Boże Narodzenie 1950 roku, godzina 4.15 rano. Londyn. Trzej mężczyzni forsują ogrodzenie Opactwa Westminsterskiego. Przebiegają niewielki dziedziniec i łomem wyważają drzwi, prowadzące do Zakątka Poetów. Przekradają się przez południowe skrzydło transeptu świątyni do kaplicy Edwarda Wyznawcy. Odnajdują królewski tron i przy słabym świetle latarki z trudem wypychają ze szczeliny pod siedziskiem tronu ponad 150-kilogramowy blok piaskowca. Gdy wloką go po posadzce, spory kawał kamienia odpada. Jeden z mężczyzn podnosi odłamaną część, wybiega z opactwa i znika w ciemnościach. Kuriozalny przebieg tej kradzieży bardziej przypomina scenariusz typowej brytyjskiej komedii kryminalnej niż prawdziwy rabunek.

Szlachetne pobudki, niewiarygodne szczęście i przekonanie o słuszności sprawy sprowadziły czworo szkockich studentów na drogę przestępstwa, którego celem była kradzież…kamienia.  Zwykłego? Nie bardzo. To koronacyjny kamień królów Szkocji, święta relikwia, którą ponad 650 lat wcześniej zawłaszczyli Anglicy. Dlatego Szkoci nie mówią o rabunku, ale co najwyżej o uwolnieniu Kamienia z angielskiej niewoli.

SPECJALISTA OD REKRUTACJI

Perth, dawna stolica Szkocji, sąsiadowała w średniowieczu z Opactwem Scone, tradycyjnym miejscem koronacji królów szkockich. Niegdyś było święte, dziś zupełnie zapomniane. Do niedawna nie znano nawet jego dokładnej lokalizacji. Dopiero użycie w 2007 r. technologii skanowania magnetycznego pozwoliło archeologom odnaleźć fundamenty zabudowań opactwa. Dla Szkotów to pierwszorzędna informacja, gdyż w Scone przechowywany był Kamień Koronacyjny, zwany też Kamieniem Przeznaczenia lub Kamieniem Mówiącym. Święta relikwia Szkotów jest niczym więcej niż podłużnym blokiem czerwonego spągowca, długim na mniej więcej 65 cm, szerokim na 40 cm i grubym na ok. 25 cm. Na obu dłuższych końcach przymocowano żelazne pierścienie, mające ułatwić jego transport. Kamień pełnił istotną rolę w procesie rekrutacji na królewskie stanowisko – opiniował przyszłego władcę Szkocji. Kandydat zasiadał na nim przed koronacją. Jeśli nie był godzien zaszczytu, kamień zachowywał wzgardliwe milczenie. Gdy jednak kandydat okazał się właściwy – głaz wydawał przeciągły jęk. Dlaczego jęczał zamiast np. wznosić okrzyk radości, nie wiadomo. Być może ma to coś wspólnego z ciężkim losem władców szkockich. Siedzenie na niewygodnym quasi-tronie stanowiło zwykle wstęp do kłopotów związanych z obejmowaną posadą. 

Pierwszym królem intronizowanym w ten sposób był Aedan mac Gabráin – władca (w latach 574–609), od którego zaczęła się historia Szkocji niezależnej od Irlandii. Ceremonia koronacyjna odbyła się na wyspie Ion, gdzie miał siedzibę klasztor św. Kolumby (521–597). Święty ściśle współpracował z rodem Aedana i przyczynił się do wyniesienia go na tron. Kamień, na którym Aedan zasiadł, służył wcześniej Kolumbie za poduszkę. Zresztą nie jemu pierwszemu. Historia Kamienia ze Scone jest znacznie dłuższa niż dzieje Szkocji. Dumni władcy wolnych Szkotów nie mogli przecież zasiadać na pierwszym z brzegu polnym kamieniu. Miejsce intronizacji musiało być szczególne, naznaczone świętością. Fakt, że św. Kolumba spał na Kamieniu i nawet oddał na nim ducha, był widocznie zbyt mało znaczący. Potrzebna była sankcja o znacznie większym wymiarze symbolicznym. Nadała ją opowieść o biblijnym patriarsze Jakubie. W drodze do Charan strudzony zasnął z głową na (tymże) kamieniu i śnił o drabinie do nieba.

Dalsze losy kamiennej poduszki wiążą ją z niejakim Gathelusem (Gaythelosem), greckim księciem, ożenionym z córką faraona Scotią. Wieść miał z nią szczęśliwe życie w Egipcie do czasu, gdy faraon wdał się w konflikt z Mojżeszem i jego ludźmi. Wówczas Gathelus wraz z rodziną uciekł przed nadciągającymi plagami do Hiszpanii. W bagażu miał kamień Jakuba. Siedząc na nim, władał królestwem z siedzibą w Brigantium (obecnie Santiago de Compostela). Zaś z jednym z potomków Scotii i Gathelusa kamień wyemigrował do Irlandii, gdzie zyskał miano „Lia Fáil” – Kamień Przeznaczenia. Następnie przez wyspę Ion dotarł do Szkocji i wreszcie do Scone. Ostatnim monarchą poddanym testowi Kamienia był Jan de Balliol (1292), król Szkocji z łaski Edwarda I Długonogiego, władcy Anglii. Historia milczy na temat reakcji Kamienia na Balliola, choć z fatalnych rezultatów panowania Jana można wnosić, że wstydliwie milczał. Balliol złożył Edwardowi hołd wasalny i uznał go za swego zwierzchnika. Później próbował uniezależnić się od Anglii, co doprowadziło do wojny, w której dostał się do niewoli. Podczas poniżającej ceremonii odarto go z królewskich insygniów i odesłano do Tower. Zmarł w domowym areszcie około 1314 roku.

Edward I, nie bez powodu nazywany Młotem na Szkotów, krwawo rozprawił się z niepodległością północnych sąsiadów. Upokorzył ich, zabierając królewską koronę, relikwie św. Małgorzaty i cząstki Krzyża Świętego. Wielka Pieczęć królestwa została złamana. Trudny los wygnańca nie ominął również Kamienia Przeznaczenia. Wywieziony do Westminsteru został upchnięty pod angielskim tronem. Spędził tam ponad 650 lat, prawie w całkowitym spokoju, aż do Bożego Narodzenia roku 1950. Jeśli nie liczyć próby wysadzenia tronu w powietrze w 1914 roku. O jej dokonanie posądzono ówczesne emancypantki, gdyż bombę umieszczono w damskiej torebce zawieszonej na oparciu tronu. Organizatorów/organizatorek zamachu nigdy jednak nie złapano.

SZKOCKA ROBOTA

 

Mózgiem akcji w Westminsterze w 1950 r. był Ian Hamilton, 25-letni student prawa na Uniwersytecie w Glasgow. Wraz z trójką wspólników (również studentów: Gavinem Vernonem, Alanem Stuartem i Kay Matheson) przyjechali (20 godzin jazdy w mrozie, bez ogrzewania) do Londynu po południu 23 grudnia. Plan mieli prosty: Hamilton ukrywa się w opactwie, czeka na jego zamknięcie, następnie otwiera drzwi od strony kościoła św. Małgorzaty, wpuszcza resztę szajki. Zabierają Kamień i uciekają. Hamiltonowi (uzbrojonemu w pilnik, piłę, śrubokręt, klucz maszynowy i półmetrowy łom) rzeczywiście udało się skryć pod sporym wózkiem z przyborami do mycia okien. Niedługo po godzinie 18, gdy Opactwo Westminsterskie było już zamknięte, a światła zgaszone, postanowił znaleźć lepszą kryjówkę. Zdjął buty, by poruszać się bezszelestnie, przeszedł kilka metrów i wpadł na strażnika. Na szczęście strażnik nie był zbyt dociekliwy. Uwierzył w naprędce wymyśloną opowieść, że ma do czynienia z bezdomnym, szukającym miejsca na nocleg. Odprowadził „włóczęgę” do wyjścia, a na pożegnanie dał mu pół korony [brytyjska moneta warta 2 szylingi i 6 pensów – przyp. red.] na jedzenie. Po latach Hamilton wspominał, że ciągle czuje wyrzuty sumienia z powodu niezasłużenie przyjętej jałmużny. Resztę nocy konspiratorzy spędzili w samochodzie, oszczędzając skromne fundusze, którymi dysponowali. Rano przeziębioną Kay umieścili w pobliskim hoteliku. Gdy wrócili po nią w środku następnej nocy, właściciel hotelu zaniepokojony wizytą podejrzanych osobników zawiadomił policję. Cała czwórka została wylegitymowana, a potem... puszczona wolno.

BOŻE NARODZENIE WŁAMYWACZY

25 grudnia 1950 r. szkocka szajka zaparkowała auta w bocznej uliczce koło opactwa, nieopodal wejścia prowadzącego do Zaułka Poetów. Kay została w jednym z nich, a mężczyźni wkradli się do budynku. Po kilkunastu minutach Hamilton wrócił z odłamanym kawałkiem Kamienia, rzucił go na tylne siedzenie samochodu i znów zniknął we wnętrzu opactwa, by pomóc przeciągnąć główny blok, wleczony na płaszczu. Tymczasem zaparkowanym w ciemnej uliczce autem Kay zainteresował się przechodzący bobby. Hamilton zdążył jeszcze wskoczyć do jej samochodu, ale jego towarzysze wraz z cennym łupem musieli zostać w budynku. Ian bez wahania objął więc Kay i zaczął ją namiętnie całować. Policjant wykazał dużo zrozumienia dla „zakochanej” pary, która twierdziła, że nie ma gdzie się podziać. Kay zaproponowała nawet, by przenocował ich w areszcie, jednak sympatyczny bobby przyznał, że w taką noc żaden policjant ich nie aresztuje. Hamilton zaryzykował uwagę, że to dobra noc na zbrodnię, co wszyscy skwitowali śmiechem. Dobrego nastroju stróża prawa nie zmącił nawet głuchy łoskot, dobiegający z opactwa. „To zapewne strażnik zleciał ze schodów” – błysnął brytyjskim poczuciem humoru.

W końcu Kay i Ian odjechali. Ale wtedy Hamilton uzmysłowił sobie, że kluczyki do drugiego samochodu zostały schowane w kieszeni płaszcza pod główną częścią Kamienia. Nie wiedząc o tym, koledzy nie mieliby jak wywieźć łupu! Wrócił więc do opactwa, gdzie odnalazł porzucony blok. Po wspólnikach i płaszczu nie było jednak śladu. Niezrażony przeciwnościami, przy świetle co chwila gasnących zapałek szukał kluczy na podłodze. I, o dziwo, je znalazł. Następnie zapakował Kamień do auta („bez najmniejszego trudu” – jak wspominał, choć blok ważył grubo ponad 100 kilogramów) i ruszył w kierunku mostu Westminsterskiego. Nie znał jednak dobrze topografii Londynu i po chwili zgubił się w plątaninie wąskich uliczek. Ku swemu zdziwieniu na jednej z nich spotkał spacerujących Vernona i Stuarta, którzy uciekli z opactwa na widok policjanta (płaszcz zostawili na parkingu, gdzie po kilku godzinach odnalazł go Hamilton).Ostatecznie udało im się opuścić Londyn i bezpiecznie ukryć łup w okolicy Rochester, w południowo-wschodniej Anglii. Sami wrócili do Glasgow, by przeczekać najgorętszy okres policyjnych poszukiwań. Na przewiezienie Kamienia do Szkocji nie mieli najmniejszych szans. Granica angielsko-szkocka po raz pierwszy od 400 lat została szczelnie zamknięta.

WYTROPIENIE PRZEZ ... KSIĄŻKI

Po kilku dniach, gdy sytuacja trochę się uspokoiła, wrócili do Rochester. W miejscu, w którym ukryli Kamień... znaleźli cygański obóz. I znów szczęście im sprzyjało. Cyganie podeszli ze zrozumieniem do patriotycznej motywacji Szkotów i pomogli załadować łup do samochodu. Droga do Glasgow przebiegła już bez przeszkód. Gdy Szkoci znaleźli się na ojczystej ziemi, uczcili powrót Kamienia do domu, skrapiając go narodowym trunkiem. Kamień co prawda powrócił do ojczyzny, ale jego oswobodziciele nie mieli pojęcia, co dalej z nim zrobić. Przewozili go więc z miejsca na miejsce, aż wreszcie po kilku miesiącach porzucili w Opactwie Arbroath, kolejnym symbolicznym miejscu: w 1320 roku została tam podpisana deklaracja niepodległości Szkocji. Policja odnalazła Kamień, a wkrótce również i jego porywaczy. Nie było to trudne, gdyż – jak przyznał Hamilton – nie zacierali śladów: „Policja po prostu zapytała w Mitchell Library w Glasgow, czy ktoś wykazywał szczególne zainteresowanie Kamieniem Przeznaczenia. Sprawdzili dokumentację biblioteki i w ten sposób dowiedzieli się, że pożyczyłem każdą książkę, jaka była na temat Opactwa Westminster”. Kamień wrócił do Westminsteru na czas, by zdążyć na koronację Elżbiety II w 1953 roku. Z czwórką złodziei/oswobodzicieli brytyjski wymiar sprawiedliwości obszedł się wyjątkowo łaskawie. Nigdy nie postawiono ich w stan oskarżenia. Argumentowano bowiem, że nie wiadomo, kto jest prawowitym właścicielem Kamienia. Prawdopodobnie jednak obawiano się eskalacji konfliktu szkocko-angielskiego.

OPOWIEŚĆ Z HAPPY ENDEM

Kamień przeleżał pod brytyjskim tronem ponad czterdzieści kolejnych lat. Aż wreszcie w listopadzie 1996 roku – 700 lat po zagrabieniu skarbu przez Edwarda I – rząd Johna Mayora zwrócił Szkotom ich relikwię. Oczywiście pod warunkiem, że wypożyczą ją do następnych koronacji. Od tego czasu Kamień Przeznaczenia spoczywa na zamku w Edynburgu. Choć nie jest to wcale takie pewne. Wśród Szkotów spotyka się bowiem opinie, że piaskowiec z Westminsteru nie jest prawdziwym Kamieniem Przeznaczenia. Ten miał być ukryty w 1296 roku, a mnisi ze Scone oddali angielskim żołdakom jedynie marną podróbkę narodowej relikwii. Zwolennikiem takiej tezy jest obecny premier rządu Szkocji Alex Salmond, z wykształcenia historyk. Inna teoria wskazuje, że Kamień przejął tajny Zakon Templariuszy – wtedy, gdy po udanej kradzieży zabytek był ukrywany w Szkocji. Miało wówczas powstać kilka kopii, wykonanych przez kamieniarza z Glasgow, i to jedna z nich wróciła do Londynu. Dla Iana Hamiltona blok piaskowca, dla którego tak narażał się przed 60 laty, ma moc magiczną. „Gdy pierwszy raz dotknąłem go, poczułem, że trzymam w rękach duszę Szkocji” – mówił przed dwoma laty przy okazji premiery filmu fabularnego „Stone of Destiny”, poświęconego wydarzeniom nocy Bożego Narodzenia 1950 roku.