On już niczego więcej nie napisze – powiedział Michaił Lewin, wspólnik Władimira Fronera, redaktora emigranckiego pisma literackiego „Amin”, w którym w roku 1973 ukazał się poemat „Moskwa – Pietuszki”.
– Dlaczego? – spytał zaskoczony Froner.
– Ano dlatego, że ten tekst mu na to nie pozwoli – odparł Lewin i dodał: Jerofiejewowi udało się w „Moskwie – Pietuszki” wyrazić siebie w sposób idealnie kompletny, całkowity. Sukces ten, niewątpliwy przejaw geniuszu, stanie się przekleństwem autora. Zamknie mu usta na zawsze, gdyż w tym jednym dziele zawarł już całego siebie.

A jednak Lewin się mylił. Jerofiejew napisał jeszcze i opublikował dwa utwory: „Noc Walpurgii albo kroki komandora” i „Wasilij Rozanow oczami ekscentryka”. Problem w tym, że nie odniosły one sukcesu poematu „Moskwa – Pietuszki”. Jerofiejew – być może niezasłużenie – przeszedł do historii literatury jako autor jednego dzieła. Ale urodzony w 1938 roku Wieniedikt Jerofiejew pozostawił po sobie coś więcej niż zadrukowane stronice – legendę żywą po dziś dzień. Znany filolog Michaił Sztein w głośnym eseju opublikowanym na łamach miesięcznika „Złoty Wiek” w 1993 roku, a więc zaledwie trzy lata po śmierci pisarza, napisał: „Już samo to, że Wieniczka, bohater poematu »Moskwa – Pietuszki«, i jego autor w oczach czytelników i wielbicieli Jerofiejewa zlewają się w jedną postać, jest zaczątkiem mitu. Nie ma też lepszej akuszerki dla legendy niż przedwczesna śmierć bohatera, która pozostawia wśród żywych apostołów mitu, ludzi, którzy bohatera znali na tyle długo, by ich pamięć zdążyła się zestarzeć, mgłą się zasnuć, obrosnąć ozdobnikami, apokryfami, aż w końcu zrodzić legendę”. I najważniejsze – Jerofiejew zdołał w swojej twórczości powiedzieć o sobie akurat tyle, by wzbudzić zainteresowanie, pozostawiając je wiecznie niezaspokojonym.

Pięćdziesiąt dwa lata życia niejednemu pisarzowi starczyłyby, by zapełnić swoją twórczością grube tomy. Wystarczyłoby tego czasu na całkowite spełnienie. Jerofiejew spełnić się nie umiał i do pewnego stopnia nie chciał. Swój wielki poemat kończy słowami: „Wbili mi szydło prosto w gardło... od tej pory nie ocknąłem się już i nie ocknę się nigdy”. I w rzeczy samej, przeżywszy jeszcze dwadzieścia lat (poemat powstał w 1969 r.), Wieniedikt nie ocknął się już w pełni jako autor, nie odzyskał nigdy tych twórczych sił, tego natchnienia, które towarzyszyło mu, gdy tworzył „Moskwę – Pietuszki”. Jak pisał Sztein: „Niszczył siebie jako autora, co wyrażało się w zagładzie osoby, i niszczył siebie jako osobę, co wyrażało się w zagładzie autora”.

Buntownik bez wyboru

 

Jerofiejew był równie ciężkim alkoholikiem jak jego bohater Wieniczka, znawca i smakosz koktajli z denaturatu, piwa i oczyszczonej politury, lub wody kolońskiej, środka przeciw poceniu się stóp, lakieru do paznokci i lemoniady. Jednak kurs „pod prąd” obrał jeszcze – jak sam twierdził – zanim zaczął pić. Utrzymywał, że pisał już w wieku sześciu lat. To z tego okresu miały pochodzić pierwsze strofy wydanych pośmiertnie „Zapisków psychopaty”. Pisał w tym młodzieńczym utworze: „Jeślibym miał pewność, że czeka mnie normalne życie, natychmiast bym je zakończył i otruł się lub obwiesił”. Mimo że szkołę ukończył jako jedyny ze swojego rocznika ze złotym medalem, z łatwością dostał się na studia, to nigdy nie zdobył dyplomu. Czterokrotnie zmieniał uczelnię, ale ze wszystkich bądź to sam znudzony odchodził, bądź z hukiem wylatywał.

Podczas inspekcji w akademiku, w pokoju, w którym mieszkał Jerofiejew na drugiej już z rzędu uczelni, oczom komisji inspekcyjnej w składzie: przewodniczący uczelnianej organizacji partyjnej, szefowa Komsomołu i prorektor ds. studenckich ukazał się zaskakujący widok: stojący w kłębach niebieskiej mgły papierosowego dymu ledwie widoczny student pospiesznie próbował podkręcić głośność muzyki jazzowej, płynącej z adaptera. Okazało się, że chciał zagłuszyć radiową audycję Głos Ameryki. Właśnie rozpoczynał się serwis informacyjny dotyczący aktualnych wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Na ścianach nad łóżkami wisiały ikony, a dwóch studentów, klęcząc przed nimi, kończyło właśnie modlitwę, czyniąc zamaszysty znak krzyża. Trzej inni, którzy się akurat nie modlili – wśród nich Jerofiejew – siedzieli za stołem przy butelce wódki, wznosząc wulgarny toast obrazujący ich stosunek do władzy radzieckiej. Dwaj ostatni lokatorzy, leżąc w jednym łóżku w dziwacznej pozie, udawali parę kochanków. Na pytanie pierwszego: „Czy będziemy mieli dzieci?” drugi odpowiadał, powstrzymując śmiech: „Jeśli Bóg Wszechmogący pozwoli”. Jerofiejew skazany był na bunt. Urodził się w miasteczku Zapolarie, jak sama nazwa wskazuje – za linią polarnego kręgu, jako syn zesłanego do łagru zawiadowcy stacji. Ojca zobaczył dopiero w 1954 roku, kiedy wrócił z łagru jako inwalida. Wkrótce potem zmarł. Matka, nie będąc w stanie utrzymać dzieci, oddała małego Wieniedikta i jego brata do domu dziecka.

Jerofiejew wspominał w jednym z wywiadów, że z bratem mieli jeden tornister szkolny. Na drugi brakowało pieniędzy. Paradoksalnie, na zesłaniu i w domu dziecka nauczycielami Jerofiejewa byli ludzie o najświatlejszych umysłach w Związku Sowieckim: także zesłańcy. „Cały Półwysep Kolski był we wszystkie strony opleciony kilometrami drutu kolczastego. Drut kolczasty był dominującym elementem krajobrazu” – wspominał Jerofiejew w wywiadzie dla tygodnika „Ogoniok”. O życiu w Związku Sowieckim mówił: „Można tu żyć i całkiem dobrze się ustawić, o ile dołoży się starań, by w jak najmniejszym stopniu wykazywać, że posiada się rozum i jakiekolwiek zdolności, Boże uchowaj – talent. Ja siebie nieustannie dyscyplinowałem w tym względzie i dyscyplinuję nadal, choć nie zawsze z pożądanym skutkiem”. Rzeczywiście – bycie przeciętniakiem nie bardzo mu wychodziło. „Był chodzącą encyklopedią, błyszczącym w towarzystwie erudytą, znał na pamięć setki cytatów, dat, biografii i anegdot. Gdyby chciał, mógłby bez trudu zdobyć wspaniały zawód, być muzykologiem, historykiem sztuki, krytykiem literackim, lingwistą, ba, nawet, mimo zdecydowanie humanistycznych zainteresowań, matematykiem” – wspominała Nina Frołowa, siostra Jerofiejewa.

Tyle że nie chciał. Wybrał dla siebie życie wagabundy. Począwszy od 1957 r., czyli od chwili gdy wyrzucono go z pierwszej uczelni – Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa, wykonywał dwanaście zawodów w trzydziestu miejscach pracy. Zjeździł niemal cały Związek Radziecki. Był m.in. ładowaczem na kolei, tragarzem w magazynie cementu, stróżem nocnym na posterunku milicji, ekspedientem w skupie butelek, hutnikiem, budowlańcem, najdłużej zaś – przez kilka lat, co opisuje w „Moskwie – Pietuszki” – kładł kable jako monter w telekomunikacji.

Dary Andropowa

Sława przyszła późno, tuż przed śmiercią, fortuna właściwie nigdy. Nie przyniosła jej Jerofiejewowi nawet „Moskwa – Pietuszki”. Nie zdążyła. Przez prawie dwadzieścia lat poemat był na indeksie. W ZSRR wydrukowano go w całości dopiero za Michaiła Gorbaczowa i to gdy pieriestrojka była już mocno zaawansowana – w 1989 r. – rok przed śmiercią autora. Drugi obieg, radziecki samizdat i zachodnie wydania utworu, choć uczyniły znanym nazwisko autora, nie przyniosły mu ani kopiejki. Teściowa, matka jego drugiej żony – Gali, Klaudia Grabowa, wspominała na łamach „Litieraturnej gaziety”: „Córka moja zakochała się w nim bez pamięci. Jak przyszedł pierwszy raz w gości, tak został na dobre, w sumie 17 lat. A przyszedł niemal nagi, nie miał nawet pod portkami bielizny, pary skarpetek nie miał. Pracowałam wówczas w domu towarowym, więc ubrałam go od razu od stóp do głów”.

Dziennikarze zaczęli zabiegać o wywiady z nim. Niemal z dnia na dzień stał się prawdziwą gwiazdą. Często powtarzał, że czuje się na tym świecie Żydem. Tułacz Jerofiejew rozumiał wiecznego tułacza Żyda. Nie zawsze przysparzało mu to sympatii tzw. ulicy. Jednocześnie czasami wychodził z niego antysemityzm. W jednym z wywiadów powiedział o Trockim: „Ja bym, tę kurwę, to żydzisko kandelabrem zatłukł, nie – czegoś jeszcze cięższego bym poszukał, żeby mu w łeb przyjebać”. Konsekwentnie budował swój wizerunek człowieka lekceważącego otaczający go świat. W rozmowie z Leonidem Prudowskim, wydrukowanej w 1990 r. już po śmierci Jerofiejewa (tytuł wywiadu „Wariatem można być w każdym wieku”), mówił:

– Jednym z przyzwoitszych przywódców ZSRR był Jurij Andropow.
– Ten ciemiężyciel dysydentów? – dziwił się Prudowski.
– Jaki on tam ciemiężyciel, dobry człowiek. Ja mu ufałem. Obniżył cenę gorzały
na cztery siedemdziesiąt,co tam czołgi w Afganistanie.
– Czołgi do Afganistanu posłał Breżniew.
– Pieprzyć, kto i gdzie posyłał czołgi, tego naród i tak już nie pamięta,
ale to, że wódka staniała, i owszem!

Dziś te wywiady, w których raz jedno mówił, raz drugie, nie wiedzieć co serio, co zaś jako kpinę, stanowią już część mitu. Oto bowiem człowiek pełen sprzeczności: chodząca encyklopedia, która całe życie przepracowała fizycznie; pijak, który ciągle pije, a nigdy się nie upija; wulgarny brutal, a zarazem kwintesencja delikatności. Budował Jerofiejew ten mit już za życia, bo też było mu wszystko jedno, jak się go postrzega. Żywił bowiem przekonanie, że i tak nikt go nie rozumie. Ciekawą rzecz zauważa Sztein: „Nieporozumieniem jest, że stał się Jerofiejew jednym z symboli Związku Radzieckiego. On, który konsekwentnie odrzucał każdy z możliwych i istniejących modeli życia radzieckiego człowieka i wybrał egzystencję choć głęboko rosyjską to z gruntu nieradziecką, na nieradzieckich opartą wartościach i jeśli w tym sensie wykolejoną to wykolejoną także w nieradziecki sposób”.

Być może Jerofiejew wyprzedził swój czas i dopiero teraz – jak pisze Sztein – gdy wiek dwudziesty z jego krzykliwym powstaniem mas, z mas karnawałem szalonym odchodzi do historii, będziemy mogli lepiej i pełniej wsłuchać się w świat Wienieczki. W pełni się wsłuchać, w pełni go ujrzeć i w pełni zrozumieć.