Donosząc o tych wydarzeniach, „Trybuna Ludu” z 21 grudnia 1972 roku grzmiała o „pirackich bombach amerykańskiego lotnictwa” i „barbarzyńskim ataku”. Nie wyjaśniła jednak, że obecność polskiego statku w wietnamskim porcie była efektem pomocy – także militarnej – jakiej Warszawa udzielała rządowi w Hanoi. Władze PRL robiły to pod presją Moskwy, choć Polska była członkiem Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli, powołanej w celu zakończenia konfliktu w Indochinach, więc nie powinna uzbrajać żadnej z walczących stron. Jednak Kreml naciskał na kraje socjalistyczne, aby bardziej zaangażowały się w kredytowanie północnowietnamskich towarzyszy.

Na przestrzeni lat polskie dostawy obejmowały sprzęt wojskowy („automaty AKM”, „plastikowy materiał wybuchowy”, „ciężarówki STAR 660M”, „ciężarówki GAZ 63”), żywność i akcesoria medyczne („węże do transfuzji krwi i igły”), a nawet instrumenty muzyczne („50 sztuk pianin i 200 sztuk skrzypiec”) i… wozy cyrkowe. Wietnamczykom zależało przede wszystkim na broni. „Prowadziłem rozmowy z delegacją wietnamską. W informacji podkreślałem, że brakuje nam głównie mięsa i mieszkań, oni chcieli od nas głównie karabinów maszynowych – opisywał wicepremier Józef Tejchma w styczniu 1973 r. kontakty polsko-północnowietnamskie.

– Podarowali naszemu rządowi karabin z następującą dedykacją: »Ten karabin został dostarczony przez Rząd PRL i naród polski w ramach pomocy dla narodu wietnamskiego walczącego przeciwko amerykańskim agresorom o ocalenie narodowe. We wrześniu 1972 roku tym karabinem zaatakowano konwój pojazdów wojskowych na drodze N.14 na Płaskowyżu Centralnym, zniszczono 27 pojazdów w tym 9 czołgów nieprzyjacielskich"”.

ŻYWE TARCZE

Towary zwykle transportowano statkami i wyładowywano w porcie w Hajfongu. Wśród jednostek do tego używanych był m.in. „Józef Conrad”, zbudowany w Jugosławii w 1961 r. Statek przypłynął do Wietnamu w maju 1972 r., w tym samym czasie, kiedy strona amerykańska podjęła decyzję o zaminowaniu portu w Hajfongu.

Jak donosił polski ambasador w Hanoi: „9 bm. o godzinie 7.30 port Hajfong został zaminowany 12 minami zrzuconymi na spadochronach. W porcie stoją dwa nasze statki: "Kiliński" i "Kościuszko", a na redzie z wolnym dostępem do portu – "Conrad". Nasz PLO-wiec [przedstawiciel Polskich Linii Oceanicznych, przyp. red.] informuje, że rzekomo między minami pozostawiono na 3 dni przejście dla wyprowadzenia statków, czego na razie władze wietnamskie nie potwierdziły”. Opuszczenie portu przez polskie statki faktycznie było możliwe. Władze Stanów Zjednoczonych wyznaczyły bowiem termin odbezpieczenia min (i zrzucenia kolejnych) na 11 maja, pozostawiając do tego czasu otwarte wyjście z portu.

Władze polskie nie skorzystały jednak z tej możliwości. Jeszcze 9 maja ambasador w Hanoi informował, że jest w stałym kontakcie z ambasadorem radzieckim i pozostałymi przedstawicielami krajów Układu Warszawskiego. „Jesteśmy zdania – pisał – że statki K[rajów] S[ocjalistycznych] nie powinny wychodzić z portu, w przeciwnym razie port będzie bezbronny, na co liczą Amerykanie”. Najprawdopodobniej więc socjalistyczne statki potraktowano jako żywe tarcze. „Józef Conrad” przepłynął z redy do portu, a kilka miesięcy później stał się ofiarą amerykańskiego nalotu.

CISZA PRZED NIXONEM

Nim jednak do tego doszło, strona polska złożyła oficjalny protest przeciwko zaminowaniu portu. W odpowiedzi ambasador USA w Warszawie nieco bezczelnie tłumaczył, że: „Stany Zjednoczone rozumieją troskę Polski spowodowaną tym, iż polskie statki handlowe i polscy obywatele mogą być narażeni na trudności i niebezpieczeństwo” oraz „żałują, że konkretne kroki nie mogą być obecnie podjęte dla zapewnienia bezpiecznego wyjścia statków bandery polskiej z portu”.

Wyjaśniał także, że USA „pragną uniknąć jakiegokolwiek przypadkowego uszkodzenia polskich statków w strefie działań wojskowych”. Prosił też o przekazanie „wszelkich dostępnych informacji identyfikujących statki oraz ich dokładne miejsca postoju w porcie Hajfong”, sugerując, aby „w miarę możliwości statki nie były przycumowane bądź zakotwiczone w bezpośredniej bliskości instalacji wojskowych, takich jak zbiorniki paliwa, magazyny, stanowiska artylerii etc.”.

 

Pomimo mało satysfakcjonującej odpowiedzi strona polska nie zdecydowała się na bardziej energiczny protest – port został bowiem zaminowany na 3 tygodnie przed wizytą prezydenta Nixona w Warszawie. Władze polskie liczyły, że wizyta przyczyni się do rozwoju stosunków gospodarczych i zwiększenia amerykańskich kredytów, więc starały się nie rozdmuchiwać incydentu. Wstrzemięźliwe stanowisko Warszawy doceniał nawet amerykański ambasador mówiąc:

„Rząd USA ceni powściągliwość i umiarkowaną reakcję wykazaną dotychczas przez Polskę i w pełni podziela życzenie Polski, aby uniknąć jakiegokolwiek negatywnego wpływu na pomyślny rozwój stosunków polsko-amerykańskich”. Statek pozostał więc na następne kilka miesięcy w porcie w Hajfongu, który z końcem roku stał się jednym z głównych celów amerykańskiej operacji Linebacker II. W jej ramach armia USA nasiliła bombardowania Wietnamu Północnego. Działania te, przeprowadzone 18–29 grudnia (znane także jako „Christmas bombings”), były często oceniane jako największa amerykańska wojskowa operacja lotnicza od czasów zakończenia II wojny światowej.

STATEK W OGNIU

Już na samym początku operacji w nocy z 19 na 20 grudnia „Józef Conrad” został trafiony. „O godz. 4.40 czasu miejscowego w czasie nalotu samolotów USA na port Hajfong jedna bomba uderzyła w śródokręcie m/s »Conrad«. Rozbiła szalupę lewej burty, przebiła szot salonu pasażerskiego, gdzie eksplodowała, powodując natychmiastowe wyłączenie wszystkich agregatów elektrycznych i wywołując pożar. Zniszczone zostały kabiny pasażerskie, oficerska i załogowe w obydwu burtach. Akcja ratownicza utrudniona z powodu zniszczenia sieci elektrycznej i agregatów oraz rozprzestrzeniającego się błyskawicznie przy bardzo silnym wietrze pożaru. 22 członków załogi (…) z trudnością zdołało przedostać się na ląd po trapie i linach. Ze względu na zagrożenie pożarowe marynarze opuścili statek w piżamach, bez dokumentów, rzeczy osobistych i pieniędzy. Jedenastu członków załogi odniosło kontuzje i obrażenia. Cztery osoby z poważnymi obrażeniami umieszczono w szpitalu” – informował ambasador w Hanoi w szyfrogramie.

Wydobyto ciało, prawdopodobnie (…) St. Maliszewskiego, który zginął w czasie wybuchu bomby. Dwóch dalszych członków załogi (…) A. Kaczorowskiego oraz stewarda J. Geberta poszukujemy. Podczas ewakuacji statku trwał nalot i intensywne bombardowania, w czasie których jedna bomba wybuchła na nabrzeżu przy lewej burcie statku, druga zaś eksplodowała na jednostce przycumowanej do prawej burty statku” – opisywał dyplomata. Ostatecznie okazało się, że eksplozja spowodowała śmierć trzech członków załogi, a czwarty zmarł 7 dni później w szpitalu na skutek rozległych poparzeń obejmujących 67 proc. powierzchni ciała. Wśród ofiar byli: Stanisław Maliszewski (III oficer), Adam Kaczorowski (III mechanik), Kazimierz Giertler (marynarz) oraz zmarły w szpitalu Roman Dudek (starszy marynarz). Ponadto rany odniosły cztery inne osoby.

WAŻNIEJSZE SAMOLOTY

Prawdopodobnie zbombardowanie „Józefa Conrada” nie było celowym działaniem lotnictwa USA. Atakowanie rozładowanego już statku, od miesięcy stojącego bezczynnie w porcie, nie leżało w interesie Amerykanów: ani wojskowym, ani politycznym. Militarnie nie miało znaczenia, politycznie – przysparzało kłopotów administracji Nixona, zarówno na forum międzynarodowym, jak i ze strony opozycji w samych Stanach Zjednoczonych. W sprawie bombardowania przeprowadziło dochodzenie Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA. Okazało się, że w związku ze skalą operacji nie jest możliwe ustalenie, który z samolotów zaatakował polski statek. A nawet, czy w ogóle to wojsko USA go zniszczyło.

W rzeczywistości Amerykanie nie mieli jednak wątpliwości, kto odpowiada za atak. Już 20 grudnia sekretarz obrony Melvin R. Laird zadzwonił do prezydenckiego doradcy Henry’ego Kissingera, mówiąc, że „mogliśmy trafić” dwa statki – jeden polski i jeden radziecki (w rzeczywistości poza polską uszkodzono dwie radzieckie jednostki). Kissinger odparł, że przecież „powiedzieliśmy im [wojskowym, przyp. red.], żeby tego nie robić”. Sekretarz obrony tłumaczył, że przy złej pogodzie i słabej widoczności wszystko mogło się zdarzyć. Dodał, że nie ma pewności, czy Amerykanie zbombardowali statek, jednak nie chciałby stawiać Kissingera w sytuacji, w której ten publicznie by temu zaprzeczał. Poza tą wymianą zdań obaj rozmawiający politycy więcej uwagi poświęcili samolotom amerykańskim zestrzelonym w czasie operacji niż konsekwencjom zbombardowania polskiej jednostki...

Tymczasem w Hajfongu po zakończeniu ewakuacji i ugaszeniu pożaru przystąpiono do wydobycia ciał zabitych marynarzy. „Ciała 3 ofiar z »Conrada« wydobyte. Są zwęglone, nie do rozpoznania. Identyfikację można jedynie opierać na tym, z jakiej kabiny dane ciało wydobyto. Prosimy o pilną decyzję, czy dokonać kremacji ciał, czy też przygotować je do zabrania do kraju” – przekazywał drastyczne informacje I sekretarz ambasady w Hanoi. W odpowiedzi władze w Warszawie zakomunikowały decyzję Ministerstwa Żeglugi: „Poinformujcie gospodarzy, że zgodnie z życzeniem rodzin prosimy o przygotowanie zwłok do przesłania Aerofłotem do kraju.

Eksportacji dokonajcie dyskretnie we współpracy z towarzyszami radzieckimi. Na koszt Ministerstwa Żeglugi dokonajcie ewakuacji drogą lotniczą lub lądową całej załogi »Conrada « wraz z rannymi, którzy będą w stanie podjąć podróż”. O całej sprawie natychmiast powiadomiono Edwarda Gierka, który akurat przebywał z wizytą w Moskwie. Władze zorganizowały także specjalne delegacje, które miały „złożyć kondolencje i zagwarantować pomoc materialną” rodzinom ofiar. Zadbano także o kwestie propagandowe, organizując w zakładach pracy wiece protestacyjne, na których potępiano amerykańskie naloty. O zbombardowaniu statku, ofiarach i rannych informowała na pierwszej stronie „Trybuna Ludu”.

KREDYT JAK KNEBEL

Oczywiście władze polskie podjęły także działania wobec Stanów Zjednoczonych i tym razem pierwsze reakcje były bardziej zdecydowane. Do polskiego MSZ został wezwany chargé d’affaires ambasady USA w Warszawie, któremu 20 grudnia wręczono notę protestacyjną, stwierdzającą, że „zbombardowanie polskiego statku jest aktem pozostającym w jaskrawej sprzeczności z przyjętymi normami prawa międzynarodowego i obecnym stanem stosunków polsko-amerykańskich”. MSZ protestowało „przeciwko bezprawnemu zbombardowaniu statku polskiej marynarki handlowej, pozbawieniu życia obywateli polskich i zniszczeniu mienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Domagało się szczegółowych wyjaśnień i zastrzegało sobie prawo do dochodzenia odszkodowania. Strona polska rozważała reperkusje także w sprawach czysto protokolarnych – m.in. usiłowała wstrzymać złożenie Amerykanom gratulacji z powodu udanego zakończenia załogowego lotu na Księżyc (misja Apollo 17).

Gratulacje jednak i tak złożono, ponieważ polska ambasada w Waszyngtonie otrzymała instrukcje w tej sprawie już po tym, jak przekazała list gratulacyjny. Amerykanie odpowiedzieli na polską notę z opóźnieniem – po 10 dniach. Wcześniej jednak Departament Rolnictwa USA poinformował o przyznaniu Polsce nowej linii kredytowej wysokości 35 mln dolarów (27 grudnia), oraz podpisano porozumienie o odroczeniu o kilka lat terminu spłaty części polskiego zadłużenia wobec USA (30 grudnia). Dopiero po podjęciu korzystnych dla Polski decyzji finansowych Amerykanie przekazali odpowiedź na notę. Stwierdzili, że „przypadkowa szkoda pozostaje niefortunną możliwością wszędzie, gdzie prowadzone są działania wojenne i należy zakładać, że statki zawijające do Północnego Wietnamu w czasie takich działań przyjęły ryzyko takiej szkody”. Kluczowym fragmentem noty było stwierdzenie, że USA nie mają obowiązku wypłacenia odszkodowania „za straty doznane w związku z legalnym prowadzaniem działań militarnych”. Strona polska oczywiście zaprotestowała, ale w praktyce nie poczyniła żadnych kroków, które prowadziłyby do uzyskania rekompensaty od USA.

„SIEDZIMY W KIESZENI AMERYKANÓW”

Nie ma dowodów na zawarcie nawet nieformalnego porozumienia (kredyty w zamian za wyciszenie sprawy statku), niemniej stanowisko polskie uległo znacznemu złagodzeniu po podpisaniu korzystnych dla PRL porozumień. Nie bez znaczenia pozostawał też zapewne fakt, że statek był ubezpieczony i Polska ostatecznie otrzymała odszkodowania od towarzystw asekuracyjnych, a „rodziny zabitych marynarzy oraz ranni i poszkodowani otrzymali odszkodowanie od władz polskich zgodnie z umowami zbiorowymi i zasadami ubezpieczeń”. W stosunkach z USA priorytetem były jak najlepsze relacje gospodarcze. Warszawa, zabiegając o kredyty, starała się unikać zadrażnień.

W kwietniu 1974 r. MSZ oceniało: „W obecnej sytuacji i atmosferze stosunków PRL–USA oraz ze względu na fakt, że otrzymaliśmy odszkodowanie od towarzystw asekuracyjnych, uważamy, że nie należy występować do USA o konkretne odszkodowania. Jak wiadomo, strona amerykańska stanowczo odrzuciła wszelkie roszczenia i podnoszenie tej sprawy w czasie, gdy otrzymujemy od USA korzystne kredyty – byłoby taktycznie niesłuszne”. Kilka lat później (w 1979 r.) w swoich „Dziennikach” Mieczysław F. Rakowski, pisał wprost: „Mówiąc wyraźnie: siedzimy w kieszeni Amerykanów. Potrzebujemy ich pieniędzy”. Rakowski powrócił do tego zagadnienia jeszcze kilka miesięcy później i dość obrazowo zauważał: „Na tym właśnie polega polityczna zależność od Zachodu. Skoro nas karmi pożyczkami, to nie wolno nam podskakiwać. Z kolei takiego podskakiwania oczekują radzieccy. Jesteśmy zatem między młotem a kowadłem”.

CISZA PRZED GIERKIEM

Uszkodzenia „Józefa Conrada” były na tyle poważne, że po prowizorycznej naprawie został odholowany do stoczni w Hongkongu, a następnie pocięty na złom. Sprawę nalotu polskie władze uznawały za zamkniętą. Inne zdanie miały natomiast rodziny ofiar i inni poszkodowani, którzy usiłowali wywalczyć odszkodowania, składając pozew przed amerykańskim sądem. Inicjatywa i nagłośnienie sprawy w prasie amerykańskiej zbiegły się jednak w czasie z wizytą Edwarda Gierka w USA (październik 1974 r.). W efekcie w stanowisku zajętym przez polskie władze czytamy, że: „W świetle obecnej atmosfery w stosunkach polsko-amerykańskich oraz planowanej w br. wizyty w USA na najwyższym szczeblu nie wydaje się politycznie wskazane zgłaszanie naszych roszczeń rządowi USA”. Warszawa, obawiając się niekorzystnego klimatu czy nawet odwołania wizyty, starała się „działać poprzez naszą ambasadę w Waszyngtonie na przyhamowanie sprawy”. Władze nie zaangażowały się także w sprawie pozwu składanego przez polskich obywateli – rozważały jedynie udzielenie nieoficjalnej pomocy prawnikom, jeśli o nią wystąpią. Zastrzegano jednak, że nie będzie żadnych działań oficjalnych. Prasa polska oczywiście o próbie wytoczenia procesu nie informowała…

Cytaty pochodzą z opublikowanego przez PISM tomu „Polskich Dokumentów Dyplomatycznych 1972” oraz z materiałów w polskich i amerykańskich archiwach. Wykorzystanie materiałów USA było możliwe dzięki wsparciu Fundacji Kościuszkowskiej