Jedna jednostka, trzy funkcje. Nowy kierunek, który może odczarować pompy ciepła

Pompy ciepła w domach jednorodzinnych przestały być egzotyką, ale wciąż potrafią wywołać ten sam odruch: czy to na pewno będzie działało zimą, czy nie skończy się na grzałce i czy instalacja nie zamieni kotłowni w magazyn urządzeń. Dlatego coraz częściej wygrywają rozwiązania, które obiecują prostszy układ, mniej elementów i mniej punktów, w których coś może pójść nie tak.
...
fot. Unsplash

W tym trendzie mieści się nowa propozycja Samsung: system wszystko w jednym, który ma jedną jednostką zewnętrzną ogarnąć kilka domowych zadań naraz. Ambicja jest jasna: odchudzić instalację, a jednocześnie dopiąć parametry, które mają sens w europejskim klimacie.

Jeden system zamiast układanki z kilku urządzeń

Nowy EHS All-in-One jest pomyślany jako rozwiązanie, które zapewnia ogrzewanie i chłodzenie powietrzem, ogrzewanie podłogowe oraz przygotowanie ciepłej wody użytkowej – z jednego centrum na zewnątrz budynku. To istotne przesunięcie akcentów: zamiast domowej infrastruktury składanej z wielu klocków, producent próbuje sprzedać spójny system, który ma być prostszy w doborze i uruchomieniu.

W praktyce all-in-one nie oznacza magii i zniknięcia hydrauliki – nadal liczy się projekt instalacji, dobór mocy i jakość montażu. Ale oznacza to, że producent bierze na siebie większą część odpowiedzialności za kompatybilność funkcji, sterowanie i pracę w różnych trybach. A to bywa kluczowe dla osób, które chcą po prostu komfortu, bez rozkminy, czy dana konfiguracja na pewno zagra.

Warto też zwrócić uwagę, że urządzenie jest komunikowane jako propozycja zarówno dla zastosowań mieszkaniowych, jak i komercyjnych. To sugeruje pozycjonowanie bliżej solidnych, całorocznych instalacji, a nie tylko sezonowego dogrzewania.

Parametry w zimnie: liczby, które mają uspokajać

Największa obawa przy pompach ciepła wraca co roku razem z pierwszymi mrozami: spadek wydajności, częstsze odszranianie, rosnące zużycie prądu i niespodzianki na rachunku. Dlatego tak mocno wybrzmiewa deklaracja, że system ma pracować w trybie grzania nawet do -25°C. To jest próba domknięcia dyskusji jeszcze zanim ona się zacznie.

Drugim ważnym punktem jest ciepła woda użytkowa. Podawane jest, że urządzenie potrafi dostarczać wodę do 65°C nawet w warunkach poniżej zera. Dla wielu domów to próg psychologiczny: wyższa temperatura wody to większy komfort w szczytach zużycia, łatwiejsze ogarnianie większych rodzin i mniejsze poczucie, że trzeba iść na kompromis, bo zmieniło się źródło ciepła.

Oczywiście – w realnym świecie diabeł siedzi w szczegółach: izolacja, wielkość zasobnika, charakterystyka instalacji, taryfa, ustawienia. Ale te dwie liczby są sygnałem: urządzenie ma być celowane w regiony, gdzie zima potrafi przycisnąć, a nie tylko w łagodne strefy klimatyczne.

fot. Samsung

Odzysk ciepła: chłodzenie, które nie marnuje energii

Najciekawszą funkcją w tej konstrukcji jest Heat Recovery, czyli odzysk ciepła. W typowym scenariuszu, kiedy dom jest chłodzony latem, powstające odpadowe ciepło trafia na zewnątrz. Tu założenie jest inne: ciepło z procesu chłodzenia ma być przechwytywane i używane do podgrzewania wody.

Jeśli spojrzeć na to bez marketingowej mgły, jest to po prostu próba wykorzystania energii, która i tak pojawia się w systemie, tylko zwykle przepada. Producent mówi o tym, że w określonych warunkach taka funkcja może ponad dwukrotnie podnieść efektywność podgrzewania wody. W określonych warunkach to ważny dopisek, bo nie zawsze dom będzie jednocześnie chłodzony i potrzebował intensywnego dogrzewania zasobnika – ale gdy te potrzeby się zbiegną, bilans robi się bardzo sensowny.

Z punktu widzenia użytkownika to może być jeden z tych mechanizmów, które w sezonie letnim realnie poprawiają opłacalność całej inwestycji: klimatyzacja przestaje być wyłącznie kosztem, a zaczyna dokładać coś do domowej gospodarki energią.

Mniejsza jednostka zewnętrzna: detal, który zmienia odbiór instalacji

W domach jednorodzinnych wygląd jednostki zewnętrznej jest ważniejszy, niż wielu producentów chciałoby przyznać. To sprzęt, który wisi na elewacji albo stoi przy tarasie, więc jest widoczny codziennie – i bywa pierwszym powodem rodzinnych negocjacji. Tutaj producent podkreśla zmianę konstrukcyjną: większe śmigło wentylatora i silnik o większej mocy, ale przy tym redukcję liczby wentylatorów z dwóch do jednego.

Efekt ma być konkretny wymiarowo: około 850 mm wysokości, czyli mniej więcej o 40% niższa konstrukcja niż wcześniej. To może ułatwiać montaż w trudniejszych miejscach i zwyczajnie lepiej wyglądać na budynku. W wielu domach niższy klocek oznacza, że da się go ustawić tak, by nie dominował przestrzeni.

Jest jeszcze jeden praktyczny aspekt: uproszczenie konstrukcji wentylatorów może mieć znaczenie dla serwisu i trwałości, choć tego nie da się przesądzić bez doświadczeń z rynku. Z perspektywy użytkownika liczy się jedno: czy urządzenie będzie stabilne, ciche w codziennym użytkowaniu i czy nie okaże się kapryśne w realnych warunkach pogodowych.

fot. Samsung

R32 i europejski kierunek regulacyjny

W systemie zastosowano czynnik chłodniczy R32, wskazywany jako rozwiązanie o wyraźnie niższym wpływie na ocieplenie klimatu w porównaniu ze starszym R410A. To ważne nie tylko z powodów wizerunkowych. W Europie temat czynników chłodniczych jest coraz mocniej porządkowany regulacyjnie, a wybór medium pracy staje się elementem długofalowej strategii produktu.

Warto zauważyć, że wdrożenie startuje właśnie od rynku europejskiego, a dopiero później planowana jest dystrybucja w Korei (w perspektywie około roku). To czytelny sygnał, że produkt jest skrojony pod oczekiwania regionu, w którym presja na odejście od kotłów na paliwa kopalne i na poprawę efektywności energetycznej budynków jest szczególnie mocna.

Z punktu widzenia kupującego to też przypomnienie, że dziś pompa ciepła to nie tylko urządzenie grzewcze, ale element większego ekosystemu: regulacji, standardów, programów wsparcia i trendów w budownictwie. A ten ekosystem potrafi szybciej zmieniać się niż same technologie sprężarek.

Sterowanie i tryb oszczędzania: gdzie kończy się AI, a zaczyna praktyka?

Wśród funkcji pojawia się także AI Saving Mode, z deklaracją redukcji zużycia energii nawet do 17%. W takich hasłach łatwo zobaczyć tylko marketing, ale sterowanie w pompach ciepła naprawdę robi różnicę. Najdroższe w eksploatacji bywają nie słabe urządzenia, tylko źle ustawione urządzenia: zbyt agresywna krzywa grzewcza, niepotrzebne przegrzewanie, chaotyczne przełączanie trybów czy brak sensownego harmonogramu.

Tu wchodzi temat integracji z SmartThings. Jeśli system potrafi lepiej dopasować pracę do rytmu domowników, warunków na zewnątrz i realnego zapotrzebowania, to może przełożyć się na bardziej gładkie działanie: mniejsze wahania temperatury i mniejsze marnowanie energii. Tylko że takie korzyści zwykle nie biorą się z samego faktu, że urządzenie ma aplikację – biorą się z dobrego projektu instalacji i sensownych ustawień.

W praktyce to może być więc duża wygoda, ale też punkt, w którym użytkownik musi zdecydować: czy chce mieć system, który działa prosto i przewidywalnie, czy taki, w którym można dłubać w optymalizacji. Najlepszy scenariusz jest wtedy, gdy optymalizacja dzieje się po prostu w tle, bez konieczności bycia domowym inżynierem.

Co z tego wynika dla rynku i dla domów w Polsce?

W tej premierze najbardziej interesuje mnie kierunek: mniej komponentów, więcej funkcji, większy nacisk na odzysk ciepła i realne scenariusze całorocznej pracy. To wygląda jak próba ucieczki od narracji, że pompa ciepła jest tylko dla cierpliwych, zdeterminowanych i gotowych na długie rozmowy z instalatorem. Taki produkt ma obniżyć próg wejścia – a to może być kluczowe, jeśli branża chce wrócić do dynamiki wzrostu po okresach rynkowych wahań.

Jednocześnie nie da się odczarować podstaw: nawet najlepszy all-in-one nie naprawi źle dobranej mocy, słabej izolacji i nieprzemyślanej instalacji. Wiele domowych rozczarowań bierze się stąd, że kupuje się technologię jak sprzęt AGD, a to jednak bliżej inwestycji budowlanej: liczy się projekt, wykonanie, uruchomienie i późniejsze ustawienia.

Jeśli ten system faktycznie zapewni stabilną pracę w mrozie, sensownie ogarnie ciepłą wodę i dołoży do tego odzysk ciepła z chłodzenia, może stać się jednym z bardziej przekonujących argumentów dla tych, którzy wahają się między klasyką a elektryfikacją ogrzewania. Bo ostatecznie w domach nie wygrywa najbardziej nowoczesne – wygrywa to, co jest przewidywalne, wygodne i nie wymaga codziennej uwagi.