Tym razem bezpieczeństwu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zagroził swobodnie dryfujący fragment szczątków nieczynnego satelity pogodowego – Fengyun-1C. Satelita został zniszczony w 2007 roku w ramach prowadzanych przez Chiny testów pocisków antysatelitarnych ASAT (ang. anti-satellite weapon).

Fengyun-1C eksplodował, wyrzucając w przestrzeń ponad 3,5 tys. kawałków, z których większość nadal krąży na orbicie. W ostatnich dniach spora chmura odłamków znalazła się w rejonie orbitalnym ISS, co wymagało szybkiej reakcji znajdujących się na pokładzie astronautów.

Aby uniknąć kolizji, rosyjski statek kosmiczny Progress, który pozostaje zadokowany do stacji, uruchomił swoje silniki na ok. 6 minut. To pozwoliło zmienić prędkość ISS o 0,7 m/s (2,5 km/godz.) i podnieść orbitę stacji o około 1,2 km. (Ogólnie ISS znajduje się na wysokości ponad 400 km nad powierzchnią Ziemi).

Nawet mały śmieć może spowodować duże szkody

Dzięki sprawnemu manewrowi tym razem nie doszło do zderzenia. Jednak w maju tego roku donosiliśmy, że mały kawałek kosmicznego śmiecia wybił 5-milimetrowy otwór w płaszczu termicznym robotycznego ramienia ISS. Uszkodzenie, choć niewielkie, napędziło stracha astronautom i NASA.

W ciągu 23 lat funkcjonowania stacji doszło do około 30 incydentów, które wymagały przeprowadzenia podobnych manewrów. Trzy z tych sytuacji grożących wypadkiem miały miejsce w 2020 roku, a prof. Brad Carter, fizyk z australijskiego Uniwersytetu Południowego Queensland podkreśla, że nadchodzące lata mogą wymagać kolejnych karkołomnych akrobacji ISS.

ISS porusza się z prędkością 7,66 km/s. Przy tej prędkości zderzenie nawet z małym kawałkiem stali czy skały może spowodować poważne uszkodzenia. – Musimy uwzględnić względną prędkość stacji i kosmicznych śmieci, więc niektóre zderzenia mogą być „wolniejsze”, podczas gdy inne mogą być „szybsze” i powodować jeszcze większe szkody – stwierdza prof. Carter w artykule na łamach The Conversation.

Ze względu na duże prędkości nawet drobinka farby może wbić się w okno ISS, a obiekt wielkości kulki może przebić się przez moduł ciśnieniowy. Co prawda, moduły ISS są w pewnym stopniu chronione przez wielowarstwowe ekrany. Istnieje jednak ryzyko, że takie zderzenie może nastąpić, zanim działalność ISS dobiegnie końca – dodaje fizyk.

Na orbicie robi się tłoczno

Ryzyko kosmicznych kolizji gwałtownie wzrasta, bo rośnie liczba krążących wokół Ziemi obiektów. Obecnie na niskiej orbicie okołoziemskiej działa już prawie 5 tys. satelitów. Samych Starlinków, należących do firmy SpaceX, wkrótce będzie ponad 2 tys., a Elon Musk zapowiedział, że docelowo chce stworzyć sieć składającą się z 20–40 tys. satelitów.

Ale te liczby odnoszą się jedynie do wciąż funkcjonujących urządzeń. Działające przy Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) biuro ds. odpadów kosmicznych szacuje, że na orbicie znajduje się około 36,5 tys. sztucznych obiektów o średnicy większej niż 10 cm, takich jak fragmenty starych satelitów czy rakiet. Mniejszych fragmentów (mierzących od 1 do 10 cm) jest ponad milion, a tych poniżej centymetra – nawet 330 mln.

Zaledwie ok. 30 tys. kosmicznych śmieci – spośród tych największych – jest stale śledzonych przez organizacje na całym świecie, takie jak US Space Surveillance Network. Żadna agencja kosmiczna czy badawcza nie dysponuje jednak technologią pozwalającą na śledzenie każdego kawałka. Nawet kamery i aparaty ISS nie są w stanie wychwycić wszystkich zbliżających się do stacji odłamków.

W obliczu rosnącego zagrożenia i coraz ambitniejszych planów podboju kosmosu – przypomnijmy o planach budowy nowej stacji kosmicznej Blue Origin i turystycznych lotach kosmicznych – naukowcy nie ustają w poszukiwaniu metod, które pozwoliłyby zlokalizować i usunąć przynajmniej najniebezpieczniejsze kosmiczne śmieci. – Jeśli chcemy nadal czerpać korzyści z najbliższych regionów kosmosu, w końcu będziemy musieli je posprzątać – mówi prof. Carter.

 

Źródło: The Conversation.