MNIEJ ZANIECZYSZCZEŃ

Skoro ścieki wpadające do Bałtyku są tak szkodliwe, trzeba ograniczyć ich ilość. Dziewięć krajów nadbałtyckich – w tym Polska – od dawna nad tym pracuje. Dzięki lepszym oczyszczalniom i surowszym przepisom chroniącym środowisko do morza trafia dziś o 30–40 proc. mniej azotu i fosforu niż w latach 80. XX w. Mimo to jakość wody nadal nie jest zadowalająca. Pojawiły się więc propozycje, by mocno ograniczyć inne źródło morskich zanieczyszczeń, czyli nawożenie pól uprawnych. – W tej kwestii doszliśmy do ściany. Ilość nawozów stosowanych w rolnictwie jest bardzo ograniczona – wyjaśnia prof. Węsławski. – Nasi rolnicy używają ich znacznie mniej niż szwedzcy czy duńscy i buntują się, bo mają przez to niższe plony.

Komisja Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku uznaje, że Polska bardzo zanieczyszcza morze, bo w sumie odprowadza do niego dużo nawozów. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę mieszkańców czy obszar zajmowany przez uprawy rolne, to wypadamy lepiej niż Szwecja i Dania.

Polski naukowiec dodaje, że nawet gdybyśmy przestali w ogóle stosować nawozy, problem nie zniknie. – W glebie i wodach gruntowych zgromadziło się mnóstwo związków azotu. Przez kolejnych 20–30 lat będą się one sączyć do morza bez względu na to, co będziemy robić – mówi prof. Węsławski. Nie oznacza to jednak, że zbędne są nowe oczyszczalnie i lepsze przepisy. Do wody morskiej trafiają m.in. niebezpieczne pozostałości leków, głównie antybiotyków dodawanych do pasz i aplikowanych zapobiegawczo zwierzętom hodowlanym. Narasta też problem odpadów plastikowych, także tych bardzo drobnych, czyli mikroplastiku.

To kawałeczki o wielkości poniżej 5 mm, na które w wyniku fizycznej degradacji rozpadają się produkty z tworzyw sztucznych. – Źródłem takich zanieczyszczeń może być także przemysł kosmetyczny czy farmaceutyczny, w których tworzywa o bardzo małych rozmiarach są np. nośnikiem substancji aktywnych – mówi prof. Bożena Graca z Pracowni Ochrony Środowiska Morskiego Uniwersytetu Gdańskiego, która prowadziła badania zanieczyszczenia mikroplastikiem plaż i osadów dennych.

Połowę z nich stanowi poliester, wchodzący w skład tkanin i wypłukiwany z nich podczas prania w postaci drobnych włókien. Morze zatruwają też kopolimery etylenu i propylenu, wykorzystywane w stoczniach do produkcji statków oraz octan winylu, czyli główny składnik wszelkiego rodzaju opakowań. Istotnym
źródłem jest też ścieranie się opon samochodowych w ruchu ulicznym. Ryby i inne morskie zwierzęta biorą mikroplastik za pokarm. Gdy zalega w ich żołądkach, zmniejsza apetyt i prowadzi do wycieńczenia. Co więcej, łatwo wchłania inne zanieczyszczenia, np. pestycydy i metale ciężkie. Naukowcy prowadzący badania w innych rejonach świata znaleźli mikroplastik w poławianych komercyjnie rybach. Wiele tworzyw zawiera szkodliwe lub toksyczne dodatki, takie jak bisfenol. Mogą one zaburzać funkcjonowanie układu hormonalnego u zwierząt i ludzi.

RYBACY KONTRA FOKI

Ostatnio część polskich rybaków zaczęła domagać się ograniczenia liczebności fok, które wyjadają im ryby z sieci. Na początku XX wieku Bałtyk zamieszkiwały setki tysięcy tych ssaków. Potem były bezlitośnie tępione, tak że przetrwała zaledwie kilkutysięczna grupa. Teraz znów foki można liczyć w dziesiątkach tysięcy, co wpływa m.in. na liczebność dorszy. – Foki są ostatecznym żywicielem pasożytniczych nicieni, dla których dorsze są ogniwem pośrednim. Skoro foki były rzadkością przez tak długi czas, pasożyty te także nie były rozpowszechnione. Ryby „zapomniały”, jak się bronić przed nicieniami. W tej chwili właściwie każdy dorsz ma pasożyty, co oczywiście wpływa na jego masę i kondycję – wyjaśnia prof. Iwona Psuty, wicedyrektor Morskiego Instytutu Rybackiego.