Pani Józefa ma dziś 84 lata. Drobna energiczna kobieta ciągle walczy o wyjaśnienie wielu spraw z przeszłości. Siedzimy w Wołowie, w jej domu, który zbudowali przed wojną jej rodzice Jan i Maria Zepowie. Na stole herbata i obowiązkowo ciasto. Pani Józefa wyciągnęła zdjęcia, dokumenty, albumy.

WSZYSCY WALCZYLI

„Miałam 10 lat. Idąc do szkoły podstawowej w Bliżynie, musiałam mijać obóz, w którym Niemcy trzymali Polaków, Rosjan i Żydów - opowiada pani Józefa - aż strach było patrzeć na żydowskie dzieci. Zagłodzone, zabiedzone. Rzucałam im przez druty kanapki. Mama uszyła mi plecaczek, w którym mieściły się 3 chlebki. Udawało mi się wiele razy. Ale pewnego dnia złapali mnie i wsadzili do żydowskiego baraku. Powiedzieli, że pierwszym transportem wyślą mnie do Oświęcimia. Bałam się wejść. Słyszałam płacz, z obu stron korytarza wystawało mnóstwo głów wpatrzonych we mnie. Wycofałam się i przykucnęłam w rowie obok. Tak spędziłam noc. Rankiem był apel i obchód. Znalazł mnie Niedzielski, granatowy policjant współpracujący z Niemcami i znajomy mego ojca. - Co ty tu, dziecko, robisz? - zdziwił się. A ja mu na to, że rzucałam chleb żydowskim dzieciom. - O Jezu, Jezu - powiedział i odszedł. Wrócił z informacją, że na bramie stoi zaprzyjaźniony gestapowiec, który za górala mnie wypuści. Tak się stało”.

Cała rodzina Józefy Zep walczyła w oddziałach partyzanckich. Ona sama pod pseudonimem "Zośka" pełniła rolę łączniczki

Matka, ojciec, brat i dwie siostry Józefy Zep - wszyscy walczyli w oddziałach partyzanckich. Ojciec Jan utrzymywał kontakt z oddziałami mjr. „Hubala" (Henryk Dobrzański), później z oddziałem mjr. (później płk) „Bohuna" (Antoni Szacki) z NSZ. Wreszcie przystąpił do zgrupowania AK por. „Ponurego” (Jan Piwnik), a gdy jego zabrakło - do oddziału por. „Nurta” (Eugeniusz Kaszyński). Był łącznikiem pomiędzy grupami partyzanckimi, zaś dom stanowił przez całą okupację, a także później, skrzynkę kontaktową. „Tu się schodzili partyzanci, a ja podsłuchiwałam. Jak miałam 13 lat, poprosili mnie, abym dostarczyła meldunek. Byłam drobna, wyglądałam na mniej niż 13 lat. Wiadomo, dziecko się prześliźnie, nie zwraca na siebie uwagi. Nie wpadłam. Po dostarczeniu meldunku na Wykus, do »Ponurego«, postanowiłam zostać w oddziale. To był październik 1943 roku. Złożyłam przysięgę i dostałam pseudonim »Zośka«” - dodaje pani Józefa. Od tamtego dnia „Zośka” pełniła funkcję łączniczki.

ORLEAN I WILCZUR

W październiku 1943 roku 17-letni chłopak Aleksander Życiński „Orlean” dostarczył do oddziału 21 stenów z Suchedniowa, gdzie pracował. Na Wykusie, legendarnym wzgórzu zgrupowań partyzanckich w lasach suchedniowskich, zapanowała radość. Ktoś zaczął grać na organkach, ktoś inny śpiewać, inni tańczyli. „Ten, który przyszedł ze stenami, złapał mnie za ręce, przytulił i zaczął tańczyć. Wysoki, przystojny brunet. Zakochałam się bez pamięci. Spotykaliśmy się ukradkiem. Przyrzekliśmy sobie, że jak przeżyjemy, to się pobierzemy” - pani Józefa ociera łzę z policzka.

Aleksander Życiński razem z grupą partyzantów walczył z NKWD i UB

„Orlean” latem 1944 roku przystał do Brygady Świętokrzyskiej płk. Antoniego Szackiego „Dąbrowskiego”, „Bohuna”. Ale w kilka miesięcy później, w grudniu 1944 r., Niemcy zgarnęli go w łapance i wywieźli do obozu pracy w okolicach Magdeburga. Był już prawie koniec wojny, gdy uciekł z obozu, przedostał się do polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Tam przeszedł szkolenie. Na dzień przed przerzuceniem do Słowacji awansowano go na porucznika.

Wtedy przybrał pseudonim „Wilczur”, pod którym przewodził oddziałowi NSZ. Wrócił na Kielecczyznę, aby z grupą partyzantów walczyć z NKWD i UB. Wysyłano ostrzeżenia młodym ludziom, aby nie wstępowali w szeregi UB, wymierzano kary chłosty, a nawet wykonywano wyroki śmierci na najbardziej gorliwych funkcjonariuszach UB.

W maju 1945 roku „Wilczur” znów wpadł, tym razem w ręce UB. Został skazany na 7 lat więzienia za posiadanie broni i wrogie nastawienie do władzy ludowej. Odsiedział niecałe dwa lata (wyszedł na mocy amnestii w marcu 1947 roku). W tym czasie „Zośka” uczyła się w liceum pedagogicznym w Radomiu. Pobrali się na leśnej polanie na Wykusie w święto Matki Boskiej Gromnicznej 2. lutego 1948 roku.

 

MIESIĄC MIODOWY W LESIE

W międzyczasie Aleksander zorganizował kolejny oddział partyzancki, liczący około 170 ludzi, początkowo w strukturach NSZ, potem WiN. Partyzanci odciągali ludzi od pracy w UB, walczyli ze ścigającymi ich funkcjonariuszami bezpieki. Po ślubie „Zośka” przyłączyła się do oddziału.

„Nie mogłam już wrócić do liceum, bo UB tam o mnie pytało. W domu był »kocioł«. Matkę i ojca aresztowali. Brat, skatowany, zmarł już wcześniej, w 1946 roku. Kto przyszedł do domu, zaciągali do piwnicy i bili. Za »Wilczurem« rozesłali list gończy. Dawali za niego nagrodę” - ciągnie opowieść pani Józefa.

28 kwietnia 1948 roku funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa z Kielc i wojsko Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego otoczyło oddział „Wilczura”. Jeden z partyzantów, „Kajtek”, został postrzelony i schwytany, pozostali wycofali się do lasów suchedniowskich. Otoczeni wzmocnionymi siłami przeciwnika musieli się poddać. Zabrakło im amunicji. A poza tym „Zośka” nie miała siły uciekać. Była w czwartym miesiącu ciąży. W ten sposób oboje dostali się w ręce UB. Przewieziono ich do aresztu w Kielcach, na ul. Fosza.

WIĘZIENNE DZIECKO

„Na wiadomość, kogo ubowcy złapali, do Kielc pośpieszył Adam Humer i Edmund Kwasek. Zaglądali do celi, drwili. Mówili, że wytłuką to bandyckie nasienie. A potem bili. Nie zważali, że jestem w ciąży. Wlekli mnie za włosy po schodach z drugiego piętra. Miałam złamane dwa żebra, wybite zęby, rozciętą głowę i wyrwaną skórę głowy wraz z włosami. Chcieli, żebym powiedziała, gdzie jest broń. Nic im nie powiedziałam”.

„Wilczura” skazali na trzykrotną karę śmierci za założenie i dowodzenie grupą „bandytów”, mającą na celu zmianę przemocą ustroju ludowego państwa polskiego, a „Zośkę” na 7 lat za to, że mu pomagała, przetrzymywała w swoim domu partyzantów i sama była członkiem grupy bandyckiej. Przed wykonaniem wyroku pozwolono się młodym spotkać. Wykorzystali tę szansę i 2 września wzięli ślub cywilny w dyżurce u naczelnika więzienia. „Drugi raz widzieliśmy się 24 września. Mąż dał mi dla dziecka mały krzyżyk zrobiony ze szczoteczek do zębów. Tego samego dnia został rozstrzelany. Nie powiedzieli mi, gdzie go pochowano. Miał zaledwie 22 lata” - wspomina ze smutkiem starsza pani.

4 października 1948 roku Józefa Życińska urodziła w kieleckim więzieniu przy ul. Zamkowej córkę. Dziewczynka dostała imię po ojcu - Aleksandra. Mamę i dziecko przewieziono do Centralnego Więzienia Karnego w Grudziądzu. Tam władze więzienne oddały dziecko niemieckim więźniarkom, które sprawowały „opiekę” nad więziennym żłobkiem. Zanim władze podjęły decyzję co do przyszłości maluchów (oddać do domu dziecka, do adopcji czy mimo wszystko rodzinie), zabierały je matkom, aby je zastraszyć. „Krzyk był straszny. Niemki biły te dzieci za byle co. Pozwalali mi zobaczyć Olę tylko raz w tygodniu przez 15 minut. Grozili, że oddadzą ją do domu dziecka. To było najgorsze, bo wówczas pewnie bym jej już nie zobaczyła. Tak bardzo się tego bałam, że napisałam do siostry męża Heleny, żeby zabrała córkę”. Helena Kwasowska zabrała dziewczynkę.

„Przez ponad 2 lata wychowywała mnie ciocia i babcia Życińska. Mieszkałyśmy w Suchedniowie przy ul. Stolarskiej. Kiedy musiałam iść do szkoły podstawowej, okazało się, że nie mam świadectwa urodzenia. Babcia zarejestrowała mnie jako swoją córkę, bo bała się, że spadnie na mnie odium niechęci do żony »bandyty« w lokalnej społeczności. Ale ono i tak mnie dopadło - przekonuje córka Aleksandra Milanowska, która do nas dołączyła. - Dziś wydaje mi się, że rodzina ojca zachowała się bardzo odważnie. Gdy miałam 3-4 lata, przyjeżdżał często milicjant i pytał o mamę. Stał za sztachetami i przyglądał się naszemu domowi. Pilnował nas. Potem w szkole i we wsi patrzono na mnie z dystansem. Rodzice koleżanek mówili: nie baw się z nią, bo ciebie też posądzą o bandytyzm. To odium niechęci przechodzi na następne pokolenie. A najgorsze, że ktoś wspomina nieprawdziwe wydarzenie i nas tym obciąża”.

 

W więzieniu pani Józefa chorowała. Miała wysoką gorączkę i majaczyła. W końcu w 1950 roku zwolniono ją ze względu na stan zdrowia. Po wyjściu zabrała Olę do domu w Wołowie. „Wróciłyśmy do ruiny. Nikogo w nim nie było. Rodzice zostali aresztowani w maju 1948 roku. Ojciec wprawdzie wrócił na początku 1950 roku, ale wyniszczony więzieniem wkrótce umarł. Pochowali go sąsiedzi. Matka siedziała w Grudziądzu do 1953 roku. Brata Bogusława aresztowali 24 grudnia 1945 roku. Po tygodniu tortur wypuścili, ale po 5 dniach zmarł. Siostrę Alfredę spotkało to samo w 1946 roku. Torturowana przez trzy miesiące umarła w domu w ciągu miesiąca. Miała zaledwie 20 lat. Siostra Krystyna siedziała w więzieniu w Starachowicach za przenoszenie meldunków. Wyszła w roku 1953, podobnie jak moja mama. Zostałam sama w zrujnowanym domu - mówi z goryczą pani Józefa. - Wcześniej za »gospodarowanie« w domu wzięli się ubecy. Pozrywali podłogi, zbili tynk ze ścian, zerwali sufity. Poniszczyli meble. O pamiątkach rodzinnych mogłam zapomnieć. Szukali skrytek z bronią, dokumentów AK i WiN. W takiej ruinie przyszło nam mieszkać”.

GORZKI SMAK WOLNOŚCI

Pani Józefa miała zaledwie 20 lat, gdy powróciła z więzienia. Czuła się bezradna. Nikt nie chciał pomóc żonie „bandyty”, a trzeba było siebie i dziecko utrzymać. „Dla przeciętnego człowieka, który nie angażował się w walkę o niepodległość ojczyzny, a widział na słupach list gończy za poszukiwanym »bandytą«, nie było oczywiste, iż ten walczył o wolną Polskę. Zakorzeniło się w lokalnej społeczności, że jesteśmy rodziną »bandyty«” - opowiada pani Aleksandra.

A pani Józefa nie miała środków do życia - nie mogła uprawiać własnej ziemi, bo nie miała narzędzi, ziarna, nawozów, i nikt nie chciał jej zatrudnić. Żeby przeżyć, wyszła w 1951 roku po raz drugi za mąż. Na świat przyszły dwie dziewczynki - Ela i Grażyna. Małżeństwo nie było udane. Po 10 latach pani Józefa rozwiodła się i wróciła do nazwiska swego pierwszego męża. Dostała też w końcu pracę w skarżyskim PKS, najpierw jako księgowa, a później nieco lepiej płatną pracę konduktorki w autobusach. Zjeździła cały kraj. „Na autobusach” przepracowała 25 lat. Gdy nadszedł czas buntu pod koniec lat 70., założyła NSZZ „Solidarność” w PKS i została jego przewodniczącą. Ale do ZBoWiD-u jej nie przyjęli. Dla nich była nadal „niepewnym elementem”.

Rok 1990 przyniósł przełom w postrzeganiu historii Polski. Pani Józefa mogła wreszcie starać się o unieważnienie wyroków z 1948 roku. W 1994 roku świadczyła na procesie przeciwko dwóm zbrodniarzom z okresu stalinowskiego - Adamowi Humerowi i Edmundowi Kwaskowi. „W piekle bym ich poznała” - wskazała obu palcem. Humer dostał 8 lat, Kwasek o 2 mniej. „Dobrze, że do tego doszło, choć to nie wróci życia memu mężowi” - wzdycha.

PAMIĘĆ I GODNOŚĆ

Nowy rozdział w historii Polski oznaczał dla pani Józefy przywrócenie godności i upamiętnienie żołnierzy wyklętych. Zaczęła działać w Światowym Związku Żołnierzy AK, Związku Żołnierzy Politycznych, Związku Inwalidów. Założyła Związek Strzelecki „Strzelec” w Bliżynie.

Postanowiła też odnaleźć szczątki męża. Zwróciła się między innymi do księdza Jana Walusiaka, który spowiadał męża przed egzekucją. „Na skutek manipulacji funkcjonariuszy UB i prokuratora nie byłem obecny przy wykonywaniu wyroku na tych nieszczęsnych ludziach [tego dnia o tej samej porze zginęło kilku żołnierzy WiN] i nie wiem, gdzie ich pogrzebano” - odpisał jej w 1996 roku. Ktoś jednak księdzu zasugerował, że mogą to być okolice Chęcin. Plotkę potwierdził gajowy ze Zgórska, który podobno widział tę egzekucję.

IPN w Kielcach pobieżnie przeszukało teren między Zgórskiem a Szewcami w 2005 roku. Niestety bez rezultatu. Mimo to pani Józefa doprowadziła do ustawienia niewielkiego pomnika pamięci Aleksandra Życińskiego „Wilczura” i jego trzech towarzyszy w okolicach Zgórska. To właśnie tam wdowa odebrała 24 października 2007 roku odznaczenie męża: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, nadany pośmiertnie przez prezydenta Polski. Ona dostała takie odznaczenie w 2005 roku.

 

Mimo uhonorowania jej zasług pani Józefie i jej córce Aleksandrze nie udało się załatwić bardzo ważnej sprawy: zmiany metryki urodzenia córki Aleksandry i umieszczenia w niej danych biologicznej matki. Kilkakrotne próby spotkały się z odmową. Za każdym razem prokuratura odpowiadała, że nie ma podstaw, ponieważ nie żyją ojciec Aleksandry i jego matka. Ostatnia odpowiedź pochodzi z 2009 roku. Prokuratura Rejonowa w Skarżysku-Kamiennej napisała, że postępowania nie da się przeprowadzić ze względu na treść art. 125 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, z którego wynika, że jeśli przysposabiający, a za takiego uznano Marię Życińską, babkę Aleksandry, nie żyje, nie można cofnąć przysposobienia. Czy pogodzi się z tą decyzją? „Nie wiem. Może spróbujemy pójść do sądu” - mówi pani Józefa.

Czy po latach ludzie zmienili nastawienie do pani Aleksandry i jej rodziny? „Część mieszkańców nadal traktuje mnie z dystansem i nieufnością. Ale to nie to samo, co kiedyś. Oni należą już do mniejszości. Pozostali wybrali mnie nawet na sołtyskę wsi Brzeście, sąsiadującej z Wołowem, i radną w gminie Bliżyn” - uśmiecha się. Pani Józefa też była radną w gminie Bliżyn. Swoją energią i zaangażowaniem obdarzyła całą rodzinę. Jej druga córka Elżbieta Karpińska również sprawowała funkcję radnej. A teraz do działalności społecznej wciągnęła wnuczkę Monikę Sokołowską. Mieszkańcy wsi Wołów wybrali ją na sołtysa. Babcia namawia ją, aby startowała w najbliższych wyborach samorządowych.