
I.G.: Zostałem sam z mechanikiem. Przenocowaliśmy w jakiejś stodole i nad ranem doszliśmy do centrum Dęblina. Miasto było opuszczone. Większość ludzi uciekła. Idziemy i nagle słyszę: „Panie Gablech, panie Gablech!”. „Co jest, do jasnej cholery?” – myślę. Kto by mógł mnie znać? Pan Bóg co najwyżej. I nagle widzę dziewczynę, która wygląda przez okno i śmieje się do nas. „Pani mnie zna? Skąd?”. „Oj, pan nie pamięta tej potańcówki u artylerzystów? Nie pamięta pan, że przetańcował ze mną niemal cały wieczór?”. „No, nie pamiętam”. Nawet nie wiem, jak miała na imię. Musiałem mieć wtedy mocno w czubie. Wiem tylko, że była magistrem farmacji. I bardzo ładna.

D.K.: Ona nie chciała uciekać?
I.G.: Spytałem ją o to. A ona: „Ja się nie boję. Jestem pół Niemką, pół Polką. Moja matka jest Niemką, ojciec Polakiem. Nie potrzebuję uciekać”. Spytała, czy jesteśmy głodni. „Zrobię wam coś do jedzenia. Ale temu Polakowi nic nie dam” – mówi jeszcze. „Dlaczego?”. „Nie lubię Polaków. Pan jest obcokrajowcem, to co innego”. Dała mi kawałek chleba i opakowanie papierosów marki „Rarytas śląski”.
Doszliśmy do hangarów, ale okazało się, że wszystkie są pozamykane. Jednak po drugiej stronie lotniska zobaczyliśmy jakiś ruch, jakichś ludzi. To byli strażnicy, ochrona – jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Mieli klucze do hangarów. Otworzyliśmy je, a tam okazało się, że część samolotów została rozmontowana. Ale było kilka kompletnych i gotowych do lotu.

 

D.K.: Którego września to było?
I.G.:  Byliśmy tam 9 i 10 września. Dziesiątego odlecieliśmy.

D.K.: Tak po prostu?
I.G.:  Około 5 po południu pojawiło się kilku czeskich pilotów myśliwców. Przed wojną latali w Dęblinie. Kilka dni po tym, jak wybuchła wojna, pojechali do Warszawy, ale gdy okazało się, że nie mogą tam dojechać, wrócili do Dęblina. Przygotowaliśmy samoloty i około wpół do 7 wieczorem odlecieliśmy. Po półgodzinie nagle zrobiło się całkiem ciemno. Od razu noc. Żadnego wieczoru, żadnej szarzyzny. Według instrukcji w takich warunkach już nie powinno się było latać. Więc gdy nadlecieliśmy nad jakąś wioskę i wypatrzyłem coś, co przypominało łąkę, to wylądowałem. Zdeňek Bahůrek, Czech, który poleciał ze mną, wysiadł pierwszy i nagle słyszę jego głos: „Cholera, wpadłem do jamy”. „Do jakiej jamy?”. Okazało się, że wylądowałem na polu z ziemiankami i Zdeňek wpadł do jednej z nich. Jak udało mi się na tym polu wylądować, nie mam pojęcia. Zawsze w życiu miałem szczęście. Naprawdę wielkie szczęście.

D.K.: Poszliście do wsi?
I.G.: Gdy zabezpieczyliśmy samolot, usłyszeliśmy głosy: „To są Niemcy, to są Niemcy”. Podbiegł do nas mężczyzna z dwoma pistoletami i krzyczał: „Ręce do góry!”. Mówiłem już całkiem dobrze po polsku, zacząłem więc tłumaczyć, że jestem Słowakiem, który służy w polskim wojsku. „To każdy może powiedzieć!” – zaczęli krzyczeć. „Mam polski samolot” – ja na to. Oni: „Niemcy też latają w naszych”. Robiło się gorąco, gdy pojawiło się czterech polskich żołnierzy. Rozgonili tłum i zawieźli nas do starosty. Tam dostaliśmy jajecznicę, chleb, mleko, opowiedzieliśmy co i jak i poszliśmy spać do stodoły. W nocy zachciało mi się siku. Wychodzę na dwór, a tu stoi strażnik. Idę z drugiej strony stodoły, a tam drugi.

D.K.:  Nie wierzyli wam jednak do końca.
I.G.: Najwyraźniej. Rano pozwolili nam jednak odejść. Tyle tylko, że natychmiast okazało się, że jesteśmy otoczeni przez Niemców. „Możemy się przebić, mamy samolot” – mówię. Dostaliśmy czterech mężczyzn, którzy mieli nam pomóc wyciągnąć samolot z tego pola ziemianek. Udało się nam wystartować. Wzięliśmy kurs na wschód. Dolecieliśmy pod Parczew. Tam dowiedzieliśmy się, że mamy lecieć jeszcze dalej na wschód, pod Stanisławów.

D.K.: Tak naprawdę, to cały czas uciekaliście.
I.G.: Tak to można odbierać. Chodziło jednak o to, by uratować choć kilka samolotów. W walce z niemieckimi samolotami te polskie były bez szans. Dlatego mieliśmy rozkaz wylądować w Rumunii.

D.K.: Kiedy tam dolecieliście?
I.G.: Niestety nie dolecieliśmy. Jakieś siedem kilometrów od ówczesnej granicy polsko-rumuńskiej było miasteczko Horodenka. Kapitan Hryniewicz zdecydował, by tam wylądować, po to by poczekać na zaopatrzenie. Wylądowaliśmy i poszliśmy do miasta po coś do jedzenia. Ale wszędzie, gdzie prosiliśmy o chleb, mówiono, że nie mają. Ciągle tylko słyszeliśmy: „Nie ma. Nie ma”. Mieszkali tam już Ukraińcy, którzy – jak się okazało – nie bardzo lubili Polaków, więc mówili tak specjalnie. Bo gdy zacząłem rozmawiać po czesku z innymi pilotami, to usłyszałem: „To wy nie jesteście Polakami?”. „Jesteśmy Czechosłowakami”. „Ojej, żono, chodź tutaj, to nie są Polacy, ale Czechosłowacy” – od razu na stole pojawił się chleb, biały ser w klinkach. Miałem skórzany płaszcz z głębokimi kieszeniami. Napakowałem w te kieszenie jedzenia i zaniosłem do bazy. Tam jedliśmy razem z Polakami.

D.K.: Odlecieliście stamtąd do Rumunii?
I.G.: Nie zdążyliśmy. To był już 18 września. Wpadł do nas jeden z sierżantów i zaczął krzyczeć, że w mieście pojawili się bolszewicy. Polacy – jak to usłyszeli – to szybko się schowali. My zaś uważaliśmy, że nic nam nie mogą zrobić, więc spokojnie dojedliśmy chleba, dopiliśmy mleko. I gdy wyszliśmy do miasta, jest ładna pogoda, idziemy, rozmawiamy i nagle słyszymy: „Ruuuuki wieeeerch”. Sowieccy żołnierze pojawili się jak fatamorgana. „Oddawaj broń!” – krzyczeli.

D.K.: Miał pan broń?
I.G.: Miałem w kieszeni płaszcza pistolet. „Co robić?” – myśli przeleciały przez głowę. Mam ten pistolet wyrzucić czy nie? W końcu go wyrzuciłem.

D.K.: Aresztowali was?
I.G.: Było nas w sumie 11 lotników: 8 z Polski, my 3 z Czechosłowacji. Zamknęli nas w tak małym pomieszczeniu, że wszyscy musieliśmy stać. Nie można było usiąść. Trzy dni nie dawali jeść ani pić.
Po tych trzech dniach przewieźli nas w inne miejsce i zaczęła się kontrola. Był z nami Polak, porucznik, w bardzo eleganckim mundurze. I oni do niego: „Zdejmuj buty”. Zdjął. „Zdejmuj palto”. Zdjął. „Dawaj spodnie”. Dał. Zabrali mu też koszulę i żołnierz został tylko w bieliźnie. I wtedy Rosjanin zauważył, że na palcach ma jeszcze złotą obrączkę. „Dawaj obrączkę ”– mówi. A ten Polak zaczyna prosić, by mu ją zostawili, że to pamiątka po żonie. Oni jednak się uparli. Zaczęli krzyczeć: „Dawaj!”. On nie chciał dać. Zabrali go więc gdzieś i po chwili usłyszeliśmy takie stłumione „pach”. Rosjanin wrócił sam. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

 

D.K.: Co z wami zrobili?
I.G.: Trafiliśmy do obozów pracy. Na początku to była kopalnia gdzieś w rejonie Krzywego Rogu na Ukrainie, gdzie pracowałem niemal rok. Potem przewieźli mnie na północ Związku Radzieckiego, do Republiki Komi. Pojechałem tam z Polakami, nie było żadnych Czechów czy Słowaków. Budowaliśmy kolej. Było nam smutno i gdy chcieliśmy się podnieść się na duchu, śpiewaliśmy piosenki. Myślę, że jak każdy człowiek mam w sobie poczucie wolności. Nie czuję się dobrze w zamknięciu. Kto wie, ile czasu bym tam spędził, gdyby Niemcy nie zaatakowali Sowietów.

D.K.: Wtedy został pan zwolniony z obozu?
I.G.:  I od razu zacząłem myśleć o przedostaniu się do Anglii. Popłynąłem 26 września z Archangielska. W konwoju były 33 okręty. To był największy konwój ze Związku Radzieckiego do Wielkiej Brytanii w tym czasie. Płynęliśmy trzy tygodnie i 13 października 1941 r. przypłynęliśmy do Szkocji.

D.K.: Pan był cały czas z Polakami?
I.G.: Ja cały czas miałem wtedy podpisaną jeszcze w Dęblinie umowę o pracę w Polsce. Byłem w jakimś sensie polskim pracownikiem. Ale po przyjeździe do Anglii zacząłem szukać swoich. Pod koniec października dotarłem w Londynie do czechosłowackiego inspektoratu wojskowego. I potem służyłem już w jednostkach czechosłowackich.

D.K.: Latał pan?
I.G.:  No jasne. Ale zaczęły się pojawiać problemy ze zdrowiem wynikające z pracy w sowieckich obozach. Raz po wylądowaniu straciłem przytomność. Cud, że nie rozbiłem samolotu. Nie mogłem spać, a jak już zasnąłem, to coś bełkotałem przez sen, narzekałem, marudziłem. Trafiłem nawet na dwa miesiące do szpitala. Ostatni lot miałem w 1943 r. Potem zrobiłem kurs na kontrolera lotów i pracowałem na lotniskach w Wielkiej Brytanii. Byłem chyba dobry, bo jako były pilot czułem tych, którzy byli w powietrzu.

D.K.: Interesował się pan, co się stało z siódemką kolegów, z którymi uciekał pan ze Słowacji?
I.G.:  Jeśli chodzi o pilotów, to z czterech przeżyło nas trzech. Oprócz mnie także Jozef Kaňa, który był w Anglii i po wojnie przeszedł do cywila. Ożenił się z Angielką i przeniósł gdzieś do Afryki. Przed dwoma laty dostałem list z wyciętym nekrologiem: zmarł Jozef Kaňa, pilot II wojny światowej. Przeżył także Honza – Ján Lazar, który po wojnie, w cywilu, zaczął pracować dla Baty. Zginął jedynie Jozef Hrala.
Z tej siódemki w Anglii zginął także zbrojmistrz Karol Valach. To był chłop, który non stop żartował. Zestrzelony został również strzelec Franciszek Knotek. Ale on wylądował na spadochronie, resztę wojny spędził w obozie. Potem mieszkał w Brnie, byłem na jego pogrzebie. Co stało się z pozostałą dwójką, nie wiem.

D.K.: Kiedy pan wrócił do Czechosłowacji?
I.G.:  Za domem tęskniłem cały czas. Wkurzałem się, że ta wojna trwa i trwa. Wróciłem 2 sierpnia 1945 r.

D.K.: Do Pragi?
I.G.:  Na lotnisko Ruzyně. Tam, tak jak w Anglii, zajmowałem się organizacją działu kontroli lotów. Do 2 lutego 1949 r. Wtedy wyrzucili mnie z wojska. To już była komunistyczna Czechosłowacja.

D.K.: Nie żałował pan decyzji o powrocie? Mógł pan zostać w Anglii.
I.G.:  Anglicy oferowali mi etat na lotnisku. Jedna z moich ówczesnych dziewczyn, Czeszka, mówiła mi: „Imro. Ja do Czechosłowacji nie wracam. Chcę żyć tutaj”. I wtedy się rozstaliśmy. Spotykałem się później jeszcze z Angielką, lekarką, której ojciec był na tyle bogaty, że przekonywał mnie, że nie będę musiał nic robić, jeśli się z jego córką ożenię. „Co? Ja miałbym nic nie robić? Nie umiem nic nie robić” – odpowiedziałem mu. Gdybym się z tą dziewczyną ożenił, to pewnie mógłbym się włóczyć po świecie i pić drinki pod palmami. Ale wróciłem.

D.K.: Nie żałuje pan?
I.G.:  W ogóle. Gdybym się urodził raz jeszcze, to niczego bym w swoim życiu nie zmienił. Wszystko bym zostawił tak samo.

Warto wiedzieć:

Imrich Gablech nie wygląda na 97 lat. Chodzi co prawda o lasce, ale wszystko w swoim domu w Havliczkovym Brodzie w Czechach robi sam. Jedynie obiad przywożą mu z miasta, bo – jak mówi – do gotowania nigdy zdolności nie miał. Ten Słowak z pochodzenia jest bohaterem Polski. W grudniu zeszłego roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej m.in. za to, że 7 czerwca 1939 r. wraz z siedmioma kolegami zdecydował się uciec do Polski. Dzisiaj jest ostatnim żyjącym z niemal tysiąca czechosłowackich lotników, którzy przed wybuchem II wojny światowej zdecydowali się na podobny krok. Przy czym Gablech uciekał samolotem!

W momencie ucieczki do Polski w 1939 r. Imrich Gablech miał niecałe 24 lata. Urodził się 4 listopada 1915 r. na Słowacji. W 1936 r. przeczytał w gazecie, że Czechosłowacja potrzebuje 1000 nowych pilotów i choć ojciec mówił mu, że w samolocie tylko się zabije, to zgłosił się do szkoły lotniczej w Chebie na zachodzie Czech. Po ucieczce do Polski i zatrzymaniu w 1939 r. przez NKWD został wysłany do obozu pracy. Najpierw pracował w kopalni na Ukrainie, potem przy budowie linii kolejowej w Republice Komi. Tam zaczęły się jego kłopoty ze zdrowiem. Po zaatakowaniu ZSRR przez Niemcy trafił do Anglii, a po zakończeniu wojny, 2 sierpnia 1945 r., wrócił do Czechosłowacji. Wtedy już nie latał, pracował jako kontroler lotów na lotnisku Ruzyně w Pradze. Wiosną 1949 r., rok po objęciu władzy w Czechosłowacji przez komunistów, został zwolniony z armii. Stracił pracę i mieszkanie. W 1951 r. został na krótko aresztowany. Po wypuszczeniu na wolność pracował jako księgowy, archiwista, potem do emerytury (w 1970 r.) w fabryce materiałów opatrunkowych. W 2005 r. wydał w Bratysławie książkę „Hallo, airfield control, go ahead! (Spomienky vojnového pilota)”. W 2009 r. dostał najwyższe czeskie odznaczenie: Order Białego Lwa.