Jeśli do człowieka uśmiechnie się szczęście, może zarabiać 20 tys. dol. dziennie” – wyznał poszukiwacz szczątków mamutów Aleksandr Watagin reporterowi magazynu „Tomskij obzor”. Do Watagina szczęście uśmiechnęło się na przełomie wieków, gdy znalazł czaszkę prehistorycznego zwierzęcia, którą sprzedał amerykańskiemu kolekcjonerowi za 35 tys. dol. To wystarczyło na rozkręcenie biznesu. Dziś nie brudzi już sobie rąk błotem, z którego wygrzebywał pierwsze zdobycze. Nad syberyjską tundrą lata helikopterem. Co kilka tygodni ląduje w osadzie Andiuszkino na północno-wschodnim krańcu Jakucji. Tam skupuje mamucie szczątki znoszone przez rybaków i pasterzy reniferów. Płaci im od 10 do 200 dol. za kilogram. „Trzeba dużej wiedzy i doświadczenia, by prawidłowo ocenić jakość materiału” – mówi Watagin. On jedno i drugie zdobył, penetrując dorzecze Kołymy i deltę Leny.

 

Śnieg odsłania kości

Mamuty pojawiły się na Ziemi pięć milionów lat temu, wyginęły pod koniec ostatniej epoki lodowcowej. I choć naukowcy oszacowali, że żyło ich 150 mln, odnalezienie szczątków tych wspaniałych zwierząt wcale nie jest proste. Najwięcej szkieletów i ciosów kryje wieczna zmarzlina Jakucji, krainy o powierzchni dziesięć razy większej od Polski. Równie zasobne półwyspy Tajmyr i Jamał mają 1000 km długości i są niemal bezludne. Łatwiej się tam zgubić niż cokolwiek znaleźć.

„Ciosy mamutów czasem wystają z dna rzeki, czasem ze stromych urwisk. Stoisz więc w lodowatej wodzie i kopiesz delikatnie saperką, by nie uszkodzić zdobyczy. Można wytrzymać nie więcej niż dwie trzy godziny w ciągu dnia” – zdradza Watagin. Kolejną trudnością jest wrogość tubylców, którzy niechętnie patrzą na obcych włóczących się po okolicy.

Watagin sobie poradził – zaprzyjaźnił się z Jukagirami, ludem zepchniętym przez Jakutów i Rosjan na najdalszą północ. „Szamani po naradzie uznali, że przyjmują mnie do swego ludu. Jestem więc Jukagirem”. Ten układ zadecydował o jego sukcesie, bo ci świetnie znający tundrę ludzie zostali jego dostawcami.

Watagin ma konkurencję, choć samotni poszukiwacze praktycznie nie mają szans w porównaniu z grupami zorganizowanymi, które penetrują teren georadarami, docierają do obiecujących miejsc wodolotami, skuterami, pojazdami na gąsienicach. A trzeba się najeździć, bo tereny wokół skupisk ludzkich już ogołocono. Najbardziej zdeterminowani wyruszają na archipelagi wysp Morza Wschodniosyberyjskiego. Kto naprawdę chce zarobić, spędza tam całe lato. Potem zapada polarna noc, sztormy uniemożliwiają powrót z ciężkim ładunkiem. Zamożniejszych stać na helikoptery, reszta musi czekać w ekstremalnych warunkach, aż morze zamarznie i będzie można przeprawić się po lodzie.

Z powodu ocieplenia klimatu wieczna zmarzlina topnieje szybko i wyłania się coraz więcej kości. Na szczątki mamuta stale jest popyt. Watagin ciosy sprzedaje do zagranicznych muzeów i prywatnych kolekcji za 20–30 tys. dol., zrekonstruowane szkielety – za 180–300 tys. dol. Nie ma wyrzutów sumienia, że pasterzom płaci 20 razy mniej. „Pieniądze, które dostają ode mnie, to ich jedyne źródło dochodów. Są mi wdzięczni” – tłumaczy. Współpracuje też z dobrze widzianym na Kremlu paleontologiem Fiodorem Szydłowskim, który po latach badań prehistorycznej fauny Jakucji założył moskiewskie Muzeum Epoki Lodowcowej. Watagin dostarcza do tej placówki eksponaty, w zamian za licencję nie tylko na poszukiwanie, ale i – co zdarza się wyjątkowo – na eksport mamucich kości, ciosów i szkieletów.