W Kraju Kwitnącej Wiśni chrześcijanie stanowią dziś mikroskopijną mniejszość, szacuje się, że do różnych kościołów chrześcijańskich należy około 1 proc. Japończyków. Nie zawsze jednak tak było. Głoszona przez przybyłych z Portugalii i Hiszpanii misjonarzy Ewangelia przyjmowana była w drugiej połowie XVI w. z niesamowitym entuzjazmem. Dziesiątkom tysięcy ludzi udzielano chrztu, powstawały japońskie przekłady łacińskich modlitw, do Rzymu ruszyli pielgrzymi z Kiusiu, a katoliccy zakonnicy znajdowali posłuchanie u najwybitniejszych polityków. I gdy już wydawało się, że Japonia dołączy do rodziny państw katolickich, niespodziewanie Kraj Kwitnącej Wiśni zamknął się na świat, a bezlitosny reżim rodu Tokugawa starł z powierzchni ziemi większość chrześcijańskich wspólnot.

OBCY W OBCYM KRAJU

Pierwszym człowiekiem, który przyniósł do Europy informacje o istnieniu Japonii, był Marco Polo. Wielki podróżnik co prawda nigdy nie postawił swojej stopy na japońskiej ziemi, jednak przebywając w Chinach na dworze chana Kubilaja, miał okazję wysłuchać opowieści weteranów dwóch nieudanych mongolskich inwazji na Japonię z lat 1274 i 1281. Na osobiste odwiedziny przybyszów z Zachodu Japonia musiała poczekać aż do roku 1543, kiedy to Portugalczycy wylądowali na wysepce Tanegashima. Nie jest do końca jasne, kim byli owi przybysze. Jedna z wersji tej historii mówi o grupie płynących do Kantonu kupców, których dżonkę przygnały ku japońskiemu wybrzeżu nieprzychylne wiatry. Inna twierdzi, że co prawda rzeczywiście Portugalczyków ku Tanegashimie rzucił sztorm, jednak nie byli to żadni kupcy, tylko wyprawa badawcza pod wodzą awanturnika Fernao Mendesa Pinto.

Nowi dziwaczni przybysze stali się znani w Krainie Kwitnącej Wiśni jako namban-jin, czyli ,,południowi barbarzyńcy”. Południowi – gdyż przybywali do Japonii przez Morze Południowochińskie. Nowo przybyli natychmiast stali się wielką atrakcją. Wojowniczym mieszkańcom szczególnie przypadła do gustu broń palna, która szybko stała się jednym z głównych towarów eksportowanych tam przez Portugalczyków. Nawet gdy Japończycy sami nauczyli się ją wytwarzać, Kraj Kwitnącej Wiśni pozostał dla kupców portugalskich wspaniałym rynkiem zbytu. Japończyków ogarnęła bowiem istna nambanjinmania, która sprawiła, że szlachta i bogaci mieszczanie masowo nabywali zegary, okulary, wina, zabawki mechaniczne i wszelkiej maści portugalskie sprzęty, które następnie służyły jako cenne bibeloty zdobiące ich mieszkania.  Niezwykłą popularnością cieszyły się stroje europejskie, których noszenie zaczęto uważać za dowód dobrego smaku. Styl na ,,południowego barbarzyńcę” stawał się coraz bardziej popularny, gdzieniegdzie osiągając rozmiary absurdu. Najwięksi eleganci spośród złotej młodzieży ubierali się całkowicie po europejsku, brali do ręki różaniec, po czym lansowali się, wędrując po ulicach i głośno odmawiając  łacińskie modlitwy. Co prawda większość z nich kompletnie nie rozumiała, co właśnie mówi, ale zachowanie takie było uważane za wyjątkowo modne.

Fascynacji Portugalczykami nie towarzyszyło bynajmniej poczucie niższości względem Europejczyków. Nambanjin traktowano powszechnie jako niegroźną ciekawostkę, cudaków, którzy co prawda są brzydcy, nieforemni, cuchną, jedzą  same obrzydlistwa i nie znają dobrych manier, ale za to wiedzą o świecie ciekawe rzeczy i sprzedają cenne towary.  W stosunkach japońsko - portugalskich to właśnie drugi z partnerów niejednokrotnie czuł się tym gorszym.  Głowa zakonu jezuitów w Indiach biskup Alessandro Valignano pisał o mieszkańcach kraju Nihon: „Japończycy są bardzo zdolni i roztropni, ich dzieci nader szybko pojmują nasze nauki i zadania. Uczą się pisać i czytać w naszym języku znacznie szybciej i łatwiej niż dzieci europejskie. Lud w Japonii nie jest tak ciemny i nieokrzesany jak w Europie. W większości swojej są rozumni, dobrze wychowani i łatwo przyswajają wiedzę”.

Najdobitniej zaś uczucie towarzyszące Europejczykowi w zetknięciu z cywilizacją japońską wyraził właśnie Fernao Mendes Pinto, który w jednym ze swych listów napisał, że Japończycy przewyższają mieszkańców Europy pod każdym względem – z wyjątkiem wiary. Wiara ta miała jednak dotrzeć do Kraju Kwitnącej Wiśni już niedługo, głównymi zaś jej nosicielami zostali członkowie Towarzystwa Jezusowego.

KSAWERY JEDZIE DO KIOTO

 

W roku 1549 ważny dostojnik zakonu jezuitów Franciszek Ksawery opuścił Malakkę i popłynął do Japonii, z zamiarem nawrócenia jej mieszkańców na chrześcijaństwo. W sierpniu znalazł się na wyspie Kiusiu, we włościach potężnego magnata Shimazu Takashisa. Dobra Shimazu szybko stały się bazą, z której Franciszek Ksawery i jego współpracownicy przez dwa lata nawracali rzesze mieszkańców Kiusiu. W roku 1551 Franciszek wyruszył do Kioto, pragnąc zyskać widzenie na dworze cesarskim bądź u szoguna. Jezuita zapewne nie zdawał sobie sprawy, że cesarze japońscy to tylko figuranci, których jedynym zajęciem jest odprawianie religijnych rytuałów. Większość czasu spędzali w pałacu, zamknięci w gruncie rzeczy w areszcie domowym, który do tego nie był zbyt luksusowy. Cesarski skarbiec świecił pustkami i sytuacja, w której cesarz nie miał co do garnka włożyć, nie należała do rzadkości.

Kioto zrobiło na Franciszku Ksawerym piorunujące, acz negatywne wrażenie. Po wielu dziesięcioleciach bardzo krwawych wojen domowych miasto leżało w gruzach. Stolica cesarstwa w żaden sposób nie mogła otrząsnąć się po skutkach najazdu buddyjskich mnichów z klasztoru Enryakuji na górze Hiei, którzy w roku 1537 obrócili ją w perzynę. Franciszek Ksawery nie zdołał uzyskać audiencji u żadnego ze stołecznych dostojników, nie zainteresował  też swoimi kazaniami pogrążonych w marazmie mieszkańców Kioto. Jeszcze w tym samym roku opuścił Japonię, zostawiając jednak na miejscu współpracowników i rozwijające się gminy chrześcijańskie. Udało mu się nawrócić około dwóch tysięcy osób. Liczba ta może wydawać się niewielka, ale w ciągu następnych trzydziestu lat ochrzcić miały się jeszcze dziesiątki tysięcy Japończyków. Pierwszy z misjonarzy pozostawił po sobie niezwykle pochlebną charakterystykę mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, których szczerze pokochał i do których pragnął jeszcze wrócić: ,,Jeśli sądzić na podstawie osób, z którymi często się spotykałem, to twierdzę, że Japończycy są najlepszą z odkrytych przez nas ras ludzkich, i nie wierzę, by między poganami można było znaleźć drugi taki naród. Japończycy są bardzo towarzyscy, życzliwi, bynajmniej nie złośliwi, cenią honor i godność, które stawiają ponad wszystko”.

ZŁOTE CZASY

Chrześcijaństwo stawało się coraz bardziej popularne. Najwięcej wiernych żyło na Kiusiu, jednak jezuici odnosili liczne sukcesy także na innych terytoriach. Cieszyli się dużym wsparciem Ody Nobunagi, daymio [japoński władca ziemski – dop.red.] prowincji Owari i jednego z największych wodzów w dziejach Japonii, który w roku 1568 opanował stolicę. Nobunaga z chęcią gościł misjonarzy i otaczał ich ochroną. Nie kierował się jednak przy tym względami religijnymi. Oda był ateistą i zimnym cynikiem. Potrzebował chrześcijan, by osłabić wpływy znienawidzonego buddyjskiego kleru, który na wszelkie sposoby sabotował próby zjednoczenia ziem japońskich. Jezuici umieli chytrze przypodobać się  wojskowemu dyktatorowi, między innymi organizując publiczną dysputę religijną, w której na oczach zgromadzonych tłumów ośmieszyli buddyjskich mnichów, wykazując ich umysłową ciemnotę.

Z kolei możnowładcy rządzący Kiusiu, która znajdowała się poza kontrolą Nobunagi, przyjmowali nową wiarę, aby wzmacniać kontakty handlowe i polityczne z Europą. Ta działalność osiągnęła apogeum w roku 1582, gdy z portu w Nagasaki wyruszyło ku Staremu Kontynentowi poselstwo złożone z czterech ochrzczonych japońskich młodzieńców. W Europie złożyli zapewnienia synowskiego przywiązania królowi Filipowi II oraz papieżowi Grzegorzowi XIII. W trakcie pobytu w Rzymie młodzi Japończycy spotkali polskiego biskupa, a późniejszego prymasa Bernarda Maciejowskiego, któremu podarowali w prezencie japoński przekład Psalmów Dawidowych. Dokument ten, o którego istnieniu przez dziesięciolecia nikt nie miał pojęcia, został w roku 2000 odkryty w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej przez rosyjską uczoną profesor Ludmiłę M. Jermakową. Po śmierci Nobunagi, który zginął w zamachu zorganizowanym przez jednego ze swych oficerów, dzieło zjednoczenia Japonii kontynuował najwierniejszy współpracownik dyktatora, generał chłopskiego pochodzenia Toyotomi Hideyoshi. Początkowo Hideyoshi – wzorem swojego poprzednika i mentora – również wspierał chrześcijaństwo. W przeciwieństwie jednak do Nobunagi był szczerze zainteresowany nową wiarą i planował nawet przyjęcie chrztu. Zamiaru tego wyrzekł się dopiero na skutek szoku kulturowego, który przeżył, kiedy dowiedział się, że jako chrześcijanin będzie mógł mieć tylko jedną żonę. Miał wówczas wykrzyknąć: ,,Nie dla mnie taka wiara!”. Nie zrezygnował jednak całkowicie z myśli o nawróceniu i nawet starał się zdobyć dla siebie dyspensę, zwalniającą z uciążliwego i przykrego obowiązku monogamii. Kiedy te starania spełzły na niczym, machnął ręką i zajął się czymś innym – dalszym jednoczeniem Kraju Kwitnącej Wiśni.

CIEMNE CHMURY

Mimo to nadal chętnie podejmował jezuitów w swojej potężnej twierdzy w Osace i odnosił się do nich z przyjaźnią. W przyjaźni tej pojawił się jednak zgrzyt, gdy w roku 1587 wojska Hideyoshiego zdobyły Kiusiu. Wtedy w polityce wyznaniowej dyktatora nastąpił ostry zwrot. 18 i 19 czerwca wydał dekrety nakazujące misjonarzom opuścić Japonię w ciągu dwudziestu dni i zabraniające chrześcijańskim daymio chrzczenia swych poddanych wbrew ich woli. Istnieje wiele opowieści o przyczynach nagłej niechęci Hideyoshiego do chrześcijan. Jedna z bardziej fantastycznych opowiada o tym, jak słynący z licznych erotycznych podbojów Hideyoshi podczas operacji na Kiusiu wysłał osobistego lekarza Tonguuna do miasta Arima w celu zapewnienia damskiego towarzystwa na najbliższą noc. Po kilku godzinach medyk powrócił z wieścią, że na skutek nauk katolickich księży wszystkie dziewczęta z Arima stały się niezwykle cnotliwe, a wówczas Hideyoshi zawrzał straszliwym gniewem przeciwko chrześcijanom. Bardziej prawdopodobne jest, że tym, co zniechęciło Hideyoshiego do chrześcijaństwa, było odkrycie, że na Kiusiu rozwinął się kontrolowany przez Portugalczyków proceder porywania  i sprzedawania w niewolę Japończyków.

Jakby tego było mało, jeden z adiutantów Hideyoshiego doniósł wodzowi, że słyszał pijanego portugalskiego marynarza wykrzykującego w tawernie Nagasaki: ,,Nasz król zaczyna od tego, że do krajów, które chce zawojować, posyła klechów, którzy kuszą naród, by przyjął nową religię, a kiedy ci odniosą już wyraźny sukces, wtedy wysyła się wojska. Wojska zawierają sojusz z nowymi chrześcijanami, a wtedy to już nic trudnego doprowadzić podbój do końca”. Początkowo antychrześcijańskie edykty pozostawały na papierze, z czasem jednak zaczęto wprowadzać je w życie z całą stanowczością. Sytuacji nie poprawiało nieodpowiedzialne zachowanie europejskich kupców, czego przykładem może być afera, jaka wybuchła w roku 1596. U japońskich wybrzeży rozbił się wówczas hiszpański galeon. Ładunek okrętu został zgodnie z prawem zajęty przez urzędników japońskich. Rozgniewany kapitan zagroził, że jeśli towary nie zostaną mu natychmiast zwrócone, Filip II przyśle do Japonii wojska, które podbiją kraj, wykorzystując przy tym „piątą kolumnę” – franciszkanów.  Hideyoshi zareagował tak jak każdy władca, który dowiedziałby się, że na jego terenie działa siatka szpiegowska. Zaczęły się aresztowania. W środkowej Japonii zatrzymano sześciu franciszkanów, a następnie w towarzystwie dwudziestu nawróconych Japończyków pognano ich do Nagasaki, gdzie w roku 1597 zostali ukrzyżowani. Byli to pierwsi japońscy męczennicy za wiarę.

CZAS MĘCZENNIKÓW

 

Prawdziwe kłopoty dla chrześcijan rozpoczęły się w Japonii dopiero za czasów szogunatu Tokugawów. Wprawdzie pierwszy szogun tej dynastii Tokugawa Ieyasu odnosił się do chrześcijan ze względną tolerancją, choć na skutek podszeptów swojego nieprzepadającego za jezuitami doradcy Miura Anjina, zachowywał dużą rezerwę wobec wyznawców Chrystusa. Niechęć Miura Anjina do Towarzystwa Jezusowego brała się głównie stąd, że był samurajem… angielskiego pochodzenia i naprawdę nazywał się William Adams. Dopiero Hidetada, syn Ieyasu, w roku 1614 wydał edykt zakazujący wyznawania chrześcijaństwa w Japonii. Zaczęły się trwające aż do 1640 roku masowe prześladowania. Japonia spłynęła krwią i była świadkiem takich aktów heroizmu jak powstanie chrześcijan w prowincji Shinbara na Kiusiu w latach 1637–1638, ale również aktów zdrady. Najgłośniejszy był przypadek księdza Christovaro Perreyry, który w roku 1633 porzucił chrześcijaństwo i resztę życia spędził w Japonii, pisząc paszkwile przeciwko dawnej wierze.

Nie wszyscy jednak wyrzekli się wiary w Chrystusa. Liczne gminy zeszły do podziemia i przetrwały aż do czasów ponownego otwarcia się Japonii na świat.  Z rozkazu rodu Tokugawa wszyscy, których przodkowie byli chrześcijanami, musieli brać udział w obrzędzie bezczeszczenia świętych obrazów, w czasie którego nakazywano im skakać po wizerunkach Chrystusa. Niektóre przetrwały do dziś. Warto przyjrzeć się ich ramom. Są popękane i zniszczone. To pamiątka po bohaterach, którzy zmuszeni do profanowania świętych wizerunków, woleli skakać po ich ramach niż po nich samych.