Przez ponad 30 tysięcy lat światowe konflikty rozwiązywano za pomocą łuku i strzał. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nasi praprzodkowie mieli lepszy sprzęt i dostęp do dzisiejszych łuków, zawodne i prymitywne strzelby weszłyby do użycia znacznie później. Śmiałe stwierdzenie? Może, ale to fakt – w porównaniu z łukami historycznymi nowoczesne modele sportowe i myśliwskie strzelają dalej, są bardziej precyzyjne i mocniej wyrzucają strzały. To oczywiste, że nie da się porównać łuków z drewnianym majdanem-chwytem i drewnianymi łęczyskami (łęczyska to końcówki łuku, do których mocuje się cięciwę) z konstrukcjami z litego lotniczego aluminium, kompozytów czy włókna szklanego. Nawet zwykły łuk sportowy donosi na kilkaset metrów, a więc o wiele dalej niż broń pradawnych wojów.

W Ameryce Północnej, gdzie oprócz zawodów w precyzyjnym strzelaniu na odległość, łuków używa się do sportowych… polowań, od 40 lat królują modele bloczkowe – łuki typu compound. Dzięki systemowi wielokrążków do naciągania cięciw nie trzeba wielkiej siły. Cięciwa rozpręża się bardziej równomiernie, a specjalne stabilizatory powodują, że po strzale łuk wpada w mniejsze drgania – bezpośrednio przekłada się to na precyzję strzału. Nowe tworzywa (np. formowane ciśnieniowo włókno szklane) są twardsze i mogą wytrzymać większe obciążenie niż drewno, więc konstruktorzy compoundów swobodniej mogą zwiększać siłę naciągu – tzw. refleksy i majdan nowoczesnego łuku są (niemal) niezniszczalne i niełatwo doprowadzić do ich pęknięcia czy złamania. Dopracowanie łuku przekłada się na prędkość strzał, które wypuszczone z łuku bloczkowego przecinają powietrze ponad 90 metrów na sekundę. Strzała strzale jednak nierówna. Te najprostsze i najtańsze są nadal drewniane, ale już strzały wyczynowe mają złożoną konstrukcję – rdzenie z aluminium, które od zewnątrz okrywa włókno węglowe. Każda strzała – jak najnowszy wyczynowy model Easton X10 – ma niemal idealną aerodynamikę, specjalnie dobierany profil grota i gwarantowaną sztywność. Strzały sportowe mają zaoblone, opływowe końcówki, a te przeznaczone do strzelania do żywych celów – wirujące groty, które zadają śmierć gwałtownie i – co podobno w myśliwstwie sportowym najistotniejsze – bezboleśnie.

Jak daleko dolatuje strzała z łuku? W XVII stuleciu pewien Turek strzelił na rekordową odległość 850 metrów. Przed czterema wiekami to był wyczyn – Turek miał przecież zwykły drewniany łuk. Dziś strzelamy znacznie dalej – w 1988 r. Harry Drake z łuku bloczkowego strzelił na 1,87 kilometra.

Z ROBOTEM NA GRZBIECIE


Mieszkańcy Arabii Saudyjskiej i Emiratów Arabskich powszechnie oddają się pasji wyścigów wielbłądów, które na wzór gonitw konnych organizowane są na kilkunastu torach do „camelracingu”. W stajniach władcy Emiratów Arabskich stoi 14 tysięcy wielbłądów, których hodowla i przygotowanie do sportu daje zatrudnienie 9 tysiącom pracowników. Wśród nich są setki trenerów i układaczy zwierząt, bo w wyścigach wielbłądów dużo zależy od ich specjalistycznego treningu i przygotowania. Jakiego? Wielbłądy muszą np. odbywać 40-kilometrowe przechadzki po pustyni, które wraz z dietą podnoszą sprawność i wytrzymałość ich mięśni. Takie ćwiczenia zajmują nawet pół roku – pierwsze treningi młodych zwierząt zaczynają się już w czerwcu, kiedy właściwy sezon trwa od końca października do kwietnia. Dieta „jednogarbnych kłusaków” w części opiera się na przekazach sprzed wieków, ale też sporo czerpie z nowoczesnej weterynarii. Wielbłąd wyścigowy oprócz odżywek dostaje – w myśl zaleceń bioinżynierów – kaszę jaglaną z dodatkiem miodu, daktyli i koziego mleka. Nic dziwnego, że za dobrze ułożone zwierzę szejkowie płacą nawet setki tysięcy dolarów.

Najlepszymi dżokejami na świecie są dzieci, bo są lekkie i nie męczą zwierząt – twierdzą Beduini. Niestety takie – wydawałoby się niewinne stwierdzenie – było przyczyną udręki kilku tysięcy dzieciaków. W Emiratach Arabskich do 2005 r. można było zatrudniać nieletnich – w wyścigach startowały nawet czterolatki. Kto im na pozwolił? Oczywiście nie rodzice. Mali wielbłądzi dżokeje byli kaptowani do pracy w Sudanie i Pakistanie, a potem przemycani do Emiratów. W końcu miarka się przebrała – nieludzki proceder został zakazany. W Emiratach nie wolno się ścigać przed ukończeniem 16. lat! Czy to doprowadziło wyścigowy biznes do upadku? Wręcz odwrotnie. Z pomocą przyszli projektanci szwajcarskiego studia K-Team, w którym zbudowano KMEL-a – dżokeja-robota. Prace nad tym projektem pochłonęły ponad milion dolarów, ale efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Mocowany na grzbiecie wielbłąda KMEL ma zdalne sterowanie (robot trzyma w jednej ręce wodze, w drugiej bat; „rękoma” porusza z odległości trener) i waży tylko 15 kilogramów. Elektronicznym dziwadłem steruje procesor Intela. Robot jest odporny na uderzenia, zużywa niewiele energii elektrycznej, współpracuje z odbiornikiem nawigacji satelitarnej GPS i potrafi monitorować pracę serca wielbłąda. Cena? Podobno tylko 5,5 tysiąca dolarów za sztukę. Podobno też rząd Emiratów zamówił u Alexandra Colota (twórca KMEL-a) od razu sto takich wielbłądzich robotów.

PIŁKĄ O ŚCIANĘ

 


Rodowód jai-alai, czyli peloty baskijskiej, sięga setek lat wstecz. Kiedyś ta dyscyplina nazywała się pelota valenciana i była specjalnością mieszkańców kraju Basków. Wraz z emigrantami gra zawędrowała za ocean. Przed kościołami na pograniczu Francji i Hiszpanii można nadal trafić na uliczne mecze jai-alai (do gry potrzeba minimum dwóch ścian, od których odbija się zagrywaną piłkę), ale na południu USA, zwłaszcza w okolicach Miami, gra ma tylu fanatyków, ile baseball. Gra przypomina nieco squasha. Można grać na ulicy ciasno otoczonej murami bez okien lub na korcie, który wygląda jak przedłużona „klatka” do squasha. Każdy z graczy walczy za pomocą rękawicy cesta wyplatanej z łyka, którą mocuje się na prawej dłoni. Rękawica ma kształt łyżki – działa jak katapulta i nadaje kolosalną prędkość piłkom peloty. Jai-alai pod tym względem przebija pozostałe dyscypliny, w których używa się piłki. Nawet golfa!

Odpowiednio rzucona piłka jai-alai może rozpędzić się do 260 km/godz. – piłka jest jak pocisk, który z łatwością wybija oko. W locie trudno zauważyć pelotę, a co dopiero ją odebrać i natychmiast przekazać do przeciwnika. Co da się poprawić w jai-alai? Niby niewiele, ale i do tego, wydawałoby się, konserwatywnego i niechętnie poddającego się zmianom sportu coraz częściej zaprzęga się nowe technologie. Rękawice wyplata się z hiszpańskiego łyka (przygotowanie jednej trwa około 14 godzin) i nadal szyje ręcznie piłki, ale wykorzystując najnowsze zdobycze inżynierii materiałowej. Chodzi o to, że ekwipunek nie wytrzymuje wielu gier – rękawice rozsychają się i kruszą, a piłki rozpadają od uderzeń w mury. Dlatego szyje się je z najlepszych materiałów – rdzenie piłek tworzy naturalny kauczuk sprowadzany z Hiszpanii. Rdzeń obszywa się warstwami nylonu i płatami specjalnie utwardzanej koźlej skóry. Kiedyś piłki rozsypywały się po 5–10 grach, teraz wytrzymują kilka razy dłużej.

KAMIEŃ ZELEKTRONIZOWANY


Curling – obok golfa – to gra, której pomysł przypisuje się Szkotom. Curling często bywa nazywany „lodowymi szachami”, ale to skojarzenie dotyczy wyłącznie taktyki gry. W istocie curling znacznie bardziej przypomina grę w kręgle, która – faktycznie – odbywa się na lodzie. W rozgrywce używa się granitowych kamieni „czajników”, które zawodnicy muszą płasko i bez rzucania wypuścić z pola startowego na lód. Następnie za pomocą szybkich ruchów szczotek (działają jak hamulec) gracze starają się pokierować „czajnikami”, żeby te trafiły jak najbliżej punktu centralnego (tzw. domu).

Historia curlingu sięga średniowiecza, ale to nie oznacza, że gry nie da się usprawnić. Grunt to odpowiedni ekwipunek. Curlingowi gracze stosują specjalne obuwie, które pozwala im łatwiej poruszać się po lodzie. Podeszwa jednego z butów jest pokryta cienką warstwą teflonu (ten but służy do ślizgania), kiedy drugi but jest – dla lepszego odpychania – podbity solidną i grubą gumą. Ruchem curlingowego kamienia steruje się szczotkami. Kiedyś były wykonywane z włókien kukurydzianych, dziś stosuje się raczej sztuczną szczecinę. Ciekawą konstrukcję ma też sam kamień. Szkoci twierdzą, że najlepsze kamienie robione są z granitu Ailsa Craig. Najlepsze, bo nie tylko najlepiej wyważone, ale też stawiające na lodzie najmniejszy opór i odporne na wchłanianie wody. Międzynarodowa federacja curlingu na olimpiady zimowe zamawia kamienie z manufaktury Kays of Scotland. „Czajniki” u Kaysa są produkowane od 1851 r.; każdy poddawany jest drobiazgowej kontroli już w kamieniołomach.

W odróżnieniu od piłki nożnej curling wydaje się czysty, a jego zawodnicy – szlachetni. Bzdura. Kiedy idzie o punkty i zwycięstwo, tradycja i etykieta schodzą na dalszy plan. Dlatego na curlingowych torach w Kanadzie spotyka się kamienie z elektronicznym systemem „Eye on the hog”, czyli „uwaga na spalonego”. System przeciwdziała wyrzucaniu kamienia po przekroczeniu linii spalonego. Skonstruował go profesor Eric Salt z University of Sascatchewan, a urządzenie wdrożyła do masowej produkcji firma Startco z Sascatchewan.

System jest skomplikowany. Przed grą, w lodzie, sędziowie muszą zamrozić paski magnetyczne w miejscu linii rzutu. Rączki „czajników” z „Eye on the hog” pokryte zostały farbą czułą na zmiany temperatury – odjęcie dłoni natychmiast zamyka obwód i włącza zasilanie diody sygnalizacyjnej. Prawidłowy rzut powoduje zapalenie zielonej diody. Nieoderwanie ręki od rączki przed minięciem paska magnetycznego uruchamia z kolei diodę czerwoną – sędzia z daleka widzi, że był spalony.

Leszek Belke