Karol, czyli władca, który zawdzięczał swój przydomek nie tylko wzrostowi

Władca Franków, choć nie umiał pisać, sprowadzał na dwór najtęższe umysły epoki. On tworzył imperium, oni nadawali jego mocarstwu nowego ducha i tożsamość.
Karol, czyli władca, który zawdzięczał swój przydomek nie tylko wzrostowi

Już współcześni nadali mu przydomek Wielki, ale nie ma pewności czy z powodu dokonań, czy postury – miał około 184 centymetrów wzrostu, o 15 więcej od przeciętnego mieszkańca ówczesnej Europy. Przez całe wieki spierano się o jego narodowość, bo za ziomka uważali go i Niemcy, i Francuzi. Dylemat musiał pozostać nierozstrzygnięty, gdyż Karol bez wątpienia był Frankiem, czyli Germaninem, ale krzewił kulturę łacińską, czyli romańską. Jego wnuki zasiadły na tronach obu państw: Ludwik II – Niemiec, Karol II – Francji. W ciągu 46 lat panowania (od 768 do 814 r.) przeprowadził 54 kampanie – ponad połową wypraw dowodził osobiście. Nieustannie poszerzał granice państwa odziedziczonego po ojcu (Pepinie Krótkim), obejmując nimi tereny dzisiejszej Francji, Niemiec, Belgii, Holandii, Austrii, Szwajcarii, północnych Włoch, północno-wschodniej Hiszpanii, Korsyki; w sumie: 1 350 000 km kw.

„W IMIĘ OJCA I CÓRKI”

Olbrzymi obszar zamieszkany przez dziesiątki ludów łatwiej podbić niż nim zarządzać. Do tego niezbędne są kadry i spoiwo w postaci wspólnej religii, prawa, systemu edukacji, pieniądza. Gdy Karol zasiadał na tronie, brakowało każdego z tych elementów. Nawet chrześcijaństwo nie jednoczyło poddanych, gdyż biskupi i opaci nieustannie wikłali się w spory teologiczne i ambicjonalne.

Chcąc załagodzić napięcia, Karol nieustannie podróżował po swoim imperium – według szacunkowych obliczeń przemierzył odległość równą dwóm długościom równika. Bywał również za granicą. W Italii zobaczył monumentalne pozostałości po imperium cezarów – pałace, bazyliki, amfiteatry, brukowane ulice. W Rzymie oglądał chrześcijańskie kościoły, w Rawennie – zdobioną mozaikami, lśniącą złotem bizantyjską bazylikę San Vitale.

To budziło podziw, ale jednocześnie wprawiało władcę Franków w przygnębienie. Bo jak mizernie w porównaniu z tymi wspaniałościami wyglądało jego imperium. A przecież on też miał cesarskie ambicje. Jak je jednak zaspokoić, jeśli w kraju nie było nauczycieli, artystów, teologów, uczonych?

Po kilku wiekach wojen, epidemii i głodu poziom edukacji w państwie Franków sięgnął dna. Działało już tylko kilka szkól przyklasztornych, ale nawet wśród duchowieństwa nie brakowało analfabetów. Księża powtarzali wykute na pamięć łacińskie formułki, których sensu nie rozumieli. Odprawiali obrzędy po łacinie, ale jej nie znali. Karolińscy kronikarze zanotowali, że niedouczeni kapłani udzielali chrztu nie „In nomine Patris et Filli”, lecz „Patria et filia”, czyli zamiast „W imię Ojca i Syna” – „W imię ojczyzny i córki”.

Ci nieliczni, którzy łaciną władali biegle, ostrzegali monarchę, że taki chrzest może być nieważny, i apelowali, by zrobił coś dla ratowania dusz swoich poddanych. Karol głęboko wierzył, że sprawuje władzę z woli Boga, który – jak napisano w Biblii – za najważniejsze powinności króla uznał zapewnienie sprawiedliwości i wskazywanie ludowi drogi do zbawienia.

Z jednej strony wiara, z drugiej ambicje popychały go więc do przebudowy państwa. By jej dokonać, musiał znaleźć wykwalifikowanych współpracowników. A tych w państwie Franków nie było.

PROŚBĄ I GROŹBĄ

Gdziekolwiek się pojawił, wszędzie dopytywał o uczonych. Jeśli spełniali jego oczekiwania, proponował im pracę u siebie. Miał władzę absolutną, ale potrafił nie tylko rozkazywać, lecz również prosić. Tak przekonał anglosaskiego mnicha Alkuina, który kierował szkołą i biblioteką w Yorku, uważaną za najsłynniejszy wówczas ośrodek naukowy. Spotkali się w Rzymie. Alkuin nie miał ochoty na zmianę posady, jednak Karol wiedział, jak połechtać dumę intelektualisty. Roztoczył przed nim wizję zbudowania w Akwizgranie nowych Aten, jeszcze wspanialszych niż miasto Arystotelesa, Sokratesa i Platona. Z nieudanej wyprawy wojennej do Hiszpanii i kraju Basków król wrócił z innym wybitnym prawnikiem, teologiem i poetą Teodulfem. Okoliczności, w jakich go poznał, nie są znane, wiadomo jedynie, że uczony Wizygota i władca Franków natychmiast znaleźli wspólny język. Teodulf od lat zasypywał bowiem biskupów i opatów listami, w których apelował o zakładanie szkół. Proponował więc to, na czym zależało Karolowi.

Znacznie trudniejsze okazało się zwerbowanie benedyktyna z klasztoru na Monte Cassino Pawła Diakona. Uczony mnich pochodził z podbitego przez Franków ludu Longobardów i nie darzył najeźdźców sympatią. Jego starszy brat Archis wziął udział w antyfrankijskim powstaniu, za co został uwięziony; całej rodzinie skonfiskowano majątek. Po 7 latach pobytu w niewoli Archis był bliski śmierci, więc zatroskany mnich wysłał do monarchy list z prośbą o uwolnienie brata. Napisał go wyszukaną łaciną, jaką Frankowie znali jedynie z tekstów starożytnych poetów. Karol dał do zrozumienia, że problem łatwiej da się rozwiązać, jeśli Paweł Diakon przybędzie na jego dwór. Zakonnik wzbraniał się, więc w kolejnym liście władca zapytał dyplomatycznie, czy „ludzkość będzie miała większy pożytek z mędrca zamkniętego w klasztornej jaskini, czy pracującego na dworze w Akwizgranie?”. Paweł bezbłędnie odczytał aluzję i zrozumiał, że jeśli się uprze, brat zgnije w lochu. Przyjął ofertę, Archis natychmiast odzyskał wolność.

I tak, prośbą lub groźbą, król Franków skupił wokół siebie doborowe grono intelektualistów, które – używając dzisiejszego języka – można by nazwać trustem mózgów. Chociaż określenia tego użyto po raz pierwszy dopiero w 1932 r., gdy Franklin D. Roosevelt powołał zespół doradców do opracowania programu walki z Wielkim Kryzysem, Karol zrobił dokładnie to samo i w takim samym celu jak prezydent USA. Tyle że ponad tysiąc lat wcześniej.

ANALFABETA UCZY ORTOGRAFII

„Przekonaliśmy się, że w większości pism, jakie do nas kierowano, uczucia są zacne, ale wysławianie nieokrzesane. Tego bowiem, co serce szczerze dyktowało, język niewykształcony nie potrafił poprawnie wyrazić. Martwi nas to, gdyż jeśli w pisaniu braknie biegłości, może także braknąć mądrości koniecznej, aby we właściwy sposób zrozumieć Pismo Święte” – pisał król Franków w liście do opatów i biskupów. Nie zrobił tego własnoręcznie, gdyż mimo wielu starań sztuki pisania nie udało mu się opanować. Jego słowa „dyktowane przez serce” na „wykształcony język” przekładali sprowadzeni na dwór uczeni. To chyba jedyny w historii przypadek władcy, który sam będąc analfabetą, troszczył się o gramatykę i ortografię. Mało tego, od opracowania zasad rządzących językiem zaczął reformowanie swego państwa.

Lepszego wyboru priorytetów nie mógł dokonać. Nie tylko z obawy przed błędnym rozumieniem Biblii. Jeśli administracja imperium miała sprawnie działać, urzędnicy musieli otrzymywać dyrektywy napisane w taki sposób, by odczytywali je i interpretowali zgodnie z intencjami nadawcy. Tymczasem w ciągu czterech wieków, jakie minęły od upadku cesarstwa zachodniorzymskiego, łacina zdążyła nasiąknąć naleciałościami z rozmaitych języków i dialektów; do powszechnego użytku weszło wiele uproszczeń i zniekształceń. O jednoznaczności pisanych w niej tekstów nie było mowy.

W klasztornych skryptoriach ruszyła więc gigantyczna praca nad oczyszczaniem z błędów przechowywanych w nich ksiąg i dokumentów. Nad pergaminowymi kartami pochyliły się setki kopistów. Sprawny skryba potrafił przez dzień przepisać 10–15 stron. Nie zawsze rozumiał, co pisze, więc na bieżąco kontrolował go lepiej wykształcony nadkopista. A skąd on miał wiedzieć, co zostało napisane w poprawnej łacinie, a co w zwulgaryzowanej? Odpowiedź była tylko jedna: z dzieł klasyków, czyli pisarzy starożytnego Rzymu.

Mógł też sięgać po pisma Ojców Kościoła, jednak lektura takich teologicznych traktatów jak „O państwie Bożym” pióra świętego Augustyna wymagała ogromnego skupienia i nie wciągała czytelnika. Co innego „Żywoty cezarów” Swetoniusza, „Eneida” Wergiliusza czy „Sztuka kochania” Owidiusza. W ramach nauczania poprawnej wersji łaciny kopiowano więc również te pogańskie księgi, odkrywając przy okazji filozoficzną i artystyczną spuściznę starożytności. Tak zaczął się pierwszy w historii powrót do kultury antyku, czyli renesans. Od imienia inspiratora nazwano go renesansem karolińskim.

POT I ŁZY

Centrum, z którego wypływały prądy oświecające mroki wczesnego średniowiecza, stał się Akwizgran. Karol wybrał to niewielkie miasto na swą siedzibę ze względu na lecznicze właściwości okolicznych źródeł. Jako władca imperium z oczywistych względów nie mógł jednak urzędować w prowincjonalnym uzdrowisku. Dlatego w latach 80. VIII wieku rozesłał emisariuszy po całym kontynencie z zadaniem sprowadzenia fachowców, którzy wybudują rezydencję godną jego majestatu. Do Akwizgranu przybywali zwabieni dobrym zarobkiem architekci, malarze, rzeźbiarze, mistrzowie budowlani oraz zwożeni pod przymusem niewolnicy i chłopi, którzy harowali tak ciężko, że – jak zanotował kronikarz – „zaprawę mieszano z potem i łzami”.

Karol nie przesadzał, gdy przekonywał Alkuina, że chce zbudować nowe Ateny. W Akwizgranie wznoszono olbrzymi pałac, katedrę, bibliotekę, szkołę, skarbiec; brukowano ulice i stawiano domy dla dworskich dostojników. Doradcy z „trustu mózgów” przeglądający starożytne dzieła nie przeoczyli traktatu rzymskiego architekta Witruwiusza „O architekturze ksiąg dziesięć”. Dowiedzieli się z niego, że sekret udanej budowli kryje się w proporcjach między jej wymiarami. Tę wiedzę wykorzystał główny projektant monumentalnej inwestycji, o którym wiadomo jedynie, że miał na imię Odo i pochodził z Metzu.

Renesans karoliński nie ograniczał się do kopiowania antycznych rozwiązań. Karolowi Wielkiemu marzyło się przerzucenie pomostu między sztuką Rzymu, wczesnego chrześcijaństwa i współczesnością. Dlatego katedrę wzorowano na rzymskich bazylikach, a jej najpiękniejszą część – królewską kaplicę – na bizantyjskiej świątyni San Vitale w Rawennie. Była to jednocześnie pierwsza zwieńczona kopułą budowla na północ od Alp. Sala audiencyjna (Aula Regia) biła z kolei rekordy wielkości – 47 m długości,  19 m szerokości, 21 m wysokości. Akwizgran szybko zaczął promieniować na inne regiony imperium, dając początek stylowi, który wiele wieków później historycy sztuki nazwą romańskim (czyli rzymskim).

THINK TANK KAROLA WIELKIEGO

ALKUIN (OK. 730–804) Najbliższy i najbardziej wpływowy doradca Karola Wielkiego. Pochodził z Wysp Brytyjskich, urodził się w okolicach Yorku. Kształcił się w tamtejszej szkole katedralnej, w 778 r. został jej zwierzchnikiem. W Akwizgranie kierował szkołą pałacową i nadzorował reformę systemu edukacji w całym imperium. Słynął z fenomenalnej pamięci, dzięki której potrafił odpowiedzieć cytatem z klasyków na dowolne pytanie lub dwuznaczną sytuację. Napisał podręczniki dla każdego z siedmiu przedmiotów wykładanych w ówczesnych szkołach. Władał kilkoma językami, w tym greką i hebrajskim, z którego przetłumaczył na łacinę Biblię. Jedna z jej pierwszych kopii znajduje się w archiwach katedry w Gnieźnie, według tradycji miał ją przywieźć święty Wojciech. Posłuchaj utworu autorstwa Alkuina

TEODULF (OK. 760–821) Najlepszy karoliński prawnik. Pochodził z okolic Saragossy. Był Gotem, przyłączył się do Franków podczas ich wyprawy za Pireneje. Za jego sugestią Karol Wielki kazał spisać prawa ludów, nad którymi panował. Na tej podstawie Teodulf opracował system prawny jednolity dla całego imperium. Osobiście dobierał wizytatorów, którzy sprawdzali, czy sędziowie nie są stronniczy i skorumpowani. Zalecał, by na inspekcje wysyłać ludzi zamożnych, gdyż tylko oni oprą się łapówkom.

PAWEŁ DIAKON (OK. 720–OK. 800) Najlepszy historyk na dworze władcy Franków. Wraz z Karolem odbył podróż po Europie, odwiedzając klasztory na te-renie dzisiejszych Niemiec, Włoch i Francji. Napisał m.in. 16-to-mową „Historię rzymską”, 6-tomową „Historię Longobardów” oraz „Gesta episcoporum Metensium” (Czyny biskupów Metzu), w których zasugerował, że praprzodkowie Karola pochodzili z legendarnej Troi. Jego najbardziej użytecznym dziełem był zbiór 244 kazań „w dwóch księgach na porę letnią i zimową”, czyli ściąga, którą przez cały rok mogli się posługiwać księża mający problem z ułożeniem własnej homilii. Po pięciu latach pracy w Akwizgranie Paweł Diakon poprosił króla o zgodę na powrót do Italii. Otrzymał ją i wrócił na Monte Cassino, gdzie przebywał do końca życia.

EINHARD (OK. 775–840) Biograf i kronikarz, wybitny znawca łaciny. Był Frankiem, pochodził z rodziny rycerskiej, kształcił się w najlepszej frankijskiej szkole w Fuldzie, gdzie po kilku latach usłyszał od nauczycieli, że wie już więcej od nich. W wieku ok. 17 lat trafił więc do Akwizgranu, gdzie został uczniem, a następnie bliskim współpracownikiem Alkuina. Był tak niski, że podczas żartobliwych dyskusji porównywano go do nogi od stołu. To on pisał wykwintną łaciną listy w imieniu Karola Wielkiego. Ze względu na wybitne zdolności matematyczne i talenty organizacyjne powierzono mu nadzór nad budową kompleksu pałacowego  w Akwizgranie. Po śmierci cesarza napisał jego biografię „Vita Karoli Magni” (Żywot Karola Wielkiego), która przez całe średniowiecze służyła za wzorzec tego typu literatury.

PRAWIE JAK W ATENACH

Do swej nowej siedziby Karol Wielki wprowadził się około roku 794. Wtedy też rozpoczęła działalność instytucja, dla której tak energicznie werbował kadry – szkoła pałacowa. Jej szefem został Alkuin, filarami Teodulf i Paweł Diakon, do których nieco później dołączył kronikarz Einhard. Każdy z nich miał uczniów i współpracowników, ale tworzyli nie tyle gremium pedagogiczne, ile elitarny krąg doradców monarchy.

Spotykali się z nim, by omawiać projekty reform albo dostarczać mu rozrywki intelektualnej. Po wspólnym posiłku wysłuchiwali lektora odczytującego fragment Biblii lub innego łacińskiego tekstu i w luźnej atmosferze dyskutowali o jego treści. Król lubił zadawać trudne pytania i komplementował tych, którzy potrafili udzielić zgrabnej odpowiedzi. Alkuin zanotował niektóre z tych dialogów: – Czym jest pismo? – Strażnikiem historii – Czym jest sprawiedliwość? – Duchową zdolnością nadawania każdej rzeczy właściwej wartości.

Intelektualne rozmowy przy stole nie są więc wynalazkiem XVI-wiecznych humanistów ani naszego króla Stanisława Augusta z jego obiadami czwartkowymi, lecz „trustu mózgów” Karola Wielkiego. Tak jak w późniejszych epokach, poza poważnymi tematami pozwalano sobie również na żarty; popisywano się umiejętnością układania satyrycznych wierszy i zagadek logicznych. Nikt nie chciał się skompromitować w obecności króla, więc uczestnicy biesiad prześcigali się w bon motach. A gdy przegrywali pojedynki na słowa, potrafili obrzucić rywala finezyjnymi wyzwiskami. Na przykład Teodulf nazwał błyskotliwego irlandzkiego mnicha Cadaca „nadętym brzuchaczem, tępym straszydłem i kłótliwą zarazą”.

Z reguły jednak to zgromadzenie ludzi różnych narodowości – Franków, Gotów, Anglosasów, Longobardów, Bawarów – współpracowało ze sobą dość zgodnie. Łączyło ich bowiem poczucie wyjątkowości i przynależności do grona wybrańców kształtujących nowe oblicze Europy. Alkuin zafascynowany wizją nowych Aten wzorem Platona nazywał akwizgrańską szkołę Akademią. To był już zupełnie inny świat niż w czasach królewskiego ojca Pepina Krótkiego, który też miał swoją szkołę pałacową. Tyle że w niej pisanie i czytanie uchodziło za umiejętność zbędną, przydatną jedynie klasztornym skrybom, a przechwalano się nie wiedzą, lecz ilością wypitego wina i liczbą zabitych wrogów.

POGAŃSKI NAWÓZ

Członkowie Akademii mogli błyszczeć intelektem głównie dzięki lekturze dzieł dawnych Greków i Rzymian. Zabiegali energicznie o ich kopiowanie, bo mając do dyspozycji przepisane księgi, mogli tworzyć własne. Nikt przecież nie był w stanie sprawdzić, co jest oryginałem, a co plagiatem, a zwyczaj podawania źródeł i opatrywania tekstu przypisami jeszcze nie istniał. Einhard, pisząc swe sztandarowe dzieło „Vita Karoli Magni” (Życie Karola Wielkiego), ściągał całe akapity z „Żywotów cezarów” Swetoniusza, Teodulf tworzył pieśni i hymny pełne zapożyczeń z Owidiusza; sekretarz Karola Angilbert opiewał budowę Akwizgranu słowami Wergiliusza relacjonującego budowę Kartaginy.

Trudno im czynić z tego powodu wyrzuty. Wręcz przeciwnie, winniśmy im wdzięczność. Gdyby nie oni, większość tekstów starożytnych mędrców przepadłaby bezpowrotnie. Niemal 90 proc. zachowanych do dziś rękopisów to kopie wykonane w czasach karolińskich!

Akademicy byli ludźmi Kościoła – mnichami, księżmi, opatami, biskupami. Tym większy podziw budzi otwartość ich umysłów, bo przecież uratowali dla potomnych teksty pogan. Mało tego, zachęcali do ich lektury. Czasem, zwłaszcza u schyłku życia, odczuwali z tego powodu wyrzuty sumienia. Starzejący się Alkuin zalecał młodzieży, by uczyła się łaciny, lecz nie dawała się zwieść urokom Owidiusza czy Horacego, gdyż jedynymi godnymi zachwytu tekstami są Ewangelie. Ale po jego śmierci rozgrzeszenia miłośnikom antyku udzielił biskup Pasawy Ermenrich. Porównał dzieła Rzymian i Greków do… końskiego nawozu, w którym „złota się nie znajdzie, ale jeśli wykorzysta się go do użyźniania ziemi, zbierze się większy plon”. Tym plonem było lepsze zrozumienie słowa Bożego, zapisanego w ówczesnej Biblii i księgach liturgicznych wyłącznie po łacinie.

BISKUPI DO DZIEŁA!

Z tego, że garstka intelektualistów posługiwała się nienaganną łaciną, nie wynikało, że poprawiła się jej znajomość w całym imperium. Odpowiedzialny za sprawy oświaty Alkuin przekonał więc Karola, by zobowiązał biskupów do założenia w każdej diecezji szkoły katedralnej. W tych placówkach miał obowiązywać nowy program nauczania, nawiązujący do wzorców antycznych. Zgodnie z zaleceniami rzymskiego uczonego Marka Terencjusza Warrona podzielono go na dwa stopnie – niższy obejmujący trzy przedmioty (stąd jego nazwa trivium) i wyższy – quadrivium (cztery).Na trivium składały się gramatyka (nauka pisania i czytania po łacinie), retoryka (układanie mów) i dialektyka (zasady logicznego myślenia). W quadrivium uczniowie zapoznawali się z arytmetyką (cztery podstawowe działania matematyczne), geometrią (rozumianą jako wiedza o przestrzeni i naturze), astronomią (sprowadzającą się do układania i poprawnego odczytywania kalendarza) i muzyką (pieśni religijne). W teorii wyglądało to dobrze, w praktyce gorzej, gdyż brakowało nauczycieli. By zmusić biskupów do działania, Karol wysłał swoich przedstawicieli do wszystkich diecezji. Ci pierwsi „kuratorzy oświatowi” mieli sprawdzić poziom znajomości łaciny i wiedzy teologicznej duchownych. Księży parafialnych jedynie upominano i zachęcano do podnoszenia kwalifikacji, ale biskupom, którzy nie potrafili wygłosić poprawnego kazania czy przeczytać ze zrozumieniem Biblii, zagrożono odwołaniem z urzędu. Król uznał, że nic lepiej nie zmotywuje poddanych niż osobisty przykład. Dlatego sam całymi godzinami wkuwał łacińską gramatykę i uczył się na pamięć długich łacińskich tekstów. Próbował też opanować sztukę pisania, ale przesuwanie gęsiego pióra po woskowych tabliczkach okazało się zbyt trudne.

Dobrych chęci mu jednak nie brakowało, zdarzało się, że zasypiał z piórem w dłoni i tabliczką pod poduszką. Chociaż bardziej wprawni skrybowie nie mieli podobnych problemów, ekipa mędrców z Akwizgranu ułatwiła im zadanie wprowadzając nowy rodzaj pisma. To jedno z najtrwalszych osiągnięć renesansu karolińskiego. Używaną dotąd majuskułę merowińską (czyli wielkie litery) zastąpiono minuskułą. Pisane nią teksty były bardziej estetyczne i łatwiejsze do odczytania, gdyż możliwe stało się wyraźne oddzielanie poszczególnych słów i zdań. Minuskuła karolińska, zwana potocznie karoliną, błyskawicznie przyjęła się na dworach i w kancelariach całej łacińskiej Europy; po wynalezieniu druku na niej oparto antykwę, która jest matką wszystkich używanych do dziś czcionek. Przepisane przez kopistów księgi miały cieszyć nie tylko umysł i duszę, lecz także oczy.

Doradcy Karola Wielkiego opowiedzieli się zdecydowanie przeciwko obrazoburstwu i uznali przedstawianie ludzkich postaci za zgodne z dogmatami wiary. Przekonywali, że skoro Bóg przybrał ludzką postać, nie ma nic zdrożnego w malowaniu stworzonych przez niego istot. Również w tej dziedzinie odwołano się do wzorców antycznych, które kazały możliwie najwierniej odtwarzać sylwetkę człowieka. Choć freski i mozaiki zniszczył czas, przetrwało coś równie cennego – księgi, nad którymi po kopistach pochylali się iluminatorzy. Zdobili je misternymi inicjałami oraz barwnymi miniaturami. Prawdziwy majstersztyk to Ewangeliarz, który na zlecenie papieża Hadriana I wykonano dla Karola Wielkiego. Karty manuskryptu zabarwiono purpurą, a tekst wypisano złotem i srebrem. Gotowe dzieło oprawiono w okładki pokryte reliefami z kości słoniowej i srebra. Taka księga była nie tylko w przenośni bezcennym skarbem.

OJCIEC EUROPY

W Boże Narodzenie 800 roku Karol Wielki osiągnął życiowy cel – papież Leon III nałożył mu na głowę koronę cesarską. Odtąd już nikt nie mógł kwestionować jego władzy, gdyż otrzymał ją z rąk namiestnika Jezusa na Ziemi, a więc „z woli Boga”. W Bizancjum wciąż panowali cesarze noszący oficjalnie tytuł rzymskich, jednak po koronacji Karola podział chrześcijańskiej Europy na Wschodnią i Zachodnią został oficjalnie usankcjonowany.

Wyniesiony do najwyższej godności król Franków mógł kontynuować reformy. Ujednolicił system monetarny, wprowadzając obowiązujące w całym państwie funty, szylingi i denary. Za radą swych uczonych doradców postanowił, że funt srebra ma się dzielić na 20 szylingów, szyling na  12 denarów. Ten system przetrwał nie tylko całe średniowiecze, ale w Wielkiej Brytanii obowiązywał do roku 1971!

Cesarz i jego „trust mózgów” posiali wiele ziaren, z których w ciągu następnych wieków wyrastała Europa. Niekoniecznie zjednoczona, ale jednak odmienna od wielkich kultur innych kontynentów. Mimo różnic prowadzących często do nienawiści i wojen, Europejczyków łączyło poczucie tożsamości, która zaczęła się kształtować w okresie karolińskiego renesansu. To wtedy przywrócono wartość słowu pisanemu i wiedzy, utrwalono dominację religii chrześcijańskiej, wytyczono ścieżki rozwoju architektury i malarstwa, dopracowano język, jakim bez względu na pochodzenie etniczne mogli się porozumiewać ludzie wykształceni w zreformowanych szkołach. Nie bez powodu Karola Wielkiego nazywa się więc „ojcem Europy”.