Służby specjalne, które są głównymi uczestnikami wojny z terroryzmem, nie lubią ujawniać swoich tajemnic. O tym, że walka trwa, najłatwiej przekonać się na lotnisku. Po prześwietleniach bagażu, zdejmowaniu butów, pobieraniu odcisków palców nadchodzi czas skanowania całego ciała. Dla terrorystów samolot to bowiem swoisty fetysz, gdyż nic nie wywołuje takiego rozgłosu jak zdetonowanie w nim bomby lub roztrzaskanie go o jakiś ważny obiekt.

W listopadzie 1987 r. kontrolerzy na lotnisku w Bagdadzie znaleźli w bagażu podręcznym jednej z pasażerek radio. Kobieta tłumaczyła, że zapomniała je włożyć do głównego bagażu, więc pozwolili wnieść odbiornik na pokład południowokoreańskiego samolotu odbywającego rutynowy rejs do Seulu. Nie mieli też zastrzeżeń do 0,7-litrowej butelki z wodą.

Podczas międzylądowania w Dubaju pasażerka wysiadła, bez bagażu. Kilka godzin później samolot runął do Morza Andamańskiego, zginęło 115 osób. Śledztwo wykazało, że w radiu zamiast baterii znajdował się zapalnik zegarowy, w butelce płynny, przeźroczysty materiał wybuchowy określany jako PLX (mieszanka nitrometanu i etylenodiaminy o sile większej niż nitrogliceryna). Przemyciła go agentka wywiadu Korei Północnej Kim Hyun Hee. Dziś byłoby to niemożliwe. Obowiązuje zakaz wnoszenia do samolotu płynów w pojemnikach większych niż 0,1 litra, wszelkie urządzenia elektroniczne są prześwietlane, kontrolerzy często proszą o ich uruchomienie.

Dwudziestu zamachowców z 11 września 2001 kontaktowało się ze sobą i z centralą, by skoordynować akcję, dwaj zapłacili za bilet kartą wystawioną na ich prawdziwe nazwiska. Mimo to cała dwudziestka bez przeszkód weszła do czterech samolotów. Dziś już by tego nie zrobili. Komputery automatycznie porównują listy pasażerów z wykazami podejrzanych o związki z terroryzmem i przejście w tym samym czasie przez punkty kontrolne kilku osób znajdujących się w obu wykazach jest niemożliwe.

Wydawało się, że system zabezpieczeń został hermetycznie uszczelniony. Ale w Boże Narodzenie 2009 r. Nigeryjczyk Umar Abdulmutallab jednak się przezeń przedostał i w samolocie lecącym z Amsterdamu do Detroit próbował zdetonować bombę. Późniejsze testy wykazały, że niewielka ilość wybuchowego proszku, który miał przy sobie, mogłaby wyrwać w kadłubie maszyny dziurę wielkości człowieka. Do tragedii nie doszło dzięki czujności pasażerów.

Po tym incydencie prezydent Obama rzucił mocnym słowem w stronę służb bezpieczeństwa, które odpowiedziały propozycją wprowadzenia na lotniska skanerów ciała. To już technika niemal kosmiczna, gdyż urządzenia są tak czułe, że albo odbierają promieniowanie terahercowe emitowane przez… człowieka i wszystko, co dana osoba ma przy sobie, albo działają jak radar, który wysyła te promienia i rejestruje ich odbicie. Na ekranie komputera pojawia się obraz nagiego ciała oraz przedmiotów ukrytych pod odzieżą. Prześwietlanie trwa ok. 10-12 sekund.

Skanery terahercowe mają jednak dwie wady: są bardzo drogie (ok. 150 tys. dol.) i nie wykrywają tego, co potencjalny zamachowiec może ukryć w naturalnych otworach ciała lub zaszyć pod skórą (promienie wnikają jedynie kilka milimetrów w głąb skóry). Wzbudzają też zastrzeżenia natury etycznej, gdyż nikt nie lubi, by osoby postronne oglądały go nago.