Nic nie demonstruje lepiej hasła Donalda Trumpa „Przywrócić wielkość Ameryce” niż triumfalny lot na orbitę pojazdów kosmicznych z gwiaździstym sztandarem i napisem NASA. Od zakończenia służby wahadłowców minęło siedem długich lat. W 2011 roku, ostatniego dnia ostatniej misji, na pokładzie promu „Atlantis” rozbrzmiały dźwięki patriotycznego „God Bless America”, a dowódca misji STS-135 Christopher Ferguson zostawił na stacji ISS amerykańską flagę. I to był koniec. Od tej chwili Amerykanie kosmos podbijali już tylko w filmach, a gdy trzeba było naprawdę polecieć, musieli zacisnąć zęby i płacić Rosjanom za miejsce na pokładzie tak wyśmiewanych przestarzałych sojuzów.

W dodatku cena była słona – 70 mln dolarów. A to dlatego, że rosyjskie statki były jedynymi pojazdami mogącymi zawieźć ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Ameryka była zaś supermocarstwem, które nie umie wysłać w kosmos swoich ludzi. W 2014 roku Dmitrij Rogozin, ówczesny wicepremier Rosji odpowiedzialny za przemysł obronny i kosmiczny, oświadczył nawet, że jeśli USA będą upierać się przy sankcjach (za atak na Ukrainę), to amerykańscy astronauci, żeby dostać się na orbitę, będą potrzebowali trampoliny.

Teraz te kpiny mają się skończyć. Pojazdy zaprojektowane i skonstruowane przez prywatne firmy – Boeinga i SpaceX – są wielokrotnego użytku i mogą zabrać na orbitę nawet siedmiu astronautów. Szacunkowy koszt za miejsce to ok. 20 mln dolarów – ponad trzy razy mniej niż w sojuzie. Taniej, ale za przygotowanie załogowych pojazdów przez prywatne firmy i tak zapłaciła NASA – Boeing dostał na to ok. 4,5 mld dolarów, a SpaceX – 2,6 mld. Finanse nie były jednak najważniejsze. Znacznie istotniejsze jest to, że rakiety wynoszące nowe pojazdy na orbitę będą startować z amerykańskiej ziemi, z Centrum Kosmicznego Johna F. Kennedy’ego na Przylądku Canaveral. Kiedy w listopadzie tego roku pojazd Crew Dragon będzie ruszać w testowy lot na orbitę, jego rakieta Falcon 9 stanie
na stanowisku startowym 39A – tym samym, z którego wyruszała misja Apollo 11 wioząca pierwszych ludzi na Księżyc prawie pół wieku temu. W tym samym miejscu zaczęła się również pierwsza misja wahadłowca Columbia. Trudno o lepszy symbol nowego otwarcia.

WIDOK ZNAJOMY TEN

Przygotowane przez dwie firmy pojazdy kosmiczne w niczym nie przypominają jednak wahadłowców, które po tylu latach zastępują. Z zewnątrz wyglądają raczej jak archaiczne kapsuły programu Apollo czy wręcz jak statki Sojuz. W środku są supernowoczesne. Crew Dragon firmy SpaceX to zmodyfikowana wersja towarowego Dragona, który od 2012 roku na zlecenie NASA wozi zapasy na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Ma 4,4 metra wysokości i 3,7 metra szerokości
u podstawy. W środku ma ok. 11 metrów sześciennych miejsca dla ludzi i ładunku. W porównaniu z wersją towarową załogowa kapsuła zyskała siedem foteli, cztery wielkie okna, system podtrzymywania życia, komputery, nową awionikę, dotykowe wyświetlacze i system ratunkowy – osiem silników SuperDraco – pozwalających „odstrzelić” część z załogą na wypadek awarii podczas startu.