Jak Bill Gates nie został papieżem

W 1994 roku świat obiegła informacja o planowanym kupnie przez Microsoft Kościoła rzymskokatolickiego. Była to pierwsza w historii internetowa próba zrobienia ludzi w balona.
Jak Bill Gates nie został papieżem

„Połączone siły firmy Microsoft i Kościoła katolickiego pozwolą nam sprawić, że religia stanie się fajniejsza i dotrze do większego grona ludzi” – mówił o swojej nowej zaskakującej inwestycji Bill Gates, cytowany w informacji prasowej, która pod koniec listo-pada 1994 roku trafiła na skrzynki mailowe dziennikarzy z całego świata. Nawet pomimo faktu, że rzekomo firmowała ją agencja Associated Press (oczywiście to fałszywka), trudno wyobrazić sobie, że ktokolwiek mógł potraktować to poważnie. A jednak – w epoce raczkującego internetu bywaliśmy równie krytyczni wobec informacji krążących w nowym medium jak amerykańscy osadnicy z XIX wieku wierzący w istnienie futerkowych pstrągów, rogatych królików i śnieżnych węży. Jak na ironię, historia ta dała początek całej serii nowego typu mistyfikacji, których areną stał się świat wirtualny. 

ŻYCIE NA JOWISZU (1996)

W 1996 roku czytelników amerykańskiego portalu America Online (wówczas ok. 5 mln użytkowników) powitał nagłówek: „Według źródeł rządowych na Jowiszu odkryto życie”. Informacja była poparta wypowiedziami biologów, a także oświadczeniem samego prezesa AOL Teda Leonsisa, który twierdził, że posiada dokumenty potwierdzające sensacyjne odkrycie. Co więcej, amerykański rząd miał ukrywać je przed opinią publiczną. Redakcja portalu w ciągu jednego dnia otrzymała kilkanaście tysięcy maili w tej sprawie, zaś wieść błyskawicznie rozprzestrzeniła się w internecie. Ta część czytelników America Online nie skojarzyła, że news został opublikowany 1 kwietnia. Później internauci masowo wyrażali swoje pretensje wobec AOL, sugerując, że taki dowcip poskutkuje utratą wiarygodności. Rzeczniczka portalu tłumaczyła, że celem redakcji było oddanie hołdu Orsonowi Wellesowi, autorowi pamiętnego słuchowiska „Wojna światów”.

BIBLIA MICROSOFTU

Żart był nieźle przygotowany, ale i wręcz absurdalny w swej zuchwałości. „Podczas konferencji prasowej dziś rano na placu Świętego Piotra w Watykanie ogłoszono, że Microsoft nabędzie Kościół rzymskokatolicki za niesprecyzowaną oficjalnie kwotę, rozliczoną w akcjach komputerowego giganta z Redmond – głosiła agencyjna notka. – Jeśli transakcja dojdzie do skutku, będziemy świadkami pierwszego przejęcia czołowej światowej religii przez firmę produkującą oprogramowanie komputerowe”. Sensacyjne doniesienie uwiarygodniały (jeśli można tak powiedzieć) słowa Gatesa, twórcy Micro-softu, w pewnym sensie zgodne z ówczesną retoryką technologicznego koncernu: „Spodziewamy się dużego wzrostu na religijnym rynku w ciągu najbliższych dziesięciu lat”.

Skutki tego bezprecedensowego posunięcia? Cytowany  w agencyjnej depeszy Gates podkreślał, że w nowej organizacji sakramenty staną się w końcu dostępne online. Zapowiadał też powrót do przedreformacyjnej praktyki sprzedaży odpustów: „Możesz otrzymać komunię, wyspowiadać się albo ochrzcić się, a nawet… skrócić swój czas w czyśćcu – a wszystko to bez wychodzenia z domu”. Co więcej, umowa z Watykanem gwarantowała Microsoftowi wyłączne prawa do elektronicznego wykorzystywania Biblii oraz całej bezcennej kolekcji sztuki, która obejmuje dzieła Michała Anioła czy Leonarda da Vinci.

Zaprojektowana i uzgodniona była już nawet struktura przyszłych władz. Na czele spółki kontrolowanej przez Microsoft i na-zwanej Religious Software Division miał stanąć sam Gates, neopapież, odpowiadający – wbrew tradycji – tylko przez radą nadzorczą. A co z prawdziwym Ojcem Świętym? Dla Jana Pawła II przygotowano stanowisko wiceprezesa. Z kolei do dowodzenia w Kolegium Kardynałów, które dotychczas wspomagało papieża w kierowaniu Kościołem, oddelegowano znane osobistości Microsoftu – Michaela Maplesa oraz Steve’a Ballmera. Ich zadaniem miało być opracowanie nowego oprogramowania „Microsoft Church”, które umożliwiałoby automatyczne ściąganie sakramentów na pulpit komputera, nawet gdy użytkownik nie miałby do niego dostępu.

TURYSTA NA DACHU WTC

Zdjęcie jest niesamowite i przerażające zarazem. Anonimowy turysta pozuje na dachu jednego z wieżowców WTC. Data na zdjęciu: 11 września 2001 r. Za jego plecami panorama Nowego Jorku i samolot, który zaraz uderzy w World Trade Center. Fotografia zdobyła niesamowitą popularność w sieci i przez moment nawet wierzono w jej autentyczność. Później jednak dopatrzono się wielu nieścisłości, które wskazywały na fotomontaż, m.in. w WTC uderzyły Boeingi 767 linii United Airlines, a na zdjęciu jest mniejszy model – 757 w barwach American Airlines. Ponadto samolot nadlatuje z północy, choć w rzeczywistości leciał z południa. W końcu objawił się sam turysta – był nim Węgier Peter Guzli. Na World Trade Center był w listopadzie 1997 roku. Wyznał, że fotomontażu dokonał sam, w ramach dowcipu dla kilku znajomych. Nie sądził, że rozpowszechni się na taką skalę w internecie.

„KUPUJECIE KOŚCIÓŁ? DAJCIE WIĘCEJ SZCZEGÓŁÓW”

Do dziś nie wiadomo, kto był autorem tego kawału. Co prawda pod spreparowaną agencyjną informacją podpisał się niejaki Hank Vorjes, ale jak się szybko okazało, nikt o takich personaliach nie pisywał ani wówczas, ani później w Associated Press. W ciągu kilku dni sensacja zaczęła jednak żyć własnym życiem. Ludzie rozsyłali ją dalej, niektórzy w formie dowcipu, inni ze świętym – nomen omen – oburzeniem.

Oliwy do ognia dolewali prezenterzy radiowi i telewizyjni – byli tacy, którzy dla kawału przytaczali depeszę in extenso. Tak zrobił m.in. Rush Limbaugh, jeden z najpopularniejszych radiowych komentatorów politycznych w USA (prowadzący program „The Rush Limbaugh Show”), który historii o Microsofcie przejmującym Watykan poświęcił monolog przed swoją audycją. Wydawałoby się, że oczywista bzdura nie wymaga dementi. Tym bardziej że Limbaugh powoływał się m.in. na rabina Davida Gottschalka z Filadelfii, który – wzmiankowany w oryginalnej depeszy – miał sprzeciwiać się rzekomym zakusom Gatesa i gotowości Watykanu do zawarcia z nim umowy: „Kształt i brzmienie Pisma Świętego jest zasługą Żydów. Kościół katolicki próbuje przejść przez Morze Czerwone – my zrobiliśmy to tysiące lat przed tym, jak na scenie pojawili się katolicy”.

Do programu Limbaugha zaczęli dobijać się nieświadomi zgrywy słuchacze. Fala maili zalała też Microsoft – trudno oszacować, jak wielu Amerykanów uwierzyło, że Bill Gates zasiądzie niebawem na Tronie Piotrowym, bo część protestów dotyczyła podejrzeń, że to właśnie informatyczny gigant wymyślił szaloną plotkę i w ten sposób próbuje zakpić z bogobojnych chrześcijan. Były nawet gazety (np. „The Salina Journal” z Kansas), które przepisywały lub oma-wiały słynną notę Associated Press – być może również dla draki, choć przecież było już dawno po prima aprilis. Zacytuj-my jeszcze jeden fragment: „Historycznie, Kościół zyskał reputację agresywnego gracza, prowadząc krucjaty w celu wywarcia presji na ludzi, by zaktualizowali (oryg. „upgrade” – aluzja do programów Microsoftu) swoje poglądy na katolicyzm oraz zawierali licencyjne porozumienia na wyłączność w różnych krajach, w których katolicyzm wdrożono. Obecnie chrześcijaństwo jest dostępne w wielu wyznaniach, ale wersja katolicka wciąż jest najbardziej powszechna w użyciu. Tak jak misją Kościoła jest dotarcie do czterech krańców Ziemi, tak samo Microsoft ma wizję komputera na każdym biurku i w każdym domu”.

„2 TYSIĄCE LAT DOŚWIADCZEŃ W PRACY Z IKONAMI”

Dziś, czyli ledwie 28 lat później, to już prehistoria – w naszych czasach taka nowina przepadłaby w odmętach serwisów społecznościowych. Internet w wieku niemowlęcym miał jednak swe prawa. Z drugiej strony należy podkreślić, że w Ameryce dowcip udał się lepiej – w Europie przyjęto go z rezerwą i, zanim został finalnie zdementowany, próżno było szukać o nim wieści w poważnych mediach.

Niewykluczone, że popularność kuriozalnego newsa w dużej mierze wynikała z ówczesnej reputacji korporacji. Zanim Gates poświęcił się działalności charytatywnej, jeszcze w latach 90. jego Microsoft, głównie z racji statusu monopolisty na rynku i stosunku do konkurentów, uchodził za imperium zła (wystarczy wpisać w Google hasło: „Microsoft evil empire”). Zresztą do dziś nie milkną teorie spiskowe o członkostwie miliardera w różnych tajemniczych organizacjach, jak choćby Klub Bilderberg, których głównym celem ma być kontrolowanie świata. Depesza na temat kupna Kościoła mogła więc być całkiem trafną parodią strategii globalnego działania giganta z Redmond – skoro chce podbić świat, powinien zacząć od zdobycia czegoś tak niezbywalnego i niewycenialnego jak religia.

Microsoft początkowo w ogóle nie komentował przybierającej na sile plotki, ale z czasem (telefony w biurach koncernu nie przestawały dzwonić) stało się to koniecznością. Sposób wyjaśnienia zamieszania był godny wszystkich absurdów, które w jego trakcie narosły. 16 grudnia 1994 roku firma wydała lakoniczne oświadczenie o treści: „W odpowiedzi na fikcyjną informację Associated Press, Microsoft pragnie sprostować, że historia ta nie jest nawet w drobnej części prawdziwa i sam absolutnie nie jest jej źródłem”. Tego samego dnia głos zabrali też wywołani do tablicy przedstawiciele AP. I niejako sprostowali sprostowanie Microsoftu: „Nieprawdziwa informacja łączona z naszą agencją nie powstała w naszej redakcji, to nie my ją rozpowszechnialiśmy i nie mamy z nią nic wspólnego”. Kilka godzin później Microsoft prostował sprostowanie sprostowania: „Potwierdzamy, że AP nie odpowiada za stworzenie plotki, która powstała na bazie zupełnie fikcyjnych wiadomości krążących w internecie. Microsoft przeprasza wszystkich, którzy poczuli się dotknięci tą wiadomością”.

To jeszcze nie koniec łańcuszka komentarzy. Po kilku dniach w obliczu festiwalu groteski zabawne stanowisko w tej sprawie zajęli przedstawiciele Kościoła. W dzienniku „The Seattle Times” napięcie rozładował ks. John McCoy odpowiadający w archidiecezji Seattle za kontakty z mediami. „Słyszałem, że Microsoft przeprasza wszystkich, którzy poczuli się dotknięci plotką o kupnie religii katolickiej. My dotknięci? Sądziliśmy, że nasze modlitwy w końcu zostały wysłuchane!” – żartował McCoy. I sugerował, dlaczego transakcja Watykanu z Gatesem mogłaby odbyć się z korzyścią dla obu stron: „Od dwóch tysięcy lat pracujemy z ikonami. Microsoft – dopiero od trzech. Moglibyśmy pomóc”. Albo: „Słyszałem, że w Microsofcie nie przykłada się wielkiej wagi do stroju pracowników. My mamy linię ubrań, która od wieków przyciąga tłumy”. Do tych propozycji Microsoft już się nie odniósł.

POŻEGNANIE GABRIELA GARCII MARQUEZA

W maju 2000 roku w internecie zaczął krążyć pożegnalny poemat Marqueza. Laureat Nagrody Nobla żegnał się ze światem po długich zmaganiach z chorobą nowotworową (akurat prawdziwą). Wiersz był bardzo ckliwy i sentymentalny, żeby nie powiedzieć – grafomański: „Swoimi łzami podlewałbym róże (…). Mój Boże, gdybym tylko miał skrawek życia”. Poemat z pełną powagą i hołdem dla pisarza przedrukował pierwszy peruwiański dziennik „La Republica”, a za nim inne gazety latynoamerykańskie, m.in. w Meksyku i Argentynie. Wieść dotarła nawet do Indii – znajomy Marqueza filmowiec Mrinal Sen zdradził w wywiadzie z „Hindustan Times”, że po lekturze liryku nie mógł oderwać się od wspomnień związanych z pisarzem. Co czujniejsi dziennikarze odkryli, że w maju 2000 roku noblista wcale nie wybierał się na tamten świat. Okazało się, że wiersz spreparował nikomu nieznany meksykański brzuchomówca Johnny Welch. Marquez nigdy nie skomentował jego dzieła. Dożył natomiast roku 2014.

„E-MAILE MOGĄ ZNISZCZYĆ INTERNET”

Tuż przed Bożym Narodzeniem w 1994 roku temat podchwyciły ponownie amerykańskie media. „Microsoft nie kupuje Kościoła. To znaczy, że święta są bezpieczne” – kpił „The New York Times”. „Dla jakiegoś cyber-żartownisia to miał być mariaż stworzony w niebie” – dodawał „The Telegraph”. Wieści dotarły też do Europy – Agencja Reutera komentowała dość proroczo: „Wkraczamy w erę, w której informacje w internecie pędzą niczym po superautostradzie. Czasem pędzą fakty, a czasem i zupełny nonsens”. Dziennikarz brytyjskiej agencji informacyjnej skrzętnie odnotował również, że „internet to globalna sieć komputerowa, która obejmuje 20 milionów (!) użytkowników”. Najbardziej radykalne wnioski wyciągnęli natomiast dziennikarze singapurskiego anglojęzycznego dziennika „The Straits Times”: „Wiadomości e-mail mogą zniszczyć internet.

Jak widać, łatwo można się pod kogoś podszyć, kogoś oszukać lub w inny sposób wykorzystać jego łatwowierność”. Gazeta radziła, by wiarygodność każdego otrzymanego maila… potwierdzać u nadawcy. A najlepiej – by korzystać z tej formy komunikacji jak najrzadziej, tym bardziej że jest „przekaźnikiem wirusów komputerowych i treści pornograficznych”. Mail na temat Microsoftu przejmującego władzę w Stolicy Apostolskiej internetu nie tylko nie zniszczył, ale – to fakt – stał się pierwszym w historii sieci dowcipem przyciągającym masową uwagę i bezprecedensową uwagę mediów. Wkrótce wyczyn niejakiego Hanka Vorjesa (nigdy nie rozszyfrowano, kim był) próbowali skopiować inni cyberżartownisie, z mniej spektakularnym efektem. I tak kilka miesięcy później internet obiegła informacja o tym, że IBM kupuje za miliard dolarów Kościół Episkopalny w USA. Z kolei we Włoszech rozpowszechniano doniesienie o planowanej inwestycji koncernu medialnego RAI w nowy projekt Billa Gatesa – „Microsoft Divine Network” („Boska Sieć Microsoftu”), która miała świadczyć usługi duszpasterskie online.

KOTY BONSAI

„Wyhoduj sobie kotka w szklanym naczyniu jako formę ozdoby, na wzór japońskich drzewek bonsai” – zachęcała strona internetowa www.bonsaikitten.com, założona w 2000 roku. Koty miały oddychać przez dziurki wywiercone w szkle, a karmienie i pozbywanie się nieczystości odbywało się rzekomo przez specjalne rurki. Na potwierdzenie na stronie publikowano pomysłowe fotomontaże oraz fałszywe wpisy „zadowolonych klientów”. Oczywisty nonsens został śmiertelnie poważnie potraktowany przez obrońców praw zwierząt. Żeby było zabawniej – śledztwo w tej sprawie w lutym 2001 roku wszczęło FBI. Doniesienia o męczeniu kociąt poruszyły również polskich internautów – powstawały petycje przeciwko amerykańskiej stronie, zbierano też podpisy za jej zdelegalizowaniem. Przedsięwzięcie okazało się żartem absolwenta uczelni Massachusetts Institute of Technology, który na stronie bonsaikitten.com przedstawiał się jako  „Dr Michael Wong Chang”.

Choć wraz z rozwojem internetu rosła też społeczna czujność wobec różnych kuriozalnych pseudoprasowych doniesień, co jakiś czas udawało się ją uśpić i to prostymi metodami. W 1999 roku słynna stała się sprawa rzekomego podatku od e-maili, który zamierzał wprowadzać amerykański rząd. Wśród osób, które uwierzyły, że niebawem trzeba będzie płacić 5 centów za każdą elektroniczną wiadomość, znalazła się m.in. Hillary Clinton – tę kwestię poruszała w kampanii wyborczej do Senatu w 2000 r. W tym samym czasie podobną bzdurą był procedowany rzekomo w Kongresie projekt prawa zabraniającego przeglądania internetu… po spożyciu alkoholu. Plotka tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że publicznie dementował ją sam senator Ted Kennedy.

Przedmiotem żartów testujących łatwo-wierność internautów bywał też niezmiennie Bill Gates. Około 1997 roku setki tysięcy ludzi zaczęły rozsyłać między sobą maile informujące o testach nowego systemu monitorowania poczt elektronicznych Microsoftu. Autor wiadomości zapewniał, że jego kolega „już to zrobił” (rozesłał maila, do kogo mógł) i komputerowy koncern zapłacił mu za to „tysiące dolarów”. Łańcuszek korespondencji nikogo nie ozłocił, za to doprowadził do zapchania serwerów pocztowych wielu amerykańskich firm.

Microsoft już nie dementował. Zresztą, kto by uwierzył, że Bill Gates, człowiek, który prawie został papieżem, nie rozdaje pieniędzy…

Więcej:Bill Gates