Od kilku tygodni Bartosz Kossowski pokonuje drogę z metra do pracy – Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Nenckiego PAN w Warszawie – na elektrycznej hulajnodze. – Jazda przez Pole Mokotowskie zajmuje mi 8-10 minut, za przejazd płacę około 5 zł. Gdybym w porannych godzinach szczytu chciał pokonać tę trasę samochodem, utknąłbym w korku na kilkadziesiąt minut – tłumaczy Kossowski. – Na taksówkę musiałbym czekać, a hulajnogę lokalizuję na aplikacji i biorę z marszu. A poza tym to superdoświadczenie: sprzęt rozpędza się nawet do 30 km na godzinę.

Na dłuższych dystansach wypożycza elektryczny skuter (korzysta m.in. z oferty Jeden Ślad) – są jeszcze tańsze niż hulajnogi, przejechanie dystansu kilku kilometrów kosztuje ok. 3 zł, taniej niż bilet na komunikację miejską. Czeka też na zamówioną pół roku temu w amerykańskim serwisie crowdfundingowym indiegogo.com elektryczną deskorolkę.

BIZNES NA KÓŁKACH

Do 2024 r. tylko rynek e-skuterów i e-hulajnóg ma wzrosnąć do 22 miliardów dolarów, jak wynika z raportu firmy badawczej Global Market Insights. A raport Grand View Research Inc. szacuje, że nawet do 30 miliardów dolarów. Na błyskawiczny rozwój tego rynku wpływ mają zdaniem autorów rosnące ceny ropy, które motywują konsumentów do szukania alternatywnych – elektrycznych środków transportu, ale też rządowe programy dotujące zeroemisyjne pojazdy.

Wygranymi są nie tylko użytkownicy e-pojazdów, lecz także ich producenci – firmy głównie chińskie i indyjskie. Ruch widać też na polskim rynku: najpierw pojawiły się firmy oferujące elektryczne skutery, m.in. Blinkee czy Jeden Ślad, które działają w Warszawie, Poznaniu, Trójmieście, Łodzi i Wrocławiu. Teraz do oferty dołącza amerykański Lime oferujący e-hulajnogi we Wrocławiu i Warszawie (to właśnie z takiej korzysta Bartosz Kossowski). Rośnie też sprzedaż tego typu urządzeń – najtańsze deskorolki (hit komunijny ostatnich lat) zaczynają się od kilkuset złotych, koszt e-hulajnogi to ok 1,5–2 tys., a skutera (odpowiadającego skuterowi spalinowemu o pojemności 50 cm3) ok. 5 tys. zł.