Właśnie wróciłem z Izraela, gdzie zbierałem materiał do reportażu o obecnych stosunkach izraelsko-palestyńskich, a więc byłem świadkiem początku tego konfliktu. Zaczęło się wręcz niewinnie – na północy Izraela, na wysokości Wzgórz Golan, spadły pociski wystrzelone z terytorium Syrii. Nic się nikomu nie stało, nie było odwetu. Potem spadły ponownie, tak samo nie czyniąc większych szkód, a Izrael – trochę pro forma – oddał „strzał ostrzegawczy”. W mediach pojawiła się wersja, jakoby chodziło o zabłąkane pociski z syryjskiej wojny domowej – według tej teorii nie chodziło o agresję wobec Izraela, ale przypadkowy incydent. Miałem okazję rozmawiać z wieloma wojskowymi, oraz emerytowanymi oficerami SOI (znanych szerzej jako IDF) – zapewniali, że na razie większego konfliktu z sąsiadami nie będzie, bo nikomu się on nie opłaca. I faktycznie, racjonalna analiza wskazywałaby na to, że wrogowie Izraela nie są gotowi do działań zbrojnych na szerszą skalę, podczas gdy siły zbrojne tego kraju są przygotowane do odwetu – i to bardzo surowego – w każdej chwili.

Jeden z wojskowych powiedział mi: – wojna wybuchnie, to nie ulega wątpliwości, ale raczej w perspektywie lat, a nie miesięcy.

To, co dzieje się tam obecnie nieco przeczy tym słowom – pociski nadlatują już nie z terytorium Syrii (a może to jednak była celowa prowokacja, a nie przypadek?), ale z Autonomii Palestyńskiej, której częścią jest maleńka Strefa Gazy. Maleńka, ale doskonale uzbrojona – Hamas jest w stanie zagrozić nawet oddalonemu o niespełna 100 kilometrów Tel Awiwowi.

Problem polega na tym, że Hamas jest gotowy na prowokację, a Izrael na pokazowy rewanż. Myślę, że w najbliższym czasie strony udowodnią swoją determinację, po czym – po raz kolejny – konflikt przycichnie. Pytanie, jak to będzie, gdy skończy się wojna domowa w Syrii i Damaszek przyłączy się do walki z odwiecznym wrogiem?

Cokolwiek się stanie, Śledczy będzie się wydarzeniom na Bliskim Wschodzie uważnie przyglądał.