Był 1965 rok. Cały świat oszalał na punkcie czwórki młodzieńców z Liverpoolu z nieco przydługimi grzywkami. Mick Jagger w pewną bezsenną noc spędzoną w hotelu na Florydzie stworzył „Satisfaction”, a Amerykanie rozpoczęli „Operację Rolling Thunder”, zrzucając na głowy Wietnamczyków tysiące ton bomb.

Tymczasem Johnowi, trawionemu myślą o maszynie do wydawania gotówki, udało się spotkać z dyrektorem generalnym Barclays Bank. Szkot poprosił o półtorej minuty na przedstawienie swojego projektu. „Powiedziałem mu, że mam pomysł na urządzenie zamontowane w ścianie banku, które po włożeniu doń czeku będzie wydawać standardową kwotę pieniędzy. Odparł, żebym wpadł do niego w poniedziałek rano” – opowiadał w 2007 roku Shepherd-Barron. W rezultacie Barclays zamówił u niego sześć maszyn. Po dwóch latach pierwszy bankomat był gotowy do użycia. Zamontowano go w jednej z placówek Barclaysa, w londyńskiej dzielnicy Enfield.

Pierwszym, który pobrał pieniądze z urządzenia, był Reg Varney, gwiazda słynnego wówczas serialu „On The Buses”. Był początek gorącego parnego lata – 27 czerwca 1967 roku. Co ciekawe, żeby wypłacić sobie pieniądze, najpierw trzeba było wybrać się do banku po specjalne karty. Były to czeki pokryte radioaktywnym węglem C14. Zapytany po latach o ich wpływ na ludzkie zdrowie, Shepherd-Barron odparł, że trzeba byłoby zjeść 136 tys. takich papierków, żeby cokolwiek poczuć.  

Po włożeniu czeku do urządzenia można było pobrać 10 funtów w jednofuntowych banknotach. „Wtedy można było za to spędzić szalony weekend. Teraz wystarczy na kilka pint piwa w pubie w Edynburgu” – śmiał się po latach wynalazca. Właśnie temu urządzenie miało służyć: gdy banki były nieczynne, pozwalało na dostęp do gotówki. Sukces przerósł chyba oczekiwania wszystkich. Po sześciu pierwszych firma Shepherda-Barrona De La Rue dostała zamówienie na kolejnych 50 urządzeń.

Nie wszystko wyglądało różowo. Bywało, że bankomaty rozbijano, Amerykanie początkowo odnieśli się do pomysłu sceptycznie, zaś Japończycy powiedzieli, że nie są nim zainteresowani. „Byłem zdruzgotany, bo zależało nam na podboju Azji” – wspominał wynalazca. Pod koniec negocjacji usłyszał od członków japońskiej delegacji, że będą mu płacić przez siedem lat za prawa do skopiowania pomysłu. „Wypłacili wszystko, co do jena” – mówił po latach Szkot. 

Shepherd-Barron jest też pomysłodawcą czterocyfrowego PIN-u, choć w zasadzie odpowiedzialność za to spada na jego żonę Caroline. Początkowo, żeby pobrać pieniądze z bankomatu, trzeba było wbić sześciocyfrowy kod. Któregoś dnia w kuchni Shepherdów wywiązała się na ten temat dyskusja. Caroline zaczęła narzekać. „Powiedziała mi, że jest w stanie zapamiętać tylko cztery cyfry. To właśnie dlatego czterocyfrowy PIN-kod jest teraz standardem” – wspominał Szkot. Nazwa kodu pochodziła ponoć od przezwiska żony wynalazcy, dopiero później dopasowano do niej słowa „Personal Identification Number”. 

Firma Shepherda-Barrona nigdy nie opatentowała urządzenia, obawiając się, by nie ułatwiło to pracy przestępcom. On sam został doceniony – w 2004 roku odznaczono go Orderem Imperium Brytyjskiego. Po przejściu na emeryturę zajął się hodowlą... ślimaków. „W zasadzie nigdy nie myślałem o sobie jako o wynalazcy bankomatu” – przyznał skromnie Shepherd-Barron w jednym z wywiadów. „Ale wybudowałem  pierwsze takie urządzenie, sprawiłem, że działało, więc pewnie można by to uznać za wynalazek”.