Płytki, otoczony lądami Bałtyk to modelowy przykład destrukcyjne go wpływu człowieka na środowisko. Ocieplenie klimatu, zatrucie ściekami i niedotlenienie wody powodują zmiany, których skutki najboleśniej odczuwają rybacy. Jeszcze 35 lat temu z Bałtyku pochodził co piąty łowiony na świecie dorsz, nie brakowało też dorodnych śledzi.

W Morzu Bałtyckim kryje się największa na świecie „strefa śmierci” powstała na skutek działalności człowieka. To gigantyczna masa wody pozbawiona tlenu, której powierzchnia wynosi obecnie 60 tys. kilometrów kwadratowych – więcej niż Mazowsze i Podlasie razem wzięte. Na tym obszarze w wodach przydennych żyją tylko bakterie produkujące toksyczny siarkowodór. Wszystko to sprawia, że Bałtyk to tykająca bomba zegarowa. Od wielu lat naukowcy zastanawiają się, jak go ratować – pomysłów jest kilka, ale ich realizacja nie będzie łatwa ani szybka.

WIĘCEJ TLENU

Od 50 lat Bałtyk dusi się z naszej winy. Wraz ze ściekami trafiło do niego 20 mln ton azotu i 2 mln ton fosforu. Doprowadziło to do „przeżyźnienia”, czyli eutrofizacji wody. Masowo rozwijają się w niej drobne glony, które obumierają, opadają na dno i rozkładają się, zużywając znajdujący się tam tlen. Nie byłoby
w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w Bałtyku nie ma silnych prądów morskich. W efekcie słodka, lżejsza woda utrzymuje się przy powierzchni, podczas gdy słona, słabiej natleniona zalega na dnie. W takich warunkach powstają toksyczne dla większości organizmów substancje: siarkowodór, metan i amoniak.

Ocieplenie klimatu dodatkowo przyśpiesza ten proces, zwiększając tempo rozkładu glonów. Aby poprawić sytuację morza w krótkim czasie, należałoby zastosować drastyczne sposoby jego natleniania. Według pomysłu prof. Andersa Stigebrandta z Uniwersytetu w Göteborgu należy wymieszać wodę. Potrzeba do tego 100 stacji pomp rozmieszczonych w głębokich partiach Bałtyku i zasilanych z elektrowni wiatrowych. Miałyby one przenosić natlenioną wodę powierzchniową z głębokości ok. 50 m na głębokość 125 m. Takie przedsięwzięcie pochłonęłoby co najmniej 200 mln euro. Pierwsze próby przeprowadzono w dwóch fiordach u szwedzkich wybrzeży i pomysł na razie zarzucono.

– W podobny sposób próbuje się poprawić jakość wody w małych beztlenowych stawach. Jednak wystarczy krótka przerwa w natlenianiu i sytuacja szybko wraca do punktu wyjścia. To bardzo energochłonna akcja, która jednocześnie prowadzi do uniesienia się ogromnych ilości zawiesin z dna, wraz ze skumulowanymi tam zanieczyszczeniami – ostrzega prof. Jan Marcin Węsławski, dyrektor Instytutu Oceanologii PAN. Inny pomysł to wsypywanie do morza
związków chemicznych, które zmienią jego skład. Można w tym celu użyć np. chlorowodorku glinu, stosowanego m.in. w oczyszczalniach ścieków i do uzdatniania wody pitnej.

Wychwytuje on fosfor z wody i zamienia go w nierozpuszczalne osady. Pierwsze testy prowadzono wokół wysp w okolicy Sztokholmu. Naukowcy są jednak sceptyczni, bo nie wiadomo, jak długo fosfor pozostałby zagrzebany w osadach. Na dodatek takie działania są zakazane przez międzynarodowe prawo.
Z tego powodu zarzucono wcześniej inny pomysł – dodawanie opiłków żelaza, które miałyby wiązać dwutlenek węgla w oceanach i przeciwdziałać w ten sposób efektom globalnego ocieplenia.