Kiedy 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem rozbił się prezydencki tupolew, dużo mówiło się o dwóch cudem ocalonych osobach – Jacku Sasinie i Zofii Kruszyńskiej-Gust. Sasin do Rosji pojechał pociągiem, bo odstąpił miejsce w samolocie koleżance z pracy, mamie małego dziecka, której zależało na szybszym powrocie do domu. Kruszyńska-Gust zrezygnowała w ostatniej chwili z lotu, bo jak podały media, rozchorowała się.

Podobnych historii jest więcej, głośno o nich zwykle gdy wydarzają się wielkie katastrofy. Ale przecież takie przypadki zdarzają się każdego dnia. Zwykłym ludziom. Zygmunt Karolczyk żyje, bo nie wsiadł do windy. Do Anieli Traczyk (nazwisko zmienione) w porę przyjechało pogotowie, bo jej sąsiadce poszło oczko w rajstopach. Niespełna dwuletnie dziecko zginęło, ponieważ zaczęło płakać. Drobne i pozornie nieistotne zdarzenia zdecydowały o życiu i śmierci.

Bardzo (nie)szczęśliwe przypadki

Zygmunt Karolczyk dokładnie pamięta chwilę, kiedy cofnął nogę z podestu windy. – 8 grudnia, godz. 15.42, 1972 rok – recytuje. Miał wtedy 27 lat, pracował przy budowie komina w elektrowni Dolna Odra pod Gryfinem. Każdego dnia winda wwoziła jego i kolegów z brygady na powstający komin. Tak miało być i tym razem.

Szóstka mężczyzn wsiadła, Zygmunt Karolczyk był gotów jechać z nimi. Stojący za nim kolega położył mu jednak rękę na ramieniu: „Zostań, pojedziemy następnym razem” – powiedział. Następnego razu już nie było. Winda z sześcioma osobami spadła z wysokości. Wszyscy zginęli na miejscu. – Dzięki Bogu żyję! To było chyba pierwsze, co wtedy pomyślałem – wspomina dziś Karolczyk.

Dzięki drobnej, wydawałoby się, decyzji żyje też Aniela Traczyk. Kobieta lubi powtarzać, że uniknęła śmierci, bo ma elegancką sąsiadkę. Wszystko działo się kilka lat temu, była już wtedy na emeryturze. Zawsze ok. 7.40 wychodziła na poranne zakupy. Pół chleba, mleko, coś na obiad. Tak było i tym razem. Dzień wydawał jej się wyjątkowo duszny, a ona już od wieczora czuła jakiś dziwny ucisk po lewej stronie piersi. Kiedy otworzyła drzwi mieszkania, po prostu upadła.

 

Dziwny huk usłyszała jej sąsiadka Monika. To ona wezwała pogotowie i zaczęła reanimować starszą kobietę. Nie byłoby może w tej historii nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Monika normalnie o tej porze wsiadałaby już do autobusu i spokojnie jechała do pracy. Tego dnia jak zwykle wyszła z domu do pracy kilka minut po 7.30. Kiedy zeszła na dół trzypiętrowego bloku, zobaczyła, że poszło jej oczko w rajstopach. Szybka decyzja: jechać do pracy i kupić jakieś rajstopy po drodze w kiosku czy wrócić do domu? Postanowiła wrócić. Najwyżej spóźni się te parę minut. Kiedy usłyszała upadek sąsiadki, właśnie zakładała nowe rajstopy.

Nie zawsze jednak przypadek ratuje życie. Przeciwnie – niewinny ruch staje się powodem wielkiego dramatu. Wypadek z ruchliwej drogi krajowej na północy Polski miejscowi policjanci zapamiętają na długo. Młode małżeństwo wyszło z niego z kilkoma siniakami, a ich małe dziecko zginęło zmiażdżone przez dachujący samochód. Dziecko jechało bezpiecznie zapięte w foteliku. Było upalnie, więc kierowca uchylił okno. Nagle dziecko zaczęło płakać. Matka, nie mogąc go uspokoić, postanowiła wypiąć z fotelika i utulić w ramionach. Chwilę później przez uchylone okno wleciała osa. Jej mąż zaczął nerwowo odganiać owada. Nawet nie wie, kiedy stracił panowanie nad samochodem. Auto wypadło z drogi i dachowało. Matka nie była w stanie utrzymać dziecka, które wypadło przez rozbitą przednią szybę.

Niewinny trzepot motyla

Można tylko się domyślać, że rodzice dziecka z wypadku oddaliby wszystko, żeby móc cofnąć czas. Pewnie tego dnia w ogóle nie wyjechaliby z domu. A jeśli tak, matka na pewno nie wypięłaby maleństwa z pasów. A ojciec za nic w świecie nie otworzyłby okna, przez które wleciała osa. Czy rzeczywiście wyszłoby im to na dobre?

Taką możliwość „gmerania w przeszłości” otrzymał Evan Treborn, główny bohater amerykańskiego thrillera „Efekt motyla”. Jako chłopiec cierpiał na rodzaj zaćmienia pamięci. Kiedy w jego życiu działo się coś ważnego i zarazem strasznego, po prostu tego nie pamiętał. Już jako dorosły mężczyzna odkrył pisane w dzieciństwie dzienniki. Co więcej, okazało się, że potrafi ingerować w przeszłość. Jednak drobne manipulacje, czynione zawsze w dobrej intencji, przynosiły o wiele bardziej tragiczne skutki. Na przykład wtedy, gdy postanowił podać koledze ostre narzędzie, aby ten mógł uwolnić zawiązanego w worku psa.

Ten niespodziewanie wykorzystuje je, aby zabić innego uczestnika zdarzeń. Możliwość ingerencji w przeszłość i zmiany drobnych wydarzeń fascynowała wielu reżyserów – choćby reżysera Toma Tykwera.

 

Jego „Biegnij Lola, biegnij” opowiada trzy alternatywne wersje tej samej historii. Lola w ciągu 20 minut musi zdobyć pieniądze dla swojego chłopaka. Dziewczyna wybiega z domu. W każdej wersji opowieści jedno początkowe zdarzenie decyduje o tym, jak potoczą się losy dziewczyny. Wersja pierwsza: Lola po prostu zbiega schodami w dół, mijając sąsiada, który szczuje ją psem. Druga: sąsiad podstawia jej nogę, Lola utyka i biegnie wolniej. Trzecia: Lola krzykiem straszy psa i wybiega sekundy szybciej niż w poprzednich wersjach. Ta mała zmiana powoduje lawinę następstw i w efekcie: śmierć Loli w pierwszym przypadku, śmierć chłopaka w drugim, szczęśliwe zakończenie w trzecim.

Tykwer pokazuje też migawki z życia mijanych przez Lolę osób. Ich losy też są za każdym razem inne. Choćby w przypadku kobiety z wózkiem. Wersja pierwsza: pomoc społeczna zabiera jej dziecko, a ona porywa inne. Wersja druga: wygrywa główną nagrodę na loterii. Wersja trzecia: wstępuje do sekty. Czy to wszystko spowodowało zachowanie Loli i jej sąsiada z psem na klatce schodowej?

Według teorii „efektu motyla” – tak. Butterfly effect wymyślił Edward Lorenz, amerykański meteorolog i matematyk. To on doszedł do wniosku, że trzepot motyla gdzieś w Singapurze może spowodować burzę nad Karoliną Północną w USA. Ten z pozoru niewinny wpływ jednych wydarzeń na drugie, który może skutkować lawiną kolejnych, zaczęto nazywać właśnie efektem motyla (pewnie też dlatego, że tzw. atraktor Lorenza, graficzny układ trzech równań – przypomina nieco kształt motyla). Był rok 1960, a Lorenz zajmował się komputerowym prognozowaniem pogody. Wykorzystywał do tego specjalne równania. Był zaskoczony, kiedy wprowadzenie do nich różniącej się minimalnie liczby wyjściowej (dokładnie 0,506 i 0,506127), w miarę upływu czasu, zupełnie zmieniało całą symulację i prognozy na dalsze dni. To dlatego żaden szanujący się meteorolog nie poda długoterminowej pogody, bo wie, że nie jest w stanie określić bieżących warunków tak dokładnie, aby uniknąć błędu w dalszych obliczeniach.

Oszukać przeznaczenie

W matematyce nie da się nikogo oszukać. Drobny błąd, mała zmiana czy ingerencja – powoduje zmianę wyniku. Taka cecha nazywana jest chaosem deterministycznym (pionierem teorii chaosu deterministycznego jest, jakżeby inaczej – wspomniany już Edward Lorenz). W życiu albo jeszcze lepiej w filmie – można próbować.

 

Kto nie zna choć jednego z filmów „Oszukać przeznaczenie”? Każdy opiera się na tym samym schemacie. Jeden z bohaterów przewiduje katastrofę. Próbuje ratować ludzi – na przykład każąc im wysiadać z samolotu (jak w części pierwszej). Część słucha i dzięki temu ocaleje. Nie na długo. Okazuje się bowiem, że przeznaczenie jest nieubłagane i ocaleni giną w innych okolicznościach. Umierają zresztą w takiej samej kolejności, w jakiej mieli zginąć w katastrofie czy wypadku.

Podobną historię napisało życie. 31 maja 2009 r. pewna Włoszka wracała z mężem z wakacji w Brazylii. Pech chciał, że spóźnili się na samolot i wylecieli z Rio de Janeiro kilka godzin później. Spóźnienie okazało się zbawienne. Airbus A330-203, na podróż którym mieli bilety, spadł do oceanu. Zginęło 216 pasażerów i 12 członków załogi. Kobieta wygrała nowe życie? Niezupełnie. Małżeństwu nie udało się dotrzeć szczęśliwie do domu. Mieli wypadek samochodowy na trasie między lotniskiem w Monachium a alpejskim miasteczkiem Brennero. Włoszka, którą spóźnienie ocaliło od katastrofy lotniczej, zmarła w drodze do szpitala.

Anioł stróż, gwiazdy, ślepy los

Przypadek? Pech albo szczęście? Przeznaczenie? Opatrzność? Każdy ma swoją teorię, która pomaga nam zrozumieć, jak pozornie błahe decyzje i zdarzenia mogą okazać się brzemienne w skutki. Zygmunt Karolczyk, ten, który nie wsiadł do windy, jest osobą głęboko wierzącą. Podkreśla, że modli się dwa razy dziennie. W jego słowniku nie ma słowa „przypadek”.

Bo kiedy opowiada historię wypadku, mówi wprost: „Stanął wtedy przede mną Anioł Stróż”. I dodaje: „Ja żyję, sześciu ludzi zginęło. Tak nam było, widać, pisane”.W opiekę Bożej Opatrzności wierzy też Aniela Traczyk. Jej sąsiadka Monika jest ateistką, ale uważa, że ta dziura w rajstopach była jej pisana przez przeznaczenie. W jej horoskopie na tamten tydzień było wyraźnie napisane, że podejmie jakąś ważną decyzję. Monika nie ma wątpliwości, że była to decyzja o zmianie rajstop.

Policjanci, którzy pracowali przy wypadku, w którym zginęło dziecko, nie chcą dyskutować, czy to przypadek, los, czy wola kogoś u góry. Wiedzą jedno – gdyby dziecko było w foteliku, prawdopodobnie tak jak rodzicom, nic by mu się nie stało. Gdyby, gdyby...