Określenie „zielone piekło” pasuje do południa Papui idealnie. Trudno inaczej nazwać ciągnący się wzdłuż południowego wybrzeża wyspy pas bagien namorzynowych. Błotnisty, dziki i niedostępny teren porośnięty gęstą dżunglą, jedną z największych na świecie wylęgarni malarycznych komarów. Nie ma dróg, ledwie kilka pasów startowych, z których najdłuższy mierzy 330 metrów. Komunikacja odbywa się strumieniami i kanałami, rzekami o mętnej szarobrązowej wodzie. W nocy i nad ranem ocean wdziera się prawie 30 km w głąb lądu, w ciągu dnia cofa się, odcinając od świata całe wsie i osady. W czasie odpływu, na środku morza, kilka kilometrów od brzegu, można utknąć w wodzie po kostki, w czasie przypływu utopić się na podwórku domu. W dzień upał przekracza 30 stopni, wilgotność sięga absolutnej. Trudno stwierdzić, co bardziej doskwiera – duchota czy gorąco...

Może dlatego kolonizatorzy do połowy XX wieku zwlekali z próbami podbicia tych ziem. Misjonarze i badacze zaczęli docierać tutaj w latach 50. Zastali krainę wojowników, pogrążonych w permanentnej, okrutnej wojnie, służącej jednemu celowi, wyznaczającemu sens życia, stanowiącemu osnowę całej kultury i tradycji – wojnie o ludzkie głowy. Zażegnanie konfliktów zajęło kilkanaście lat, ale nie obeszło się bez ofiar – wciąż czeka milion dolarów nagrody za znalezienie czaszki amerykańskiego antropologa Michaela Rockefellera, prawdopodobnie zabitego i zjedzonego przez mieszkańców Wybrzeża Kazuarin. Obcinanie głów pozwalało dotrzymać zobowiązań wobec zmarłych przodków, ale przede wszystkim było niezbędnym elementem inicjacji mężczyzn – liczba głów obciętych i wiszących u powały domu stanowiła o statusie społecznym wojownika. Całe życie zamieszkujących te tereny Asmatów podporządkowane było rytualnym wojnom.

Być może dlatego właśnie, po pierwszym kontakcie z misjonarzami i przedstawicielami indonezyjskiego rządu, kultura duchowa i materialna Asmatów przeżyła totalną zapaść – wraz z wprowadzeniem zakazu łowienia głów i prowadzenia wojen ludzie stracili cel życia. Zanikł kontakt ze światem przodków, którego ciągłość zapewniały nowe ofiary i pradawne rytuały – wszystkie wymagające świeżo ściętych głów. Marazm ogarnął głównie wsie, będące w bezpośrednim kontakcie z duchownymi, leżące w zasięgu ekspedycji karnych indonezyjskiego wojska. W głębi bagien mangrowych zmieniło się niewiele, przetrwały tradycje, obrzędy i rytuały – wojny, rytualne zabójstwa i łowienie głów. Wprawdzie dosyć rzadkim widokiem są już ludzie odpoczywający z głową na wypolerowanej czaszce przodka (jego dusza wchodzi w kontakt z potomkiem w czasie snu), ale w wielu domach wciąż wiszą pęki okopconych nad ogniem, ozdobionych paciorkami czaszek wrogów, pozbawionych na znak pogardy żuchwy.

PAPUASKIE ZADUSZKI


W wielu wsiach przetrwała tradycja uroczystości obłaskawiania duchów zmarłych. Wprawdzie większość Asmatów jest katolikami, ale ich religijność ma dosyć osobliwą formę, bardzo ważną rolę pełni w niej kult zmarłych. Kilka razy do roku we wsi odbywa się pochód ubranych w plecione z rattanu i trawy maski, wyobrażające niedawno zmarłych członków wspólnoty. „Zmarli” przemierzają wieś w rytmie bicia bębnów, wśród śpiewów zbierając daninę z larw żuków i sago. Po całej nocy tańców znikają na zawsze w dżungli. Tylko czasami wraz z duchami znika ktoś żywy, podobnie jak czasami ktoś nie wraca z polowania lub połowu. Indonezyjskiej policji mówi się, że pożarły go w dżungli krokodyle, a w jednej z chat nad paleniskiem pojawia się nieco mniej okopcona czaszka… No cóż, tradycji nie da się porzucić z dnia na dzień…

LEŚNI LUDZIE


Kilka dni w górę rzeki od Agats leżą tereny zamieszkane przez Korowajów – lud o w pełni zasłużonej reputacji kanibali. Dotarcie tam wymaga sporo samozaparcia. Trzeba albo wynająć misjonarską awionetkę i, licząc na to, że pogoda pozwoli na lądowanie, polecieć do jednej z misji w sercu papuaskiej dżungli, albo wynająć łódź i ruszyć w górę rzeki, licząc na to, że woda będzie na tyle wysoka, że uda się dotrzeć na pogranicze. Stamtąd wystarczy już tylko zorganizować grupę tragarzy (oczywiście wszystkie zapasy trzeba przywieźć ze sobą łodzią lub samolotem) i ruszyć w głąb dżungli.

Korowajowie mieszkają w środku lasu deszczowego w swoich podniebnych domach, z dala od nadrzecznych osad, misji i posterunków policji. Żyli tak setki, może nawet tysiące lat i nie chcą tego zmieniać, zwłaszcza że tylko w ten sposób mogą sobie pozwolić na podtrzymywanie tradycji polowania na ludzi i kanibalizmu. Miejsca na budowę domu wybiera się zawsze tak, by blisko było do słodkiej wody i sagowców. Nie na tyle blisko, by dawały się we znaki komary z mokradeł, na których rosną sagowce. W spokojnych czasach domy buduje się na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią, to wystarcza, by nie dać się zaskoczyć atakowi sąsiadów.

 

Wysokość ta chroni też przed nadmiarem robactwa i jadowitymi wężami. Dom wznosi się w rozgałęzieniu drzewa, na szkielecie z żerdzi i bambusa powiązanych łykiem. Ściany i podłoga robione są z rozpłaszczonych kawałków kory, dach z liści bananowca. Cała konstrukcja jest nad podziw wytrzymała – w największych domach, o powierzchni ponad stu metrów żyją rodziny liczące kilkanaście osób. Od wejścia biegnie przepierzenie, dzielące dom na część kobiecą i męską, każdą z osobnym paleniskiem. Z tyłu domu znajduje się zadaszona weranda – tam przechowuje się trofea myśliwskie: ptasie dzioby, czaszki i kości, zapas strzał i broń

Trwałość przeciętnego domu to kilka, góra kilkanaście lat. Potem konstrukcja zaczyna się chybotać, rozpada się i spada. W tym samym czasie pobliskie gaje sagowe są tak przetrzebione, że nie wystarczają już, by wykarmić rodzinę. Wtedy zwija się dobytek i przenosi do nowego domu, wzniesionego parę godzin drogi dalej. Korowajowie starannie karczują teren wokół domu – poza bananowcami i tytoniem nie uprawiają żadnych roślin, ale oczyszczone przedpole pozwala dostrzec zbliżających się wrogów i przywitać ich gradem strzał. Do domu można wejść tylko po drabinie – grubej żerdzi z zaciosami, w których ledwo mieści się kawałek stopy. W razie potrzeby żerdź można wciągnąć na górę, odcinając drogę intruzom.

POGRANICZE W OGNIU


W czasie wojny domy wznosi się w koronach drzew na wysokości 40, nawet 50 metrów. Są praktycznie nie do zdobycia, ich mieszkańców można wziąć tylko podstępem lub głodem. W dżungli w dorzeczu rzeki Einlanden pozostałości po takich domach jest sporo – ostatnia wielka wojna plemienna między Korowajami i Kopkaka miała miejsce pod koniec lat 90. Pochłonęła dziesiątki ofiar. Wprawdzie zakończyła się zawieszeniem broni i wielką ucztą pojednawczą, na którą ścięto wiele sagowców i zjedzono wiele czerwi żuków, ale gorzkie wspomnienia pozostały. Przodkowie domagają się pomsty i niewiele potrzeba, by konflikt rozgorzał od nowa. Mimo oficjalnego zakazu prowadzenia wojen plemiennych, wydanego przez władze indonezyjskie, pogranicze terytoriów plemion Korowai, Kombai, Kopkaka i Citak żyje w stanie ciągłego napięcia. W każdej niemal chacie zgromadzone są pęki strzał o specjalnych grotach przeznaczonych do zabijania ludzi.

Faktyczna jurysdykcja Indonezyjczyków nie sięga w głąb dżungli, a żołnierze i policjanci z położonych niżej wzdłuż rzek posterunków nie chcą się tu zapuszczać. Korowajowie nauczyli się, że z wojnami nie należy się zbytnio afiszować, toteż wieści o wielu potyczkach nie wydostają się poza ich terytorium. Podobnie nie mówi się otwarcie o kanibalizmie, mającym tutaj podłoże nie tylko rytualne, ale też bardziej prozaiczne – człowiek jest tutaj największą zwierzyną łowną i najlepszym źródłem białka. Polowania na ludzi z sąsiedniego plemienia czy też innego szczepu są na porządku dziennym. Jedzenie mięsa ludzkiego jest objęte tabu, dlatego też myśliwy i kucharz zarazem z reguły musi obejść się smakiem – mięsem zabitego w zasadzce wroga delektować może się co najwyżej rodzina i przyjaciele. Wprawdzie nikt otwarcie nie przyznaje się tu do jedzenia ludzkiego mięsa, ale każdy ochoczo wskazuje ludzi, którzy polowali na innych lub brali udział w ludożerczych ucztach. Wszyscy wiedzą tylko, że mięso jest „podobno” bardzo smaczne i najlepiej smakuje pieczone, w placku z sago…

Jakub Urbański