Przez użycie broni pierwsi Hiszpanie zdołali wymusić na wszystkich narodach niewiernych Indian zamieszkujących tereny rzeki Paragwaj i po części rzeki Parana posłuszeństwo Królowi; zabrakło im jednak odwagi, by podporządkować narody zamieszkujące okolice Guayra i Parana w jej dolnej części”. Zabrakło odwagi, bo jak pisze dalej jezuita José Cardiel, Indianie Guarani należeli do grupy, „którą można zaliczyć do najbardziej barbarzyńskiej, krwawej i nieokrzesanej na świecie […]. Ich największe nałogi to lubieżność i zwierzęca rozpusta, pijaństwo, zemsta i czary”. Oczywiście Guarani nie byli jakimś szczególnym wyjątkiem. Poligamia była przywilejem kacyków, więc mówiąc o lubieżności i zwierzęcej rozpuście, ojciec Cardiel przesadza. Potrzebuje tego obrazu, by udowodnić wielkość dzieła, jakiego dokonali ojcowie.

Jezuici, bez broni, „jedynie z krzyżem w ręku, który służył jako kij pasterski […] z nieustannym zagrożeniem własnego życia zdołali udomowić bestie doprowadzając ich do życia wspólnotowego w wielkich wioskach, i następnie życia po chrześcijańsku”. Te „wielkie wioski” to w zasadzie miasteczka zwane redukcjami. W pierwszej połowie XVIII w., w szczytowym momencie rozwoju redukcji, największe z nich: Concepción, San Carlos i San Miguel liczyły ponad 5000 mieszkańców, więcej niż Buenos Aires, gdzie w 1738 r. mieszkało nieco ponad 4000 ludzi. Przez 150 lat działania jezuickich redukcji założono 48 „wiosek”, w 1750 r., kiedy rozpoczął się proces ich zagłady, działało 30. 

PO CO REDUKCJE?

Pomysł redukcji,  czyli zgromadzenia  półkoczowniczych  plemion w „wielkie wsie”, nie był nowy. Królewscy urzędnicy w Ameryce stosowali tę strategię od początku. Ułatwiała władzy kontrolę nad ludnością, a zakonnikom, najczęściej franciszkanom, pracę misyjną. W eksperymencie jezuickim było podobnie. Ojcowie mieli nawracać ludność interioru, tym samym poszerzać zasięg władzy. Redukcje pełniły także ważną rolę strategiczną. W 1494 r. w Tordesillas papież Aleksander VI podzielił świat między Hiszpanię i Portugalię. Portugalczykom przypadł mały skrawek Ameryki Południowej. Nie przejmowali się tym specjalnie i stale rozszerzali swoje posiadłości. Jezuickie redukcje miały utworzyć rodzaj buforu, który powstrzyma portugalską ekspansję.  

To, co wyróżnia redukcje jezuickie spośród innych tego typu eksperymentów, to fakt, że były poniekąd misjami ratunkowymi. W redukcjach mogli mieszkać tylko Guarani. Posługiwano się językiem guarani, jezuici, którzy jechali na misję, musieli się nim biegle władać. Nikt nie starał się Guaranów na siłę „iberyzować”. Ważniejsze było przywiedzenie ich do wiary. W pewnym sensie uratowało to ich kulturę przed rozpłynięciem się w metyskiej papce. 

Ważniejszy wydaje się inny wymiar ratowania. Guarani znaleźli się na skraju katastrofy demograficznej. Ich ziemie nie skrywały złóż szlachetnych kamieni czy drogocennych metali, o czym marzyli Hiszpanie. W XVI wieku panowała tu bieda. Ówczesny gubernator Domingo Martinez Irala prosił metropolię o mąkę i wino, by księża mieli jak odprawiać msze. Dla Hiszpanów jedynym pocieszeniem, jedynym bogactwem byli właśnie Guarani. Kilkaset tysięcy Indian pracowało dla kilkuset Hiszpanów w ramach systemu „encomienda”. To niewolnictwo skryte za paternalistycznym dyskursem. „Encomenderos”, czyli Hiszpanie, opiekują się i ochraniają „encomendados” – Indian, dbają o ich religijność, w zamian za co „encomendados” pracują dla nich. Redukcje jezuitów uwalniały Guaranów od niewolniczego przymusu społeczeństwa kolonialnego. Stawali się ludźmi wolnymi, poddanymi króla Hiszpanii. Ta szczęśliwa okoliczność to zasługa trzech ludzi, którzy spotkali się w pierwszej dekadzie XVII wieku w prowincji Rio de la Platy i Paragwaju: liberalnego gubernatora Hernando Arias de Saavedra, prowincjała jezuitów Diego de Torres Bollo oraz królewskiego wysłannika badającego problem wyzysku Francisca de Alvaro. Syn tego ostatniego został zresztą jezuitą, proboszczem jednej z redukcji.

Z WIZYTĄ W REDUKCJI

Redukcje miały w sobie coś z hiszpańskiego miasteczka i obozowiska. Centralne miejsce zajmował tu plac i kościół. W kwadratach utworzonych przez przecinające się pod kątem prostym ulice stały domy, przypominające „malocas” – wielkie budowle, w których mieszkali dotąd Indianie. Teraz jednak poprzedzielano je ściankami tak, że powstała sieć izb, z których każda należała do jednej rodziny. Domy nie miały łazienek i kuchni, te bowiem były domeną wspólnoty. Indianie w misjach żyli skromnie, zajmowali się rolnictwem i rzemiosłem. Podstawowym produktem wytwarzanym przez redukcje była mate – paragwajaska herbata. Każdy miał swoje poletko, ale uprawiał też wspólną ziemię. Pracy towarzyszyła muzyka. Nie było nędzy, nie było głodu. Nie stosowano kary śmierci. Indianie w redukcjach nie posługiwali się pieniędzmi. Starzy i chorzy znajdowali się pod opieką społeczności. Rytm dnia wyznaczały uderzenia kościelnych dzwonów, bowiem pieczę nad wszystkim sprawowali ojcowie. To oni zatwierdzali burmistrza i radę miejską, to oni nadzorowali wszelkie sprawy związane z życiem redukcji. Zwykle pracowali we dwóch. W ten sposób mogli się inspirować i kontrolować. Byli świetnie przygotowani: mówili językiem guarani, znali się na rolnictwie, hodowli i budownictwie. Zahartowani w posłuszeństwie wobec swoich przełożonych, wolni od pokus tego świata, także od pokusy męczeństwa. Jezuitom nie chodziło o to, by umierać za wiarę, ale by ją krzewić. Podobno do Ameryki jechał co 10 kandydat wyselekcjonowany w castingach. Można powiedzieć, że byli jak najlepsza drużyna klubowa świata. Większość to Hiszpanie i Włosi. Nie brakowało Niemców, Holendrów, Francuzów czy Irlandczyków. Byli też kreole i metysi, jak św. Roque Gonzales de Santa Cruz z Asunción. To on wymyślił urbanistyczne aspekty redukcji. Zamordowali go zazdrośni o swoje wpływy szamani.