Mężczyzna chwyta się za pierś i pada na ziemię. Błyskawicznie podbiegają lekarze, zaczynają masaż serca i sztuczne oddychanie. Po chwili na miejscu jest już defibrylator – jeden z ratowników bierze go do rąk, reszta się odsuwa. Jedno uderzenie prądu, ładowanie, zastrzyk z adrenaliny, drugie uderzenie. „Jest akcja serca!” – krzyczy lekarz. Wszyscy oddychają z ulgą, pacjent otwiera oczy i rozgląda się oszołomiony... Tak wygląda typowa reanimacja – na ekranie kinowym czy telewizyjnym. W rzeczywistości zabieg ten nie jest ani tak łatwy, ani tak skuteczny. Specjaliści z Duke University wyliczyli, że w telewizji reanimacja ratuje życie dwóch trzecich pacjentów, podczas gdy statystyki medyczne mówią w najlepszym razie o 7 proc., a w najgorszym – o zaledwie jednym procencie.

Dlaczego tak jest? Z jednej strony mamy czystą biologię – proces umierania bardzo trudno powstrzymać. Z drugiej jednak pojawia się mniej znany czynnik – ignorancja lekarzy. Reanimują oni pacjentów za wszelką cenę, choć wiedzą (a przynajmniej powinni), że w większości przypadków nie ma to żadnego sensu – twierdzi dr David H. Newman, specjalista od medycyny ratunkowej i dyrektor działu badań klinicznych w St. Luke’s-Roosevelt Hospital Center w kontrowersyjnej książce „Cień Hipokratesa”, która ukazała się w Polsce pod patronatem „Focusa”. To zaledwie jeden przykład na to, jak działa współczesna medycyna – nie tylko w Polsce, ale w całym świecie zachodnim. Lekarzom coraz częściej chodzi tylko o to,żeby kogoś leczyć, ale już niekoniecznie o to, żeby go wyleczyć – i to tak, by efekt był trwały, a jakość życia pacjenta wskutek tego się poprawiła. I nie pomagają tu nawet najnowsze technologie medyczne. Wręcz przeciwnie, wiele wskazuje na to, że tylko pogłębiają problem.

Epidemia przepisywania antybiotyków

Ultrasonografia, tomografia, rezonans, operacje laparoskopowe i mikrochirurgia, coraz doskonalsze leki – wszystko to teoretycznie powinno nam tylko pomagać. I pewnie by tak było, gdyby lekarze umieli korzystać ze swego arsenału z umiarem. O tym, że nie umieją, świadczy chociażby smutny przykład antybiotyków. Eksperci zarówno w Polsce, jak i za granicą biją na alarm – bakterie coraz częściej przestają reagować na te leki. Dlaczego? Bo lekarze przepisują je przy byle okazji, a to sprawia, że powstają mikroby oporne na coraz więcej antybiotyków. „Polska jest w europejskiej czołówce pod względem zużycia tych leków. Konieczne jest rozliczanie naszych lekarzy z każdego zastosowanego antybiotyku” – apeluje od lat dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Lekarze rutynowo przepisują antybiotyki nie tylko na „grypę” (czyli zwykłe przeziębienie), ale też na łagodne przypadki zapalenia ucha, gardła czy oskrzeli, chociaż – co powinni pamiętać ze studiów – bardzo rzadko takie leczenie jest skuteczne.

Przyczyn tej „epidemii” jest wiele. Z jednej strony firmy farmaceutyczne bardzo intensywnie promują swe leki, a lekarze – skuszeni dodatkowymi profitami w rodzaju zagranicznych wycieczek dla tych, którzy wystawią najwięcej recept – łatwiej zapamiętują reklamy niż rzetelną wiedzę medyczną. Z drugiej strony mamy oczekiwania pacjentów, którzy przychodzą do gabinetu, by dostać jakieś leki. Gdy internista zamiast „porządnych pigułek” przepisze np. tylko zwykłe krople do nosa (które notabene znakomicie się sprawdzają w większości przypadków zapalenia ucha – odtykają tzw. trąbki Eustachiusza i sprawiają że wydzielina swobodnie odpływa z ucha środkowego), czują się rozczarowani. Ba, nierzadko sami domagają się konkretnych antybiotyków. A lekarze często im je wówczas przepisują – w Polsce głównie dla świętego spokoju, w USA chociażby po to, by uniknąć procesów sądowych.

Mit jednej szansy na milion