Na łowy z wielką ochotą wyprawiali się wszyscy królowie. Stefan Batory zrywał się jeszcze przed świtem, wsiadał na konia i, pędząc przez puszczę na złamanie karku, wykrzykiwał do towarzyszących mu dworaków: „Czy może być coś piękniejszego?!”. Także August III Sas, gdyby mógł, nie wychodziłby z lasu. Ale nie pozwalały mu na to obowiązki, stan zdrowia i pustki w skarbcu. Z pasji jednak nie zrezygnował. W ogrodzie przy Pałacu Saskim urządził strzelnicę. Czasem, ku uciesze warszawiaków, kazał ustawiać tarcze na murach Starówki i tam organizował zawody. Z maniakalną dokładnością spisywał potem wyniki, obliczał średnią. Dworacy musieli bardzo uważać, by przypadkiem nie trafiać celniej.

Gdy ta namiastka polowania nużyła monarchę, a na dalekie wyprawy nie był już w stanie wyruszyć, udawał się do pobliskiej Puszczy Kampinoskiej lub do Młocin. Tam jednak brakowało zwierzyny. Ale i ten problem rozwiązano. Zamiast fatygować króla wyjazdem za miasto, grodzono któryś z placów, rozstawiano na nim krzaki, a w centrum wznoszono platformę strzelecką. Król gramolił się na nią, dawał znak, że jest gotów, i z klatek wypuszczano mnóstwo schwytanych wcześniej saren, zajęcy, jeleni. Takie łowy musiały się udać. August zgodnie ze swą pedantyczną naturą na bieżąco uzupełniał statystyki i sporządzał wykazy trofeów. Chociaż przeszedł do historii jako władca niezbyt przykładający się do obowiązków, w rzeczywistości był bardzo pracowity. Wstawał nad ranem, sumiennie przeglądał dokumenty, uczestniczył w niezliczonych spotkaniach… Po południu był już tak zmęczony, że musiał się odprężyć. W teatrze, za którym nie przepadał, przysypiał. Książek nie czytał. Pozostawało strzelanie. Kiedy ze względu na wiek i chorobę nie był już w stanie wspiąć się na platformę, strzelał z okien pałacu do bezpańskich psów. By zwabić ich jak najwięcej, podwładni podrzucali w Ogrodzie Saskim kości i padlinę…

Zew natury

Za czasów świetności Rzeczypospolitej takie zachowanie uznano by za godne hycla, nie monarchy. Polowanie nie miało być jatką, lecz zastrzykiem adrenaliny. Batory pewnego razu tak się zagalopował, że wpadł do rzeki i omal nie utonął. Zygmunt Stary lubił popisywać się odwagą przed włoską żoną. Nie bacząc na to, że była w ciąży, zabrał ją kiedyś na łowy do Puszczy Niepołomickiej. Dalszy ciąg tej historii opisał historyk Marcin Bielski: „król miał tam niedźwiedzia nad obyczaj wielkiego, którego z Litwy przywieziono w skrzyni. Gdy go wypuszczono (…) poszczwano go wielkimi psy najpierw, których on ze sto połamał, pobił i poranił (…). Puścił się potem tam, gdzie królowa stała, uciekając przed nim, potknął się koń pod nią, spadła i uraziła się, bo była brzemienna”. Na skutek wypadku królowa Bona urodziła przed czasem i następca tronu zmarł dzień po przyjściu na świat.

Na podobne ryzyko nie pozwalał sobie Zygmunt August. W Knyszynie i  innych posiadłościach pobudował okazałe pałace myśliwskie, w których zapewniał uczestnikom swych polowań komfort i bezpieczeństwo. Obok urządzał zwierzyńce, czyli ówczesne zoo, w których trzymał łosie, jelenie, sarny i... wielbłądy. Teoretycznie powinien rezydować w stolicy, ale bardziej ciągnęło go do litewskich lasów.

Przywiązanie do natury mieli we krwi wszyscy Jagiellonowie. Gdy Władysław Jagiełło nie mógł już dosiąść konia, spacerował po lesie pieszo. Zdaniem kronikarza Jana Długosza przyspieszyło to jego śmierć. Podczas pobytu w  Medyce (na Podkarpaciu) król poszedł posłuchać śpiewu słowików i tak się zasłuchał, że wrócił dopiero w nocy. Nabawił się przeziębienia, które przeszło w zapalenie płuc. Kilka dni później zmarł. Jego prawnuk Zygmunt August nad ptaki przedkładał konie. Posłowie udający się w  misje dyplomatyczne mieli obowiązek przywożenia z zagranicy nowych okazów do królewskich stadnin. Zebrał ich ponad 3 tys.!

Staropolski audiobook

Jak wielu władców epoki renesansu, Zygmunt August miał liczne pasje. Nuncjusz Bernardo Bongiovanni pisał do papieża, że polski król „posiada szesnaście szkatuł klejnotów, których wartość przewyższa zasoby Jego Świątobliwości”. Królewska kolekcja obejmowała m.in. 40 złotych pucharów inkrustowanych szlachetnymi kamieniami, dziesiątki pierścieni, medalionów, łańcuchów i  innych bibelotów. W wolnych chwilach monarcha przeglądał swe zbiory, zbierał informacje o cennych precjozach, które są gdzieś do kupienia, i  spadkach pozostawionych przez bogatych krewniaków. Poza tym kolekcjonował arrasy, obrazy, zegary i  książki. Imponująca biblioteka liczyła ponad półtora tysiąca woluminów. Swoje dzieła przysyłali mu Luter, Kalwin, Frycz Modrzewski, Kochanowski… Ale chociaż król cenił artystów i pisarzy, sam za rozrywkami umysłowymi nie przepadał. Książki zbierał, żeby je mieć, a nie czytać. Znalazł jednak sprytny sposób na zapoznawanie się z dziełami, których nie wypadało nie znać. Wręczał je sekretarzowi, dawał kilka dni na przeczytanie i kazał sobie opowiadać. Dzięki temu oryginalnemu audiobookowi sprawiał wrażenie oczytanego. Widok króla pogrążonego w lekturze książki nie należał na polskim dworze do zbyt częstych. Chlubny wyjątek stanowił Jan III Sobieski, który czytał przy każdej okazji. Kardynał Francesco Martelli w 1677 r. ze zdumieniem podkreślał, że w nawet wracając z  pola bitwy pod Żurawnem, polski monarcha przeczytał historię wypraw krzyżowych. Księgozbiory posiadało wielu władców, ale Sobieski jako jedyny nie gromadził tego, co modne i ładne, lecz starannie dobierał dzieła. Sam też nieźle władał piórem, o czym świadczą listy do Marysieńki i „Dziennik pogromu Tatarów”.

Wiwat słodki kąsek