Pierwszymi stworzeniami z Ziemi, które pojawiły się w kosmosie za sprawą człowieka, nie były małpy, psy ani nawet myszy, lecz muszki owocówki (Drosophila melanogaster) – te same, które latem dobierają się do każdego ciasta z owocami. Było to w lipcu 1946 roku, kiedy to Amerykanie rozpoczęli testy zdobycznych poniemieckich rakiet V2. Muszki wysłane w kosmos – a w zasadzie w lot suborbitalny, bowiem wystrzelono je na wysokość zaledwie 130 km – na własnej skórze (czy raczej chitynowym pancerzyku) miały się przekonać, czy wyściubienie nosa poza atmosferę naszej planety jest w ogóle możliwe, czy może promieniowanie kosmiczne zabije każdego śmiałka. Owady wróciły na ziemię bezpiecznie – podbój kosmosu był więc możliwy. Po muszkach przyszedł czas na eksperymenty z większymi organizmami.

W 1947 roku w kosmos poleciały bezimienne amerykańskie myszy, rok później – rezus imieniem Albert, a w 1951 roku – Dezik i Cygan, dwa rosyjskie psy. Nie była to zbyt chlubna karta historii nauk przyrodniczych, bowiem większość zwierząt przypłaciła te podróże życiem. Na przełomie lat 40. i 50. Amerykanie wystrzelili kilka małp, z których niektóre dotarły na wysokość przeszło 100 km, czyli umowną granicę ziemskiej atmosfery i kosmosu. Te, które miały szczęście i nie zginęły w wyniku eksplozji rakiety, umierały wskutek uderzenia statku w ziemię.

Lot w jedną stronę

Wszystkie te wyprawy z lat 50. były swoistymi skokami w kosmos, a nie prawdziwymi lotami orbitalnymi. Do 4 października 1957 roku nikt nie potrafił bowiem wysyłać rakiet na orbitę. Ale tego właśnie dnia wystartował Sputnik 1. Rosjanie zaskoczyli kompletnie Amerykanów, którzy nie spodziewali się, że komuniści będą w stanie wyprzedzić ich w kosmicznym wyścigu. Zadowolony Nikita Chruszczow podjął decyzję: wystrzelić Sputnik 2 (aby uczcić rocznicę rewolucji październikowej). Miał on pogłębić przepaść, jaka dzieliła kraj przodującego systemu (ZSRR) od kolebki wszelkiego zła (USA). Dlatego został zaprojektowany jako pierwszy pojazd z żywym pasażerem, którego świat poznał jako Łajkę.

Propaganda komunistyczna zrobiła wszystko, żeby z Łajki uczynić bohaterkę. Piękna historia kundla, który szwendał się po ulicach Moskwy, aż został wybrany na pierwsze zwierzę wystrzelone na orbitę Ziemi, była w rzeczywistości ponura. Psisko, wraz z wieloma towarzyszami (nomen omen), przeszło morderczy trening. Przyzwyczajano je do przeciążeń, kręcąc w wirówce, i uczono na komendę jeść papkę z automatycznego podajnika. Ale nie to było najgorsze. Trzeba było psy nauczyć życia w statku kosmicznym. Zamykano je więc na coraz dłużej w coraz mniejszych klatkach, aż przyzwyczaiły się, że całe dnie mogą jedynie leżeć albo stać, jedząc białkową papkę z rurki.

Rozkaz Chruszczowa miał poważne konsekwencje dla Łajki. Inżynierowie dostali ledwie miesiąc na zbudowanie drugiego pojazdu. Choć od dawna dysponowali projektami, to jeszcze wiele mieli do zrobienia. Do największych problemów należał system, pozwalający na powrót z orbity i bezpieczne lądowanie. Ale ponieważ w ZSRR nie było śmiałka, który powiedziałby Chruszczowowi „nie da rady”, Łajka musiała zginąć. W końcu lepiej poświęcić jednego kundla, niż samemu jechać do łagru.

 

Otruć bohaterkę

Rosjanie postanowili więc otruć psa po 10 dniach pobytu na orbicie. Przez wiele lat przyczyny śmierci Łajki trzymane były w tajemnicy. Krążyły różne pogłoski: a to, że uszkodzeniu uległ generator tlenu i po kilku dniach pies się udusił; a to, że faktycznie został otruty; a to, że padł wskutek przegrzania kabiny, gdy po czterech dniach wysiadł system chłodzenia. Nic z tego nie było prawdą. W rzeczywistości Łajka już kilka godzin po starcie umarła ze strachu i przegrzania, co zdradził kilka lat po upadku Związku Radzieckiego jej opiekun Oleg Gazenko. Sam fakt, że Rosjanie od początku skazali Łajkę na śmierć, odbił się szerokim echem w świecie zachodnim.

Angielskie towarzystwo opieki nad psami namawiało właścicieli psów w Wielkiej Brytanii do uczczenia Łajki minutą ciszy. Tylko Sowieci się nie przejęli i dalej prowadzili eksperymenty na psach. I choć faktycznie w kolejnych lotach zakładali, że uda się bezpiecznie wylądować z powrotem, nie było to spowodowane protestami międzynarodowej opinii publicznej. Po prostu program lotów kosmicznych rozwijał się i wygodniej było testować urządzenia do podtrzymywania życia i miękkiego lądowania na zwierzętach niż ludziach. Miało to sens praktyczny – psy są lżejsze i mniejsze niż ludzie albo szympansy, łatwiej je więc wysłać w kosmos. O kwestiach etycznych trudno tu mówić, skoro, jak to ujął jeden z radzieckich specjalistów: „gdy eksperymentowaliśmy na psach, pięćdziesiąt procent z nich przeżyło, jak wiadomo, człowiek zniesie więcej niż pies”.

Zachodnia opinia publiczna, przejęta tragicznym losem Łajki, zaczęła dokładniej patrzeć na ręce ludziom odpowiedzialnym za loty kosmiczne. Szczególnie ważne stało się to dla Amerykanów po tym, jak w 1958 roku kapucynka Grodo zabiła się podczas lądowania, bo zepsuł się spadochron. Dopiero następczynie Grodo – rezus Able i kapucynka Barker – przeżyły loty kosmiczne, które Amerykanie im zafundowali w tym samym roku, choć Able zmarła wkrótce potem. Barker natomiast dożyła sędziwego wieku – dopiero 26 lat później zabiła ją niewydolność nerek, niezwiązana w żaden sposób z kosmicznymi doświadczeniami.

Lądowanie kota

Tymczasem wyścig trwał. Zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie chcieli wysłać w kosmos człowieka. Rosjanie konsekwentnie wysyłali psy, Amerykanie małpy. W 1960 roku Biełka i Striełka, podróżujące na pokładzie Sputnika 5, wróciły szczęśliwie na Ziemię, stając się pierwszymi zwierzętami, które przeżyły lot orbitalny. Striełka urodziła potem nawet szczeniaki, a jednego z nich Chruszczow podarował córce prezydenta Kennedy’ego. W styczniu 1961 roku szympans Ham odbył lot na pokładzie pojazdu Merkury – tej samej konstrukcji, która wyniosła w kosmos Alana Sheparda, pierwszego astronautę z USA. Warto przypomnieć, że los Hama był bezpośrednią przyczyną zwycięstwa Jurija Gagarina w kosmicznym wyścigu.

Szympans doznał licznych obrażeń, wywołanych przez przeciążenia w czasie lotu, dlatego zdecydowano, że przed wysłaniem Sheparda na orbitę trzeba przeprowadzić jeszcze jedną próbę bez udziału człowieka. Miała ona miejsce 24 marca, tymczasem trzy tygodnie później Rosjanie odważyli się na historyczny lot Gagarina. „Trzymaliśmy ich za łeb i odpuściliśmy” – wspominał potem z goryczą Shepard. Sukces Rosjan był okupiony śmiercią wielu psów, które latały na pokładzie Wostoków. Inżynierowie po udanym locie Gagarina wysyłali w kosmos następne psy, niektóre nawet po kilka razy. Zwierzęta te są zresztą zdecydowanymi rekordzistami, jeśli chodzi o podbój kosmosu – wystrzeliwano je przeszło 50 razy. Koty latały znacznie rzadziej. Pierwszy, imieniem Felix, poleciał w kosmos w 1963 roku na pokładzie francuskiego statku kosmicznego. Kot jak to kot – spadł na cztery łapy, to znaczy przeżył eksperyment. Ale następny kot, którego Francuzi wystrzelili w kosmos, zginął w trakcie zbyt twardego lądowania.

 

Insekty w kosmohotelu

Od tamtej pory na ziemskiej orbicie przebywały dziesiątki gatunków: od pająków i ślimaków po ryby, króliki i świnki morskie. Rosjanie we wrześniu 1968 roku wystrzelili w lot wokół Księżyca żółwia stepowego. Gad wrócił szczęśliwie, stając się najszybszym żółwiem w historii (naprawdę niewielu ludzi poruszało się szybciej niż on – raptem kilku astronautów księżycowego programu Apollo).

Z kolei w 1998 roku padł inny rekord – na pokładzie Columbii w kosmos poleciały ponad 2 tys. małych zwierząt, które brały udział w programie badań neurologicznych. Stworzenia mniejsze i większe wciąż latają w kosmos. Prowadzi się na nich eksperymenty na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Uczeni sprawdzają, czy np. ryby potrafią pływać w stanie nieważkości. Kilka karaluchów i larw ciem wzięło niedawno udział w eksperymencie przeprowadzonym przez Bigelow Aerospace – prywatną firmę, która chce inwestować w kosmiczną turystykę. Insekty stały się pierwszymi mieszkańcami Genesis I, eksperymentalnego modułu orbitalnego, na wzór którego w przyszłości będą budowane orbitalne hotele. Miejmy nadzieję, że dzięki tym badaniom kosmoturyści nie będą musieli zabierać na wakacje środków owadobójczych.