W czasach Netfliksa trud no o bardziej wymow ny przykład politycznej poprawności niż serial „Ania, nie Anna”. W tej - luźnej ekranizacji „Ani z Zielonego Wzgórza” (1908) Lucy Maud Montgomery tytułowa bohaterka styka się z takimi problemami, jak homofobia, rasizm, antysemityzm czy pedofilia. Ma nauczycielkę feministkę, poznaje historię sędziwej lesbijskiej pary, gości na święta Afroamerykanina. Ten ostatni jest przyjacielem jej ulubieńca Gilberta Blythe’a. Sam Gilbert poznaje trudy i nędzę życia proletariatu oraz rzeczywistość slumsów dla kolorowej ludności z początku XX wieku. Chce być lekarzem i służyć ludziom. W czasie pobytu na Trinidadzie śmiało pomaga w porodzie czarnoskórej kobie cie. Rudej Ani jeszcze daleko do takiej wiedzy o „dorosłym” świecie, chociaż zdarzyło się jej przebąknąć coś o męskim przyrodzeniu…

Fani oryginału zżymają się, że twórcy serialu zarżnęli dzieło Montgomery. Wystarczy zerknąć na oceny drugiego sezonu „Ani, nie Anny” na serwisie Rottentomatoes. Zebrał tylko 43 proc. pozytywnych opinii, o wiele mniej od entuzjastycznie przyjętego pierwszego. Nie brakuje komentarzy typu: „Wygląda, jakby twórcy przejrzeli listę problemów społecznych XXI wieku i odhaczyli je jeden po drugim”; „Absolutnie zrujnowali klasykę nowoczesnymi, poprawnymi politycznie wartościami, które nie istniały w momencie powstania książek”. Mimo to powstał trzeci sezon „Ani” i zapewne nie będzie się różnił od poprzedniego.

Zresztą Netflix znany jest z promowania w swoich produkcjach politycznej poprawności. O ile jednak wątki rasowe i LGBTQ w „Stranger Things” są nieznaczne, zaś w „Mindhunterze” współgrają z kryminologiczną materią serii, to w „Ani, nie Annie” wyglądają po prostu sztucznie, wykreowane na siłę i na wyrost. Rzecz dotyczy jednak nie tylko Netfliksa, a całego przemysłu filmowego. Wystarczy
przyjrzeć się innym doniesieniom z ostatnich miesięcy. Na przykład, że nowym agentem 007 będzie kobieta – i to czarnoskóra. A już w formie żartu krąży zarzut postawiony przez pewną brytyjską scenarzystkę serialowi „Czarnobyl”, że zabrakło w nim kolorowych aktorów…

W FILMIE JAK W ŻYCIU

Polityczna poprawność w sensie, w jakim rozumiemy ją dzisiaj, pojawiła się w Stanach Zjednoczonych jako efekt kontrkultury lat 60. i 70. Zaczęła upowszechniać się w latach 80., rozwinęła w 90. Wtedy też na dobre przeniknęła do kinematografii. W pracy Stevena J. Rossa „Movies and American Society” (2002) tak scharakteryzowano wpływ przemysłu filmowego na Amerykanów: „Filmy nie tylko pokazują nam, jak się ubrać, jak wyglądać lub co kupić. Uczą nas, w jaki sposób myśleć o rasie, płci, klasie społecznej, pochodzeniu etnicznym i polityce”. Krytycy poprawności politycznej mogliby jednak zacytować peruwiańskiego noblistę, pisarza Maria Vargasa Llosę. Mimo swych lewicowych korzeni stwierdził w 2018 r. w wywiadzie dla gazety „El Pais”: „Poprawność polityczna jest wrogiem wolności, ponieważ odrzuca uczciwość i autentyczność. Musimy temu przeciwdziałać jako wypaczeniu prawdy”. Wywiad poświęcony był prawom obywatelskim oraz zagrożeniom demokracji, a stwierdzenie Maria Vargasa Llosy dotyczyło tego, co powinno być dopuszczalne w literaturze i sztuce.

Zdaniem filmoznawców od politycznej poprawności w świecie filmu nie ma odwrotu, ponieważ po prostu odzwierciedla ona postępujące zmiany społeczne i zróżnicowanie w krajach rozwiniętych. – Dominująca wizja świata w Polsce i innych krajach Europy, a także w Ameryce, była ukształtowana przez białych, heteroseksualnych mężczyzn. Dziś kultura zachodnia bardziej się zdemokratyzowała – opowiada „Focusowi” filmoznawca, dr Anna Misiak z brytyjskiego Falmouth University. Rezultat? Współczesny świat z różnych względów zaczął doceniać mniejszości, które wcześniej były zdominowane, pomijane, a często nawet niedostrzegane. – Choć z perspektywy polskiej ta zmiana może się wydawać wymuszona i zbyt daleko idąca, nie da się zaprzeczyć, że wszelki opór czy rozdrażnienie widzów, gdy w roli głównej widzą „innego” (czyli bohatera mniejszościowego), jest wynikiem często nieuzasadnionych obaw przed zmianą społeczno-kulturową – zaznacza Misiak.

Jej zdaniem większa wrażliwość na problemy mniejszości prowadzi do zmiany tego, co widzimy na naszych ekranach, zmniejsza uprzedzenia i przeciwdziała szkodliwym stereotypom. Przykładem ewolucja postaci kobiecych w kinie i telewizji. – Oglądając dziś Netflix czy Hulu, widzimy całą paletę kobiet w rolach głównych. I to kobiet, które w żaden sposób nie przystają do popularnych ideałów „kobiecości” poprzedniego wieku. Aż trudno uwierzyć, że „Legalna Blondynka” czy Bridget Jones kiedyś uważane były za „silne, feministyczne” bohaterki – mówi dr Misiak. Gdzież tamtym postaciom
do obecnych bohaterek „Orange is the New Black”, „Grace i Frankie”, „Jessiki Jones” czy „Opowieści podręcznej”.