Dzieło Marcina Kromera „Kronika polska”, wydane w drugiej połowie XVI w., przynosi opis zadziwiających praktyk z czasów króla Zygmunta Augusta, jako żywo przypominających korridę. Przy czym w naszej wersji rolę byków pełniły żubry! 

„Kiedy zaś wytropią je myśliwi w lasach, na upatrzonym jakimś obszarze spędzeni specjalnie w tym celu wieśniacy obalają drzewa i zamykają w ten sposób zwierzynę w swego rodzaju zagrodzie i to zarówno pojedyncze sztuki, jak i całe stada, tak że ujść stamtąd nie mogą; potem buduje się na poczekaniu ogrodzone podium czy trybunę dla władcy, dam i dostojników, z której by bezpiecznie przyglądać się mogli widowisku, a następnie ustawia się myśliwców, zaopatrzonych w oszczepy, każdego pod wyznaczonym dla niego drzewem” – opisywał kronikarz przygotowania, a następnie przebieg walki: „Niebawem tętent jeźdźców, wrzask i szczucie psiarni płoszą zwierza, zmuszając go do opuszczenia gęstwy leśnej i wyjścia na środek ostępu; tam oszczepami kłują go ukryci za drzewami myśliwi, zawsze ten, do którego zwierz się najbardziej przybliży. Żubr rozjuszony ciosem uderza rogami w drzewo, za którym się kryje prześladowca, a gdy pień zbyt wąski jest na to, aby mogły się weń wbić oba rogi naraz, zwierz napiera czołem i całym cielskiem potężnym na drzewo, przy czym po obu stronach sterczą mu rogi. Tymczasem raz wbite w pierś bestii żelazo wpycha głębiej myśliwy cofając się przed atakującym go i krążącym wokół drzewa zwierzęciem; nie brak przy tym i psów silniejszych, które kąsaniem przychodzą z pomocą, póki zwierz ugodzony śmiertelnie czy też zgoła wyczerpany nie padnie”.

Kromer opisywał nawet zwodzenie żubra przy pomocy mulety: „A jeżeli myśliwy chybi w zamachu albo niezbyt szczęśliwie ugodzi czy nawet zostanie przez zwierzę wzięty na rogi i obalony, któryś z bliżej stojących obławników rzuca bestii przed oczy płachtę czerwoną; jest to bowiem kolor, który najwięcej ją drażni. Zwierz zostawia poprzedniego wroga i obraca się ku nowemu: a ten cofając się do swego drzewa zadaje cios, tym razem skuteczny”. Czy to tylko zmyślenia Kromera? Był dyplomatą i duchownym, człowiekiem bywałym w świecie – może więc słyszał o hiszpańskiej korridzie i postanowił pofantazjować o jej jagiellońskiej wersji na Litwie, Podlasiu czy Podolu...

KWESTIA JĘZYKA

Wiadomo, że polowania na żubry miały długą tradycję, dostarczały emocji i – oczywiście – mięsa. „Władysław Jagiełło uznał Puszczę Białowieską (a to tutaj żyły żubry i na nie polowano) za wyłączną własność królewską. Tu właśnie zorganizowano wielkie polowanie z udziałem tegoż króla w roku 1409. Upolowane wówczas zwierzęta (także żubry), odpowiednio zakonserwowane, a następnie przetransportowane drogą wodną, stanowiły zapasy pożywienia dla wojsk polsko-litewskich podczas bitwy pod Grunwaldem w 1410 roku. Tenże rok przyjmuje się symbolicznie jako początek ochrony Puszczy Białowieskiej” – opowiada Małgorzata Bołobot z redakcji „Księgi Rodowodowej Żubrów”, publikacji naukowej wydawanej przez Białowieski Park Narodowy.

W czasach Kromera król Zygmunt August posyłał z Knyszyna Radziwiłłom żubrze mięso jako smakołyk. Pytanie, czy kronikarz nie podkolorował prozaicznej rzeczywistości. Bo przecież na przykład o jęzorze żubra pisał: „Myśliwi unikają dotknięcia języka żubra; wysunąwszy nieco jęzor zwierz przyciąga nim do siebie człowieka, nawet choćby dotknął jedynie samego brzegu jego odzieży, bo ma ten organ bardzo szorstki”. 

Gdy pytamy o ten dziwaczny szczegół Małgorzatę Bołobot, w odpowiedzi cytuje fragment monografii Konrada Wróblewskiego „Żubr Puszczy Białowieskiej”: „Język, jak u bydła, ma 3 rodzaje brodawek: nitkowate, liściaste i grzybowate. Żaden ich typ nie różni się niczem od analogicznych brodawek u bydła. Brodawki nitkowate, obserwowane na starych żubrach, znajdujące się na końcu języka, dochodzą do długości 3,5 mm, a więc długość ich nie przekracza bynajmniej długości takichże samych brodawek u starych byków. Jest to sprzeczne z twierdzeniem niektórych autorów, jakoby brodawki wspomniane u żubrów miały być nadzwyczaj duże”. Czyli Kromer najwyraźniej przesadził.

Bołobot komentuje też sprawę czerwonej „mulety”, przyciągającej uwagę zwierząt. Informuje nas mianowicie, że prawdopodobnie ani żubry, ani byki bydła domowego nie rozróżniają kolorów. Zatem zwraca ich uwagę bardziej sam ruch, a nie barwa płachty. Czyli także tu fantazja Kromera i chęć wywarcia wrażenia na czytelnikach mogły odgrywać rolę w tworzeniu sugestywnych i podkolorowanych opisów. Inna sprawa, że ludzie mogli wierzyć w działanie czerwonej płachty czy groźny jęzor niezależnie od stanu faktycznego. 

Lecz mimo powyższych zastrzeżeń sam opis polowania autorstwa Kromera – z nagonką i zamykaniem zwierząt w „zagrodzie” – zmyśleniem już nie jest. Istnieją na to dowody: inne relacje świadków z epoki.

PIEŚŃ O ŻUBRZE

Kilkadziesiąt lat przed Kromerem swoją „Pieśń o żubrze” napisał renesansowy poeta Mikołaj Hussowski (1475–1534). Tak przedstawił w niej łowy na króla puszcz: 

„Nasamprzód poraniły go lekkie pociski, 

Sterczały w górę pręty posłanych mu strzał. 

Rozwścieklon, strasznie sapiąc drżącymi nozdrzami, 

Gromadę łowców zmierzył spojrzeniem i wraz 

Zwrot nagły uczyniwszy, w gwałtownych podskokach 

Co prędzej jął uciekać; jeźdźce za nim w ślad 

Z okrzykiem przeraźliwym puścili się w pogoń, 

Rozlegał się głos w okrąg odbity od chmur. 

Lecz gdy w szalonym biegu dotarł zwierz do miejsca, 

Gdzie drogę mu tamował stos zwalonych kłód, 

Zatrzymał go wrzask łowców: odparty, przystanął 

I zdawał się namyślać, którędy by zbiec. 

Wtem ranę mu zadaje świszczący znów pocisk, 

Ażeby go rozpętał jeszcze większy gniew. 

Widzący, jak mu cielsko przeszywa żelazo, 

W szaleństwo wręcz popada rozjuszony żubr: 

 

Myśliwych okrutnymi przebija oczami, 

Wciąż bacząc, gdzie najgęściej skupia się ich tłum. 

Nasamprzód, rażąc krwawo, kieruje swe ciosy

Ku sforze rozszczekanej, potem wpada w lud”.

Hussowski wydał swoje dzieło w 1523 r., po podróży do Rzymu u boku biskupa Erazma Ciołka, którą odbył 2 lata wcześniej. „Poemat powstał w szczególnych okolicznościach. Erazm Ciołek postanowił ówczesnego papieża Leona X, zamiłowanego myśliwego, obdarować wypchanym żubrem. Okaz tego egzotycznego zwierzęcia miał dostarczyć Mikołaj Radziwiłł, wojewoda wileński, a napisanie stosownego poematu zlecono Hussowskiemu. Zanim jednak utwór powstał, papież nieoczekiwanie zmarł; życia dokonał również (w Rzymie) biskup – stwierdza w biogramie Hussowskiego prof. Edmund Kotarski, badacz tradycji staropolskich. – »Pieśń o żubrze« (polski odpowiednik łacińskiego skrótu »Carmen de bisonte«) w tej sytuacji nie ukazała się – jak planowano – we Włoszech, lecz w Krakowie (dedykowana królowej Bonie – jak wiadomo – Włoszce), po powrocie poety do kraju. Autor korzystał z pisarskich doświadczeń twórców licznych poematów myśliwskich powstałych w otoczeniu Leona X. Przejął schemat kompozycyjny, sztukę kształtowania narracji, wszelako w doborze materiału faktograficznego zachował pełną niezależność”.


OKO W OKO

Takie łowy były z pewnością wyzwaniem dla ludzi odważnych i sprawnych fizycznie. „Polowania na żubry z użyciem rohatyn, łuków i mieczy odbywały się rozmaicie, w każdym jednak przypadku konno. Czasem w końcówce jeźdźcy spieszali się: tak działo się przeważnie, gdy zwierzę stawało się już wyraźnie osłabione” – rekonstruuje przebieg wydarzeń Jerzy M. Płachecki, podlaski badacz interesujący się staropolskimi tradycjami i obyczajami. A zatem także podczas polowania myśliwy czy grupa myśliwych stawali na koniec z żubrem oko w oko, jak podczas korridy. „Pieśń o żubrze” opiewała:

„Z przedziwną mocą w piersiach każdy za swym drzewem 

Stojący, na okrutny narażony skon, 

Mieczykiem połyskując, pokrzykując z cicha 

Dzikiego k’sobie zwierza przynęca, a ten 

Od huraganu szybszy – rzuca się na wroga,

Co chroni się na drzewo odskakując w tył”.

Hussowski i Kromer to nie jedyne świadectwa źródłowe, mówiące o dawnych polowaniach. Jak wymienia Jerzy M. Płachecki, można o nich przeczytać np. w XVI-wiecznym „Zbiorze pamiętników historycznych o dawnej Polsce” kardynała Komendoniego [patrz ramka na stronie obok] i XIX-wiecznych opracowaniach: „Myślistwo w Polsce i na Litwie” Waleriana Kurowskiego, „Gry i zabawy różnych stanów” Łukasza Gołębiowskiego czy „Jagiellonki polskie w XVI w.” Aleksandra Przeździeckiego. 

Ze źródeł wynika, że polujący najbardziej obawiali się żubrzego ogona i języka. Jednocześnie ten ostatni stanowił najcenniejsze trofeum, niczym język smoka dla rycerza ze średniowiecznych legend czy uszy byka dla torreadora. Zdobycie tej nagrody nie było jednak łatwe. Żubry są w końcu dużo potężniejsze od bydła domowego. Kromer tak opisywał, co potrafią: „Żubr jest zwierzęciem przeogromnym, ale bardzo szybkim w biegu. Zbrojny w wielkie i z lekka do wewnątrz zakrzywione rogi, potrafi wziąć na nie konia wraz z jeźdźcem i raz po raz wysoko wyrzucać go w górę, a średniej grubości drzewa wywraca z korzeniami. O potężnych jego rozmiarach najlepiej i to jeszcze świadczy, iż na łbie jego pomiędzy rogami – dwu, a nawet trzech ludzi siąść sobie może; skórę ma kosmatą i szorstką, a pod dolną szczęką zwisa mu broda i uwłosione podgardle”.

„Niezależnie od tego, czy polowanie odbywało się w specjalnie do tego celu ustawionym ogrodzeniu, czy w otwartym terenie, walczono z autentycznie dzikim, groźnym zwierzęciem, którego reakcje trudne były do przewidzenia” – podkreśla Jerzy M. Płachecki. „Na pewno zabicie żubra z wykorzystaniem jedynie strzał, łuków i oszczepów było trudnym zadaniem, bo zwierzę to ma grubą skórę i gęste futro. Nie padało więc od jednego rzutu oszczepem czy kilku strzał, a przy tym zadawane rany jedynie je rozjuszały. Rozdrażnione zwierzę na ślepo atakowało najbliższe obiekty, którymi często bywały psy lub celowo podchodzący i uskakujący uzbrojeni ludzie. Król prawdopodobnie zadawał jedynie rany dobijające (jeśli nie ograniczał się jedynie do oglądania widowiska), bo podchodzenie do rozjuszonego zwierzęcia było zbyt niebezpieczne” – dodaje Małgorzata Bołobot. Niektórzy „śmiałkowie” byli jednak do tej walki… zmuszani. 

To nie korrida!

„Według Mikołaja Hussowskiego to Wielki Książę Litewski Witold nadał polowaniom na żubry charakter obowiązkowych ćwiczeń wojennych. Wcześniej, za Kiejstuta, częstą jakoby była praktyka, iż wyroki na skazańcach wykonywano w ten sposób, że smarowano ich miodem i wpychano do zagrody z niedźwiedziem, albo ubierano w czerwień i przekazywano do dyspozycji żubra. Oba sposoby były nadzwyczaj skuteczne oraz dostarczały uciechy zgromadzonej gawiedzi – wyjaśnia nam Jerzy M. Płachecki. – Gdyby pokusić się o pewną systematykę roli żubra w wielkopańskich rozrywkach, można zauważyć, że była przynajmniej dwojaka: żubr jako wykonawca wyroków na złoczyńcach i żubr jako obiekt do wykazania się odwagą i sprawnością fizyczną biegłych w posługiwaniu się bronią mężczyzn. Gdy rzecz odbywała się w miejscach specjalnie wygrodzonych, najprawdopodobniej po odegraniu pierwszej z narzuconych mu ról, zwierzę odgrywało tę drugą”. 

 

Jak dodaje badacz, można nawet spróbować zidentyfikować miejsca, gdzie odbywały się jagiellońskie potyczki z żubrami. „Najpewniej chcąc popisać się odwagą i sprawnością przed większą widownią, przynajmniej w XV w. zaczęto budować na Litwie specjalne areny z trybunami i tam odbywały się zmagania z ułowionymi  wcześniej żubrami – mówi Płachecki, który na początku 2010 r. ukończył monografię o królewskiej koniuszni Zygmunta Augusta w Knyszynie. – Ponieważ stajnie monarchy graniczyły ze zwierzyńcem, poszperałem trochę i mogłem z dość dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że na jego terenie, być może na wzniesieniu zwanym dzisiaj Górą Królowej Bony, mieścił się obiekt, który w znacznym stopniu przypominał arenę korridy”. 

Skoro była arena, pojedynczy śmiałek naprzeciw zwierza i oglądająca ich publiczność, mieliśmy więc i korridę. Tylko czy naprawdę jagiellońską tradycję można uznać za jej odpowiednik? „Zarówno Kromer, jak i Hussowski opisują polowanie na żubra odbywające się w czasach, kiedy w Polsce nie znano jeszcze broni palnej. Faktycznie te opisy mogą się kojarzyć z hiszpańską korridą, ale tu chodzi o dzikie zwierzę, żyjące na wolności, zaś byki do walk na arenie są specjalnie hodowane. Według mojej wiedzy o korridzie zdarza się, że bykowi darowuje się życie. W przypadku polowania na żubra celem jest jego zabicie, a następnie spożytkowanie mięsa i skóry, ewentualnie spreparowanie eksponatu lub trofeum. W Hiszpanii walczy się jedynie z bykami, a w Puszczy Białowieskiej polowano na zwierzęta obu płci” – wymienia swoje zastrzeżenia Małgorzata Bołobot.

Jerzy M. Płachecki opowiada z kolei, że zwiedzając Andaluzję, widział w Rondzie walkę z bykiem i był to żenujący spektakl: „Zwierzę nie ma tam żadnych szans. To najzwyczajniej szczególny rodzaj rzeźni. Całkiem odmiennie miała się rzecz z polowaniem na żubra”.

Made in Jagiellonia

Ciekawe zatem, czy łowy na żubry przekształciły się w rodzaj „pojedynku” samoistnie (ponieważ np. przyczyny praktyczne polowania, czyli zdobycie mięsa, zostały zarezerwowane dla rozrywki króla lub ustąpiły miejsca ideologii rycerskiej: ćwiczenia w walce, hartowania swej odwagi), czy też pomysł ten jednak skądś przywędrował jako egzotyczna ciekawostka? W końcu pierwsza korrida hiszpańska odbyła się już w roku 1133, wieści z Hiszpanii roznosiły się po Europie, a droga z Rzeczypospolitej na Półwysep Iberyjski to nie wędrówka na skraj świata.

„Oczywiście, zmagania człowieka z bykiem sięgają głęboko w starożytność (Egipt, Kreta). Z tego, co zrozumiałem, zwiedzając Muzeum Korridy w Rondzie (najstarsza arena na Półwyspie Iberyjskim), dzisiejsza walka z bykiem niewiele ma wspólnego z jej hiszpańskimi początkami, które bardziej przypominały kreteńską »akrobatykę«. Zresztą najpierw odbywało się to wśród miejskich uliczek, potem na głównym rynku” – przyznaje Jerzy M. Płachecki. Uważa jednak, że na Litwie walki wykształciły się z miejscowych polowań, z czasem stając się prawdziwym show, poprzedzonym muzyką, tańcami i rozmaitymi popisami. „Praktyka polowań na żubry i późniejsze, wytworzone z niej widowiska, odznaczały się jak najbardziej rodzimym charakterem i nie czerpały z obcych wzorców” – podkreśla badacz. 

Kiedy w ubiegłym roku gruchnęła nowina, że w „Leśnym Grodzie” w Milówce w Beskidzie Żywieckim będą organizowane bezkrwawe walki byków, polscy ekolodzy gwałtownie zaprotestowali. Zapewne zrobiliby tak samo, gdyby ktoś chciał zrekonstruować nie hiszpańską, ale rodzimą „jagiellońską” tradycję. Szkoda tylko, że o tej ostatniej wiemy tak niewiele, czemu nie sprzyjają i dzisiejsze czasy – pełne mniej czy bardziej słusznych uprzedzeń wobec korridy i podobnych widowisk. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że czytając o walkach z żubrami, człowiek nabiera do tych zwierząt dużo większego szacunku, niż oglądając je na butelce „eksportowej” polskiej wódki.