Dlaczego słynny filozof,  kojarzący się Polakom jako rzekomy inspirator ideologów nazistowskich, sam podkreślał, że miał polskie korzenie. Ale historycy mu nie wierzą.

"Uczono mnie, że pochodzenie mej krwi i mego nazwiska wywodzi się ze szlacheckiej rodziny Nickich – napisał Friedrich Nietzsche w roku 1883. – Przyznać muszę, że już jako mały chłopiec bardzo szczyciłem się moim polskim pochodzeniem. Co jest we mnie z  krwi niemieckiej, odziedziczyłem tylko po matce (…). Mam wrażenie, że pomimo tej przymieszki w  istotnym swym charakterze pozostałem Polakiem”.

Dalej zdradzał, że wielokrotnie brano go za granicą za Polaka, jako chłopiec miał zeszyt z zapisanymi mazurkami, imponowało mu szlacheckie prawo do veta, a Słowian uważa za „zdolniejszych od Niemców”! Także jego siostra Therese Förster-Nietzsche potwierdzała, że protoplastą rodu jest polski szlachcic „graf Nietzky”. Jednak badania genealogiczne, przeprowadzone w 1. poł. XX wieku przez Maksa Oehlera z Archiwum Nietzschego w Weimarze, wykazały, że przynajmniej do XVI w. filozof miał jedynie niemieckich przodków. Pytanie, czy owe badania nie były skażone antypolską ideologią Hitlera?

Pisarz i kolekcjoner historycznych anegdot Stanisław Szenic nie miał natomiast wątpliwości, że mówienie o polskich korzeniach filozofa to gruba przesada. „W czasach Nietzschego panowało jeszcze w Niemczech przekonanie, że szlachcic jest kimś niepomiernie wyższym od mieszczanina. Stąd też zrozumiała staje się swoista kokieteria filozofa wyprowadzania swej genealogii od Nickich herbu Radwan. Ale zarówno jego wypowiedzi dotyczące polskiego pochodzenia, jak i zainteresowania polskimi sprawami należy zredukować do właściwej miary. Nie był ani razu w Polsce, nie czytał przekładów z literatury i filozofii polskiej” – komentował Szenic w zbiorze „Ongiś” i podkreślał, że filozof-nihilista chciał w ten sposób wyrazić swoją pogardę dla ówczesnych Niemiec i niemieckości.

Gdzie się podziała broń Bonnie i Clyde’a?

Za prawie ćwierć miliona dolarów pamiątki po sławnych gangsterach kupił anonimowy pasjonat.

Słynna para kochanków wyjętych spod prawa – Bonnie Parker i Clyde Barrow – zginęła 23 maja 1934 roku w  policyjnej zasadzce w miejscowości Joplin w stanie Missouri. Funkcjonariusze nie ryzykowali: samochód, którym jechali ścigani, poszatkowało kilkaset pocisków. 

Z ciał Bonnie i Clyde’a wyjęto blisko pięćdziesiąt pocisków! Pozostała po przestępcach romantyczna legenda i… broń, z którą dokonywali napadów: strzelba Winchester pięknej Bonnie oraz pistolet maszynowy Thompson (tzw. Tommy gun) należący do Clyde’a. 

Po zasadzce trafiły w ręce jednego ze stróżów prawa, a potem do policyjnego muzeum. W tym roku natomiast sprzedane zostały na aukcji w Kansas City. W kolejce po broń Bonnie i Clyde’a ustawiło się ponad 100 osób, w tym m.in. biznesmen, planujący otwarcie gangsterskiego muzeum w Las Vegas. Jednak wszystkich przebił anonimowy oferent, który online zaproponował sumę aż 210 tysięcy dolarów: 130 tysięcy za pistolet maszynowy Clyde’a i 80 tysięcy za strzelbę Bonnie.

Jak znaleziono siostrę Mona Lizy?

Leżała w piwnicach madryckiego Muzeum Prado,  aż ktoś wreszcie zauważył, że to nie jest zwykła kopia dzieła Leonarda...

Madryccy muzealnicy wiedzieli, że kopia znajduje się w ich zbiorach od chwili powstania muzeum, czyli od 1819 r. Ale dopiero gdy 2 lata temu postanowił ją wypożyczyć Luwr, fachowcy dokładnie przyjrzeli się obrazowi. Odkryli wtedy, że można na nim znaleźć te same poprawki, co na oryginale, a w tle kryje się ten sam krajobraz!  

Na tej podstawie naukowcy orzekli, że siostrzany obraz powstał wkrótce po oryginale lub nawet równolegle z nim. Zapewne wyszedł spod pędzla któregoś z uczniów da Vinci. Jeden z naukowców zasugerował nawet, że artystą tym był Salai (Giacomo Caprotti) – domniemany model i  kochanek Leonarda.

Tak czy inaczej, „to najstarsza i najważniejsza znana kopia słynnego obrazu”– jak stwierdził Gabriele Finaldi, dyrektor ds. badań i konserwacji z Prado. Co więcej, madrycka kopia (pierwsza  z lewej) jest w lepszym stanie niż oryginał i sportretowana kobieta wygląda na niej zdecydowanie młodziej…

Co kryje biblioteka Iwana Groźnego?

W carskim księgozbiorze mogą znajdować się starożytne arcydzieła! Jeśli poszukiwacze odnajdą zaginioną bibliotekę, wybuchnie sensacja.

Iwan Groźny ma opinię krwawego despoty, psychopaty na carskim tronie. Choć trudno w to uwierzyć, zgromadził jednak pokaźną ciekawą bibliotekę. Niestety, zaginęła. Zdaniem jednych badaczy przepadła w pożarze w XVI w. Zdaniem innych – została spalona lub rozkradziona podczas „dymitriad” albo wręcz zjedzona podczas okupacji Kremla przez polską załogę 400 lat temu. Istnieje jednak możliwość, że księgozbiór Iwana Groźnego, ukryty gdzieś w kremlowskich murach, wciąż czeka na odkrycie! 

Co było w  bibliotece cara? To zależy już od domniemań badaczy. „Od setek lat powtarzana jest legenda o księgozbiorze Rurykowiczów pełnym skarbów literatury antycznej. Na powstanie owej legendy mogły mieć wpływ sporadyczne wizyty wykształconych cudzoziemców, którym jednak carowie Moskwy nigdy nie pozwalali w pełni zaspokoić ciekawości” – pisze prof. Andrzej Dróżdż w  artykule „Tajemnice księgozbioru Iwana Groźnego” („Annales Academiae Paedagogicae Cracoviensis” 1/2001). W 1819 r.  w archiwum w Parnawie odkryty został sensacyjny rzekomy indeks zbiorów cara. Wynikało z  niego, że pośród 800 ksiąg znajdowały się cuda literatury antycznej: dzieła historyczne Liwiusza, Cycerona, Polibiusza i Swetoniusza, komedie Arystofanesa, twórczość Wergiliusza, księgi praw…  Jednak według wieloletnich badań źródłowych, przeprowadzonych przez radzieckiego badacza Nikołaja Zarubina, rzeczywistość była skromniejsza – car miał zgromadzić głównie XVI-wieczne rękopisy religijne.