Złoczyńca miał wzbudzać strach. Kiedy pojawiał się na ekranie w otoczeniu luksusu, nikt mu nie zazdrościł, chcieliśmy jedynie, by główny bohater w końcu go pokonał. Aż coś w nas przeskoczyło. Jednowymiarowe, często operowo wyolbrzymione zło stało się zbyt czarne, a przecież świata nie da się dzielić tylko na dwa kolory. Między czernią i bielą jest też cała paleta szarości. Złoczyńcy więc zaczęli ewoluować.
Era absolutnego zła
Ja i zapewne większość z was wychowała się na klasycznych opowieściach, w których złoczyńcy byli źli z samej swojej natury. W tradycyjnych ujęciach literackich, baśniowych i filmowych zło miało charakter absolutny, metafizyczny i często niewytłumaczalny. Klasyczne czarne charaktery – takie jak właśnie Sauron we Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena, Lord Voldemort w serii o Harrym Potterze czy złe czarownice z klasycznych animacji Disneya – byli siłą absolutną, często metafizyczną i trochę niewytłumaczalną na jakimś wyższym poziomie niż pragnienie władzy, potęgi czy bogactwa. Oryginalna Cruella de Mon z animacji 101 dalmatyńczyków pragnęła zabić szczenięta wyłącznie dlatego, że ich sierść idealnie nadawała się na piękne, luksusowe futro.
Kiedyś twórcy konstruowali model antagonisty wokół koncepcji „nagiego id” – czystej, niepohamowanej żądzy niszczenia, która była dla nas, odbiorców, przerażająca, ale też w jakiś sposób oczyszczająca, bo oddzielał nas od tego ekran czy strony książki. To pozwoliło autorom na stworzenie takich legend jak Dracula, który w powieści Brama Stokera miał wzbudzać lęk, a walczący z nim Van Helsing był tym, któremu kibicowaliśmy. Było jasne rozróżnienie na bohatera i potwora.

Ciekawym przypadkiem jest natomiast Frankenstein Mary Shelley. To jedno z tych dawniejszych ujęć antagonisty, gdzie w grę wchodzi nie tylko czyste zło, ale również tragiczna przeszłość. Tylko że autorka nie wykorzystała jej do usprawiedliwiania czynów. Te nadal były jawnie potępiane, a samo dzieło pokazywało destrukcyjne konsekwencje niekontrolowanego egoizmu twórcy i zemsty stworzenia.
Ta granica między dobrem a złem była utrzymywana w popkulturze przez dziesięciolecia, dając nam satysfakcję z pokonywania potwora bez konieczności roztrząsania tego, co siedzi mu w głowie. Tylko że taki model w końcu przestał się sprawdzać.
Zło z ludzką twarzą
Wydaje mi się, że największą rolę odegrało w tym kino superbohaterskie, które w pewnym momencie szturmem wdarło się do mainstreamu. Gdzieś między jednym Iron Manem, a kolejnym Thoremi Avengersami zaczęło nas to powoli nudzić. To nie tak, że podobne głosy nie pojawiały się wcześniej, po prostu wtedy dało się to najlepiej zauważyć. Jako publiczność zaczęliśmy poszukiwać postaci bardziej wielowymiarowych, co zresztą dotyczy obu stron. Model Mary Sue – bohatera na wskroś idealnego w każdym aspekcie – stał się czymś wyśmiewanym. Chcieliśmy emocji, a tych dostarczają problemy, potknięcia i zwykłe, ludzkie błędy. Dlatego klasyczni złole odeszli do lamusa, zastąpieni przez antagonistów z motywacją.
Pragnęliśmy postaci, których motywacje byłyby w jakiś sposób zrozumiałe w kontekście współczesnych kryzysów globalnych i społecznych, więc takich dostaliśmy. Nie chodziło o to, by złol nagle przestał nim być, a raczej o to, by czynił zło z jakiegoś konkretnego powodu, a nie tylko z ogólnych pobudek zaczerpniętych z katalogu. Idealnym przykładem jest tutaj Thanos z Kinowego Uniwersum Marvela. Jego celem nie było zniszczenie wszechświata dla czystej satysfakcji z siania chaosu, lecz radykalna, utylitarna próba ocalenia go przed nieuchronną zagładą ekologiczną i przeludnieniem. Tak, jego metody – polegające na eksterminacji połowy istniejących istot – były potworne, ale jednocześnie jego motywacja opierała się na tragicznej, kosmicznej logice, co zmusiło nas do intelektualnego zmierzenia się z jego racjami. Co jednak ważniejsze, twórcy nie pokazywali w żadnym momencie tego, jako coś dobrego. Zło nadal było piętnowane, niezależnie od stojącej za nim filozofii.

Drugą stroną tego złotego środka jest z kolei Homelander z serialu The Boys. Czy stoi za jego czynami jakaś wielka idea? Zdecydowanie nie. Jest małostkowy, trawiony kompleksami, neurotyczny i popełniający błędy. Jednak przeraża właśnie dlatego, że nie reprezentuje metafizycznego zła, ale głębokie poczucie niepewności i potrzebę ciągłej aprobaty. Homelander stanowi satyrę współczesnej kultury celebryckiej i niekontrolowanego narcyzmu. Nie jest majestatycznym czarnym charakterem, jest zepsutym produktem tego świata. Nienawidzimy go za jego czyny, których nie usprawiedliwia nic. Tu zresztą warto się jeszcze na moment zatrzymać, bo The Boys trochę zdekonstruowało również model głównego bohatera. W zasadzie całemu serialowi przyświeca trochę motto „zło zwalczaj złem”, bo Billy Butcher nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel.
W tej całej układance jest również Eren Jaeger z mangi i anime Atak tytanów. Tutaj mamy postać, której nie da się jednoznacznie przypisać do roli bohatera lub złoczyńcy. Fani często określają go mianem „Zbawcy Paradise i przekleństwa świata”. To w sumie bardzo dobre określenie na opisanie kogoś, kto przeszedł drogę od zdeterminowanego obrońcy ludzkości do ekstermistycznego antybohatera, który z wypaczonego obrazu miłości do bliskich i rodaków dopuścił się globalnego ludobójstwa. Eren nie jest bohaterem, nie jest też złoczyńcą. To ktoś w rodzaju antyzłoczyńcy, który mając szlachetne intencje wybiera potworne środki do osiągnięcia celu.

Sama lubię podobne postacie. Nie są jednoznaczne, niczym ogr i cebula mają warstwy, jednak niezależnie od tego, z której strony się patrzy, ich czyny nadal są złe. Mogą mieć jakiś sens w większej skali czy wynikać z dobrych intencji, jednak nikt nie każe nam myśleć, że w którymś momencie wymordowanie połowy wszechświata albo większości ludzkości jest okej.
Dlaczego nie zatrzymaliśmy się na etapie pogłębionych motywacji?
Popkultura zawsze lubiła eksplorować nieznane terytoria, dlatego nie dziwi mnie fakt, że i w kwestii złoczyńców poszliśmy dalej. Skoro bohaterowie dostawali swoje origin story, powinni mieć je również złoczyńcy. Tylko że to bardzo grząski grunt, który wciągnął nas w prawdziwe bagno agresywnego narzucania współczucia względem antagonistów. W tej narracji zło nie jest już świadomym wyborem, staje się reakcją na doznaną traumę, będącą po prostu usprawiedliwieniem.
Wspomniana wcześniej Cruella zmieniła się w Estellę, wrażliwą dziewczyną straumatyzowaną tragiczną śmiercią matki adopcyjnej, która została zepchnięta z klifu przez dalmatyńczyki na rozkaz bezwzględnej Baronowej. Nie chodzi już o skórowanie psów na futro, chodzi o artystyczny bunt przeciwko niesprawiedliwemu systemowi klasowemu i nieprzepracowaną traumę. Estella jest miła, lojalna, a Cruella, będąca jej alter ego, szaleje i robi show. Podobny zabieg zastosowano w Maleficent, a także w Jokerze. Chaos i mordercza furia kultowego złoczyńcy z DC zmieniły się w nieleczoną chorobę psychiczną, biedę i systemową znieczulicę społeczną.

Jestem wielką fanką manhw, choć już od dłuższego czasu rzadko czytam typowe romanse. Powód jest niestety prosty – moda na „black flagi”, czyli męskich bohaterów, których zachowanie wykracza poza tradycyjną toksyczność i wkracza w sferę jawnego sadyzmu, manipulacji, przemocy fizycznej, a nawet gwałtu. Kojarzy się to raczej z thrillerami psychologicznymi, prawda? Niestety, wielu koreańskich twórców zaczęło stosować bardzo paskudny mechanizm rewitalizacji zła.
W pierwszym sezonie męski bohater jest najczęściej skrajnie odrażający. Poniża główną bohaterkę, więzi ją i ogólnie niszczy jej życie. Jawi się więc jako ta czarna flaga owładnięta obsesją i niezdolna do normalnych, ludzkich uczuć. Problem pojawia się natomiast w kolejnych sezonach. Tak, to są romanse, więc autor jakoś musi sprawić, że te postacie będą ze sobą. Nie ma tu jednak terapii czy powolnych, konsekwentnych zmian. Jest natomiast retrospekcja ukazująca bolesną przeszłość z przemocą ze strony rodziców, opuszczeniem przez matkę, klątwą czy inną siłą, która uczyniła go tym, kim jest. Kiedy czytelnik, za pomocą wielu wzruszających i wywołujących współczucie paneli, jest już odpowiednio zmanipulowany, czas na wybaczenie oprawcy.

Jest to model bardzo popularny również w dark romansach, choć tam niektórzy autorzy są już nawet zbyt leniwi na to, a jedynie ograniczają się do prostego „kiedy facet jest przystojny i bogaty, jest usprawiedliwiony. To jednak temat na zupełnie inny artykuł. Tak czy inaczej, w pewnym momencie tragiczna przeszłość stała się nie wyjaśnieniem, jak to się zaczęło, a usprawiedliwieniem wszystkiego. Tylko że między nieszczęśliwym dzieciństwem a pełną przemocy dorosłością jest coś jeszcze – wiele lat, w których jednostka obserwuje świat, dokonuje świadomych wyborów i dalej brnie w przemoc.
Od analizy do wymuszonej empatii
Ciekawy jest fakt, że takie zabiegi robią nie tylko twórcy fikcji, bo dzieje się to również w przypadku realnych zbrodni. W British Museum powstała nawet wystawa poświęcona cesarzowi Neronowi (The Man Behind the Myth), w której materiały promocyjne pytały, czy rzymski władca był rzeczywiście bezwzględnym matkobójcą i megalomanem, czy jedynie młodym, zestresowanym liderem starającym się sprostać ogromnej odpowiedzialności w podzielonym społeczeństwie. Tak, to była próba zredukowania tyranii do kwestii stresu zawodowego i młodzieńczego zagubienia.
Moda na true crime też dokłada swoją cegiełkę. Filmy takie jak Podły, okrutny, zły, w którym w rolę seryjnego mordercy Teda Bundy’ego wcielił się Zac Efron, spotkały się z krytyką przez to, że na pierwszym miejscu postawiono urok osobisty zbrodniarza. I tak, Bundy rzeczywiście wykorzystywał swój wygląd do wabienia ofiar, jednak skupienie uwagi na jego charyzmie i relacjach rodzinnych tworzy niebezpieczną lukę empatyczną. Kiedy znamy każdy aspekt życia złoczyńczy, zaczynamy starać się ich zrozumieć, a to może skończyć się zatarciem granicy między analizą a emocjonalnym rozgrzeszeniem.

Oczywiście, nie zrozumcie mnie źle. Traumatyczne doświadczenia sprawców rzeczywiście mogą upośledzać ich zdolność do empatii, potwierdza to psychologia. Nie bez powodu mówi się, że złoczyńcy się nie rodzą, to świat ich tworzy. Jednak dążenie do tego, by ciągle usprawiedliwiać ich potworne czyny trudną przeszłością prowadzi do tego, że zaczynamy oceniać zbrodnie w kategorii „to zależy”. W efekcie tracimy zdolność do zaakceptowania faktu, że niektórzy dokonują złych wyborów bez żadnego racjonalnego, tragicznego powodu.
Gdzie ci złoczyńcy, prawdziwi tacy?
Wychodzi na to, że znów zatoczyliśmy koło. Po zmęczeniu czarno-białą narracją, teraz przyszedł czas na znużenie ciągłą gimnastyką moralną i współodczuwaniem z łotrami. Widzę to po sobie, że częściej porzucam tytuły, które każdej złej osobie próbują dokleić „sad story”, a wracam raczej do tych, w których ten podział jest wyraźniejszy. Nie chodzi mi nawet o to, by złol był zły tylko z zasady, niech dalej ma motywacje, jakąś swoją filozofię i ideę, po prostu nie chcę już być zmuszana do współczucia mu.
Zresztą chyba nie tylko ja tak mam, bo na rynku zaczyna ostatnio pojawiać się więcej treści reprezentujących „czyste zło”, z antagonistami, których trauma nie wygląda z każdego konta i którzy czerpią radość ze swoich niegodziwości. Oczywiście zło nie musi być stałe, może się zmieniać, co sama bardzo lubię. Niektórym twórcom udaje się uczłowieczyć złoczyńców w sposób, który nie wymaga leniwego sięgania po kartę „trauma”. To znacznie bardziej skomplikowane, ale możliwe. Wtedy taka droga jest warta oglądania, a czasem też kibicowania.
Złoczyńcy są potrzebni, zwłaszcza ci karykaturalni. Popkultura, wszystko co oglądamy i czytamy, kształtuje nas i przekłada się w pewnej mierze na nasze zachowania w społeczeństwie. Jeśli cały czas będziemy obcować z humanizacją potworów, to ten relatywizm moralny zaczniemy stosować także w realnym życiu. Dlatego, aby opowieści znów mogły nieść jakąś mądrość życiową i uczyć odpowiedzialności, popkultura, zwłaszcza ta skierowana do młodszych odbiorców, musi odzyskać odwagę do pokazywania, że zło – choć bywa skomplikowane – jest ostatecznie kwestią wolnego wyboru jednostki, a nie tylko smutnym skutkiem ubocznym trudnego dzieciństwa.
