Z anim zaczęli czcić Allaha, Turcybyli koczowniczym ludem wyzna-jącym szamanizm. Zamieszkiwalirejon Ałtaju i południowej Syberii. Wędrując na zachód, zetknęli się z Arabami, od VII w. podbijającymi świat w imię islamu. Rządzący ogromnym muzułmańskim państwem kalifowie, czyli następcy Mahometa, postanowili wykorzystać tureckich wojowników do obrony granic przed innymi nomadami. Turcy zaczęli bogacić się na łupach i sprzedaży jeńców. Masowo przechodzili też na islam. Doskonale odpowiadał ich mentalności. Z natury byli wojownikami, teraz dowiadywali się, że jeśli podejmą walkę za wiarę i zginą, po śmierci czekają ich wspaniałe nagrody. Islam uwznioślał więc to, czym się dotąd i tak zajmowali. A sam akt konwersji nie był skomplikowany – wystarczyło w obecności świadków wypowiedzieć słowa szahady: „Zaświadczam, że nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem”.

Turcy przegonili szamanów, zniszczyli plemienne totemy, zaczęli słuchać islamskich duchownych. Co ciekawe, działalność misyjną wśród koczowników prowadzili głównie mistycy gotowi poświęcić Bogu życie. Ich wiara była żarliwa, lecz nieortodoksyjna i taki stawał się islam turecki. W przyszłości zaowocuje to powstaniem w jego kręgu ponad 300 mistycznych bractw i zakonów (w tym tak znanych jak mewlewici, czyli tańczący derwisze). W cieniu ich nieortodoksyjnych praktyk przetrwało wiele przesądów i magicznych rytuałów z czasów szamanizmu. Jeszcze dziś na tureckich bazarach można kupić amulety chroniące przed „złym okiem”, rzuceniem uroku, które pewnie nie spodobałyby się dawnym kalifom.

WALKA O WŁADZĘ ŚWIECKĄ

Następcy Mahometa byli z pochodzenia Arabami. Rodacy Proroka toczyli między sobą zawzięte boje o prawo do schedy po nim. Turcy byli więc formalnie wykluczeni z walki o przywództwo. Lecz na przełomie X i XI w. słabnący kalifat Abbasydów nie był już w stanie bez nich funkcjonować. Wykorzystał to turecki wódz Tugrul-beg, który w 1055 r. przedstawił kalifowi Bagdadu Al-Ka’imowi propozycję nie do odrzucenia: jeśli chce zachować godność następcy Proroka, musi mu oddać władzę świecką. To była rewolucja. Do tej pory islamskie elity mogły się spierać o to, komu z najbliższych współpracowników Mahometa i ich potomków przysługuje tytuł kalifa, ale jak dogmat traktowały zasadę, że władza świecka i duchowa jest niepodzielna. Tugrul-beg zburzył tę jedność. Od kalifa Al-Ka’ima zażądał tytułu sułtana.

W języku arabskim słowo sultān oznacza panowanie, autorytet, moc. Czyli wszystko, co posiadał Tugrulbeg, a czego brakowało Al-Ka’imowi. Bezsilny kalif nie miał wyjścia. Zrzekł się swoich kompetencji w sprawach administracyjnych, wojskowych i tych, których bezpośrednio nie regulowało prawo koraniczne. W efekcie władza doczesna uniezależniła się od religijnej. Nie był to jednak pełny rozbrat. Sułtan zobowiązał się bowiem do obrony i szerzenia islamu, a kalif zachował prawo oceniania zgodności jego najważniejszych decyzji z Koranem. Al-Ka’im zgodził się na takie ustępstwa z obawy przed rosnącymi w siłę i kwestionującymi legalność jego rządów szyitami. Dla nich prawowitymi następcami założyciela islamu byli potomkowie jego zięcia Alego, a w Abbasydach wywodzących swój ród od Abbasa – stryja Mahometa widzieli uzurpatorów. W X w. szyicki ród Bujidów zjednoczył plemiona irańskie, opanował południe dzisiejszego Iraku i omal nie przejął władzy w Bagdadzie. Mógł to jednak zrobić w każdej chwili. Ponieważ Turcy wyznawali islam sunnicki, kalif wolał oddać się pod ich protekcję, niż stracić wszystko na rzecz szyitów.

 


W RĘKACH SUŁTANA

Tugrul-beg założył dynastię sułtanów, którą od imienia jego dziadka nazwano Wielkimi Seldżukami. Po nich przyszli do władzy Osmanowie (czytaj s. 10), którzy uzasadnienie dla niekończących się podbojów znajdowali w rozumianym dosłownie religijnym nakazie prowadzenia świętej wojny. Stworzyli prawdziwe państwo dżihadu. Ukształtowali ustrój, który można określić jako militarną teokrację. Opierał się na dwóch filarach – duchowieństwie i armii oraz wszechwładzy sułtana ograniczanej jedynie nakazami Koranu.

Święta księga była jedynym źródłem prawa, ale stanowił je władca. Formalnie o zgodności jego decyzji z prawem boskim powinien orzekać przywódca religijny, lecz Osmanowie posunęli się o krok dalej niż Seldżucy i w 1517 r. zlikwidowali kalifat. W jego miejsce utworzyli własną hierarchię duchowieństwa z wielkim muftim na czele.

Regularnie zwracali się do niego z prośbą o opinię, jednak nie traktowali jak ostatniej instancji. Wręcz przeciwnie. Kler w Imperium Osmańskim był finansowany z kasy sułtana, który w zamian oczekiwał lojalności i współpracy. Jeśli tego zabrakło, władca nie zmieniał kwestionowanej decyzji, lecz... wielkiego muftiego. To odróżniało państwo Turków na przykład od Iranu, gdzie dzięki niezależności ekonomicznej imamowie mogli swobodnie krytykować władze świeckie, a nawet wzywać do ich obalenia. Działanie tego mechanizmu można obserwować do dziś.

W imperium Osmanów do otwartych konfliktów między sułtanami i wielkimi muftimi dochodziło jednak rzadko, gdyż zabezpieczał przed tym przemyślany system kształcenia elit i awansowania duchownych. Już Seldżucy zaczęli wyprowadzać edukację z domów prywatnych i meczetów, zakładając samodzielne szkoły – medresy. Osmanowie dokończyli dzieła, tworząc pięciostopniowy system nauczania. Edukacja na poziomie podstawowym odbywała się w szkółkach koranicznych, w których uczniowie poznawali podstawowe prawdy wiary, wkuwali na pamięć fragmenty Koranu, opanowywali – choć nie zawsze – umiejętność czytania i pisania. Potem przechodzili przez cztery poziomy medres. Ukończenie każdego z nich otwierało dostęp do coraz wyższych stanowisk.

 

MUŁŁA KLĘCZY, SUŁTAN PIJE

O tym, kto odgrywał decydującą rolę w relacjach między władzą świecką a duchową, wymownie świadczy wydarzenie z czasów panowania Mehmeda II, zdobywcy Konstantynopola. W czasie zimowej podróży orszak sułtana zatrzymał się na postój. Służba rozwinęła dywan, na którym usiadł Mehmed, oczekując na rozłożenie namiotu. Dworska etykieta nakazywała, by paź zdjął mu buty, ale chłopak gdzieś się zapodział. Towarzyszący sułtanowi mułła Fenari natychmiast rzucił się, by podeprzeć władcę i ściągnąć mu obuwie. Dzięki temu mógł dotknąć sułtana, co do swoich ostatnich dni wspominał jako największe wydarzenie w życiu.

Urzędnicy doskonale wiedzieli, do kogo w państwie należy decydujący głos. Ujmowali to w powiedzeniu, że fatwy (orzeczenia) wielkiego muftiego powinny być przestrzegane, edykty sułtana muszą! To sułtan decydował, jak interpretować zawarty w hadisach – opowieściach o życiu Proroka, które wraz z Koranem stanowią podstawę sunnizmu – zakaz przedstawiania wizerunków istot żywych. Mehmed II Zdobywca obwiesił swój pałac obrazami, pozwolił się nawet sportretować słynnemu weneckiemu malarzowi Gentile Belliniemu. Uznał bowiem, że zakaz dotyczy jedynie sporządzania wizerunków Boga, Mahometa oraz wiernych podobizn człowieka, czyli trójwymiarowych rzeźb. Nie miał nic przeciwko malowaniu miniatur przedstawiających sceny rodzajowe i wydarzenia historyczne. Jego bardzo religijny syn Bajazyd II wyznawał zupełnie inne poglądy – kazał usunąć z pałacu wszystkie obrazy i posprzedawać za bezcen. Równie liberalnie niektórzy władcy traktowali zakaz spożywania alkoholu. Selim II, syn Sulejmana Wspaniałego, dorobił się nawet przydomka Pijak.

SOJUSZ MECZETU Z KOSZARAMI

Mimo to uczeni duchowni (ulemowie), korzystający z licznych przywilejów, gorliwie wspierali ustrój. Pokrzepiali dowódców wojskowych, a tych do świętej wojny motywowała nie tylko wizja rajskich rozkoszy po śmierci za wiarę, lecz równie atrakcyjna wizja korzyści doczesnych. Jakich? Sułtan był właścicielem całej ziemi w imperium i tylko on mógł ją nadawać podwładnym. Areał do rozdania powiększał się wraz z podbojami, a o tym, kto i co otrzyma, decydowały dokonania wojenne. Tureccy wodzowie walczyli więc o swoje przyszłe majątki. Gdy już je posiedli, musieli stawiać się na każde wezwanie władcy, nie tylko osobiście, ale i z wyekwipowaną na własny koszt określoną liczbą żołnierzy.

Co istotne, nadane majątki nie podlegały dziedziczeniu! W imperium nie powstała więc rodowa szlachta. Jeśli ktoś nie potrafił zadbać o swoją karierę, czekała go społeczna degradacja. Zdarzało się więc, że synowie magnatów pracowali jako szewcy, krawcy czy handlarze na bazarach. Nikt ich z tego powodu nie wytykał palcami, gdyż ulemowie zadbali, by zasada, że wszyscy muzułmanie są równi, mocno zakorzeniła się w mentalności wyznawców. W innej sytuacji byli innowiercy, ale oni też nie mogli przesadnie narzekać.

 

INTRATNA TOLERANCJA

Wybitni sułtani – Mehmed II Zdobywca, Sulejman Wspaniały – znali opowieści o dokonaniach Aleksandra Wielkiego i rzymskich cesarzy. Dlatego zdawali sobie sprawę, że nie zdołają utrzymać wielonarodowego olbrzymiego państwa, opierając rządy jedynie na sile. To z pragmatyzmu, a nie z ideowych przekonań wynikała przypisywana im często tolerancja. Po wkroczeniu do zdobytego miasta Turcy zamieniali co najmniej jedną – z reguły najwspanialszą – świątynię na meczet. Zamalowywali wapnem ściany, usuwali ołtarze, obrazy, figury świętych, łamali krucyfiksy.

Chrześcijan nie zmuszali jednak do przechodzenia na islam, nie prześladowali ich duchownych. Zachowywali też struktury lokalnej władzy: pod warunkiem, że zadeklarowały wolę współpracy z najeźdźcą. Wielkoduszność była jednak pozorna. W rzeczywistości chodziło o to, by chrześcijanie, a także żydzi pozostali przy swojej wierze, gdyż dzięki temu można było na nich nakładać specjalny podatek – dżizję. Bywały nawet okresy, gdy Osmanowie zabraniali „niewiernym” konwersji na islam. Wiązało się to bowiem ze zmniejszeniem dochodów budżetowych.

Religijna tolerancja też miała granice. Okupanci nie pozwalali budować nowych kościołów i cerkwi, często zakazywali bicia w dzwony. Ale nie to okazało się najgorsze. Oryginalnym pomysłem Osmanów – dla nich wyjątkowo użytecznym, dla chrześcijan przerażającym – było prawo dewszir me. Na jego podstawie co 5–7 lat najzdolniejszych i najsprawniejszych chłopców w wieku 7–12 lat odbierano rodzicom, by przysposobić ich do służby w sułtańskiej armii lub pałacach. Turecki oficer przybywał na miejsce branki w asyście oddziału wojska. Musieli się przed nim stawić ojcowie wraz z synami oraz kapłan zobowiązany do przyniesienia księgi chrztów. Na podstawie zapisanych w niej informacji Turek sprawdzał, czy nikt się nie ukrył.

Wybranych chłopców przewożono potem do Stambułu, gdzie nadawano im nowe imiona oraz zmuszano do przejścia na islam. Stawali w szeregu jak żołnierze i unosząc prawe ramię kolejno wypowiadali szahadę. Uczono ich języka i religii. Po kilku latach ponownie gromadzono ich razem, dokonywano kolejnej selekcji i sprawnych fizycznie zamykano w koszarach. W taki sposób tworzono najbardziej elitarną formację tureckiej armii – korpus janczarów.

Odcięci od rodzin, wynarodowieni, zislamizowani i sturczeni, ale niemający żadnych związków z tureckim społeczeństwem, byli całkowicie zdani na łaskę sułtana i swoich dowódców – też janczarów. Mieszkali wspólnie w wieloosobowych barakach lub namiotach, nie mogli się żenić, wymagano od nich żelaznej dyscypliny i rygorystycznego przestrzegania prawa szariatu, z zakazem picia alkoholu i uprawiania hazardu na czele. Za każde przewinienie karano ich surowo, ale bez sadyzmu. Najbardziej dotkliwą sankcją było dziesięć uderzeń cienkim kijem w podeszwy stóp. Dezercję czy zdradę karano śmiercią.

Zdarzali się i chłopcy (około 10 proc.), których ze względu na ponadprzeciętne zdolności skierowano do pałaców sułtana. Na początku zostawali paziami: starannie ich kształcono, uczono języków obcych, dworskiej etykiety, prawa. Po zakończeniu edukacji – zgodnie z zasadą równości wszystkich muzułmanów – mogli ubiegać się o najwyższe stanowiska w państwie, nawet o urząd wielkiego wezyra, czyli sułtańskiego premiera. Na przykład Ibrahim Pasza, który w 1526 r. rozbił Węgrów pod Mohaczem i trzy lata później dowodził pierwszym oblężeniem Wiednia (1529), był Grekiem.

 

KOBIETA ISLAMSKA

Mniejsze szanse na karierę miały niestety kobiety, nawet te z islamskich domów. Generalnie w patriarchalnym społeczeństwie ojciec posiadał absolutną władzę nad wszystkimi członkami rodziny. Żona, a jeśli było go stać na poligamię – żony musiały okazywać mu posłuszeństwo. Mógł je ukarać zakazem wychodzenia z domu, przyjmowania gości, w tym członków rodziny, a nawet wymierzyć karę cielesną. Ale to na niego spadał obowiązek zapewnienia utrzymania wszystkim kobietom mieszkającym w jego domu, również owdowiałej matce i niezamężnym siostrom.

Dziewczynki od najmłodszych lat przygotowywano do roli strażniczek domowego ogniska. Nie posyłano ich do szkół; w czasie gdy synowie przebywali w medresach, córki pomagały matce, ucząc się gotowania, szycia, haftowania. Po ukończeniu 12 lat zasłaniały twarze i stawały się panna mi na wydaniu. Nie miały żadnego wpływu na wybór kandydata na męża.

Wstępne rozpoznanie z reguły przeprowadzała matka dorastającego chłopca, która podczas cotygodniowych wizyt w hammamie (publicznej łaźni) mogła przeprowadzić niezobowiązującą rozmowę z matką upatrzonej dziewczyny. Jeśli propozycja wzbudziła zainteresowanie, oferentkę zapraszano do domu potencjalnej synowej. Dzięki temu mogła obejrzeć jej twarz i figurę, na co przyszły małżonek dziewczyny musiał czekać do dnia ślubu. Jeśli oględziny wypadły zadowalająco, matka chłopaka zdawała relację swojemu mężowi. Dalsze negocjacje prowadzili już ojcowie obojga młodych. Od podjętych przez nich decyzji nie było odwołania.

Tureckie kobiety nie mogły same wychodzić z domu nawet na zakupy. W zamożniejszych rodzinach na bazar wysyłano służbę, w uboższych sprawunkami zajmowali się mężczyźni. Jedyną pozadomową rozrywką były wizyty w hammamie. Udawały się tam wspólnie wszystkie mieszkanki domu, łącznie ze służącymi oraz niewolnicami. Obecność tych ostatnich była niezbędna, ponieważ Turczynki brzydziły się stojącą wodą i nie zwykły korzystać z wanien. Kąpiel polegała na polewaniu ciała wodą z dzbanów.

W hammamie kobiety spędzały po wiele godzin. W wydzielonych salach mogły napić się kawy, poplotkować, zająć robótkami ręcznymi, a nawet zdrzemnąć. Musiały jednak pilnować upływającego czasu, ponieważ było niedopuszczalne, by kobieta przebywała poza domem po zachodzie słońca.

Mniej monotonnie biegło oczywiście życie w sułtańskim pałacu i haremie, czego dowodzi przykład Roksolany. Ale dworskie intrygi z udziałem synów sułtana, żon, urzędników i janczarów bardzo szkodziły imperium, o czym przekonali się Osmanowie, gdy podboje nie szły już tak łatwo jak wcześniej.

 

WYPALONE IMPERIUM

Sułtani dzielili świat na dwie części: dar al-islam (dom pokoju, obszar pod panowaniem władców muzułmańskich i prawa szariatu) oraz dar al-harb (dom wojny, obszar niepodlegający władzy muzułmanów, potencjalny cel dżihadu). Nawet jeśli nie wyrażali tego wprost, Osmanowie dążyli do przekształcenia w dar al-islam terytorium dawnego Cesarstwa Rzymskiego. Sułtan stałby się w nim islamskim cesarzem, a kalif (lub wielki mufti) odpowiednikiem papieża. Gdy jednak chrześcijanie zaczęli skutecznie powstrzymywać Turków w Europie, i Osmanom zabrakło nowych zdobyczy terytorialnych, ich machina wojenna straciła napęd. Nie mogąc liczyć na nowe nadania ziemskie, właściciele majątków skupili się na obronie tego, co posiadali. W efekcie zaczęły się plenić korupcja, kumoterstwo, nepotyzm. Awanse przestawały zależeć od umiejętności kandydata – decydowały układy, znajomości i pieniądze. Po bitwie wiedeńskiej (1683) Turcy ponosili kolejne porażki, ale nie wyciągali z nich wniosków. Ignorowali zmiany zachodzące w Europie, tym bardziej że zadowoleni ze swych przywilejów ulemowie – których
wiedza o świecie zastygła na poziomie z XV i XVI w. – wpajali uczniom i całemu społeczeństwu poczucie wyższości nad niewiernymi.

Na Zachodzie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, a przegrywająca kolejne wojny zacofana Turcja stała się w XIX w. nieprzystosowanym „chorym człowiekiem znad Bosforu”. Przed ostatecznym upadkiem uchronił ją sto lat temu młody oficer Mustafa Kemal – zwany Atatürkiem. Zlikwidował sułtanat i ogłosił powstanie republiki, a że mimo to rządził autorytarnie jak dawni władcy, bezwzględnie łamał opór konserwatystów, którzy do tej pory blokowali europeizację kraju. Obecny prezydent Turcji Recep Erdoğan wprowadza jednak do życia publicznego coraz więcej islamu. A historia pokazała, że ta religia równie dobrze może Turcję wzmacniać, jak pogrążać ją w zastoju.