
Problem polega na tym, że materiał, który w użytkowaniu jest niemal nie do zdarcia, w produkcji bywa kapryśny. Każda próba nadania mu skomplikowanego kształtu potrafi kończyć się pęknięciami, wadami w strefie łączenia albo degradacją mikrostruktury. Nowe podejście do wytwarzania przyrostowego pokazuje jednak, że da się ten problem obejść – i to nie przez siłowe podnoszenie mocy czy temperatury, tylko przez sprytniejszą kontrolę procesu.
Jeśli takie rozwiązanie utrzyma parametry poza warunkami laboratoryjnymi, może realnie zmienić sposób produkcji narzędzi i elementów odpornych na zużycie. Stawka jest bardzo praktyczna: mniej odpadów drogiego surowca, większa swoboda projektowania i możliwość dokładania odporności tylko tam, gdzie jest potrzebna.
Spiek do zadań brutalnych
Węglik wolframu w spiekach odpowiada za twardość, a kobalt pełni rolę metalicznego spoiwa, które nadaje całości odporność na pękanie i pozwala przenosić obciążenia udarowe. To połączenie sprawdza się szczególnie dobrze tam, gdzie stal szybko by się poddała: w skrawaniu, wierceniu, obróbce materiałów ściernych, w górnictwie czy w elementach, które cały czas pracują na tarciu.
Cena tej wytrzymałości jest prosta: obróbka jest trudna i droga. Taki materiał nie wybacza agresywnego skrawania, wymaga narzędzi o bardzo wysokiej jakości, a wiele operacji kończy się szlifowaniem, które jest powolne i kosztowne. Do tego dochodzi kwestia ekonomii surowców – wolfram i kobalt potrafią być wrażliwe na wahania cen i dostępności, więc marnowanie materiału boli podwójnie: i technologicznie, i finansowo.
Właśnie dlatego przemysł od dawna marzy o podejściu, które pozwalałoby nakładać najbardziej odporną część tylko w kluczowych strefach: na krawędziach roboczych, powierzchniach styku, miejscach największego zużycia. Zamiast robić cały detal z drogiego spieku i potem walczyć z jego obróbką, lepiej byłoby potraktować go jak warstwę funkcjonalną.
Dlaczego drukowanie takich spieków zwykle kończy się problemami?
W druku 3D metali wszystko kręci się wokół ciepła: ile go dostarczysz, jak długo je utrzymasz i jak szybko pozwolisz materiałowi ostygnąć. W przypadku ultratwardych spieków to krytyczne, bo mikrostruktura jest wrażliwa na historię termiczną. Gwałtowne cykle grzania i chłodzenia potrafią powodować naprężenia, które kończą się pęknięciami. Jeszcze groźniejsze są zmiany chemiczne i strukturalne: niepożądane reakcje, lokalny rozpad węglika albo zbyt intensywny rozrost ziaren, który obniża właściwości mechaniczne.
Dlatego podejścia oparte na pełnym przetapianiu materiału bywają ryzykowne. Nawet jeśli element wygląda dobrze na zewnątrz, w środku może skrywać wady, które ujawnią się dopiero w pracy: wibracjach, uderzeniach, zmianach temperatury. A narzędzia i części robocze nie mają luksusu zostawania prototypem – one muszą trzymać parametry w realnym świecie.
Do tego dochodzi problem strefy połączenia z podłożem. Gdy materiał bazowy ma inne własności (np. żelazo lub stal), łatwo o niekorzystne gradienty temperatury, różnice rozszerzalności cieplnej i powstawanie słabych, kruchych obszarów w miejscu łączenia. To często najsłabsze ogniwo całej konstrukcji.

Budowanie przez kontrolowane zmiękczanie
Najbardziej znacząca zmiana polega na tym, jak traktuje się energię. Zamiast wymuszać pełne przetopienie, proces oparto o podejście hot-wire laser: wiązka lasera współpracuje z podgrzanym drutem, dzięki czemu dopływ ciepła można rozłożyć inaczej i precyzyjniej. To pomaga utrzymać temperaturę w wąskim, bezpiecznym oknie – takim, które pozwala spoiwu spełniać swoją rolę, ale nie uruchamia mechanizmów degradujących strukturę.
W praktyce to trochę jak różnica między przypalaniem a kontrolowanym podgrzewaniem: cel jest podobny, ale skutki dla wnętrza materiału są diametralnie inne. Tu liczy się także geometria dopływu ciepła. Sprawdzono dwa warianty prowadzenia osadzania, które różniły się tym, co w danej chwili dyktuje rozkład temperatury w strefie roboczej – sam materiał podawany czy laser. W materiałach trudnych termicznie takie niuanse potrafią decydować o tym, czy warstwa jest spójna i jednorodna, czy pojawiają się lokalne strefy osłabienia.
To podejście ma jeszcze jedną przewagę: lepiej nadaje się do myślenia warstwowego i strefowego. Czyli nie chodzi o to, żeby cały element był jednorodny, tylko żeby każda strefa miała takie własności, jakich potrzebuje – i żeby przejścia między strefami były kontrolowane.
1400 HV bez defektów
Najmocniejszy rezultat to uzyskanie twardości przekraczającej 1400 HV bez widocznych defektów i bez oznak degradacji struktury. Taki poziom twardości ma bezpośrednie przełożenie na odporność na ścieranie i trwałość krawędzi roboczej, ale w praktyce liczy się coś jeszcze: jednorodność w całym przekroju oraz powtarzalność.
W testach wyszło, że sam sposób prowadzenia procesu ma znaczenie. W jednym z wariantów pojawiała się tendencja do problemów w górnych partiach osadzanego materiału, co objawiało się degradacją i wadami. Nawet w wariancie lepszym pojawiały się momenty, w których utrzymanie parametrów w całej objętości było trudne. To ważna informacja, bo pokazuje, że nie ma tu jednej magicznej dźwigni – liczy się zestaw drobnych decyzji procesowych.
Przełomowym dodatkiem okazała się warstwa pośrednia na bazie stopu niklu. Działa jak bufor: stabilizuje strefę łączenia, łagodzi różnice w zachowaniu materiałów i pomaga kontrolować rozkład temperatury. W praktyce często to właśnie takie nudne rozwiązania decydują o tym, czy technologia jest skalowalna. Do tego dochodzi ścisła kontrola okna temperaturowego: powyżej temperatury topnienia spoiwa, ale poniżej progu, w którym zaczyna się niekorzystny rozrost ziaren. W takich spiekach to naprawdę chodzenie po cienkiej linie.
Co to może zmienić w produkcji narzędzi i części roboczych?
Jeśli proces da się stabilnie przenieść na większą skalę, skutki będą odczuwalne na kilku poziomach. Po pierwsze, oszczędność surowca. W praktyce przemysłowej liczy się nie tylko cena kilograma, ale to, ile tego kilograma ląduje jako odpad po obróbce. Przyrostowość pozwala zmniejszyć marnotrawstwo i przenieść koszt z materiału na precyzję, a to często lepszy kierunek.
Po drugie, projektowanie hybryd. Zamiast robić cały element z najdroższego materiału, można budować bazę z czegoś tańszego i odpornego wystarczająco, a strefy ekstremalnego zużycia wzmacniać warstwą ultratwardą. To zmienia logikę konstrukcji: projektuje się nie część, tylko funkcję w części. W narzędziach skrawających, formach i elementach roboczych to podejście ma sens ekonomiczny i technologiczny.
Po trzecie, szybsze iteracje. Tam, gdzie geometria narzędzia bywa dopracowywana w seriach (kąty, promienie, kanały, mikroprofil), możliwość szybkiego wytwarzania lub regeneracji strefy roboczej skraca czas od pomysłu do testu. A w produkcji przemysłowej to często ważniejsze niż kolejna symboliczna premiera technologii.
Oczywiście zostają pytania: jak proces zachowa się w bardziej złożonych kształtach, jak radzi sobie z dłuższymi przebiegami i czy da się utrzymać parametry w trudnych strefach cieplnych. To zwykle moment, w którym technologia przechodzi prawdziwy egzamin – nie w mikroskopie, tylko na hali produkcyjnej.