Teraz ta legendarna sylwetka powraca w zupełnie odmienionej, miejskiej wersji. Wszystko za sprawą najnowszej kolaboracji Converse z raperem Tylerem, The Creatorem i jego marką GOLF le FLEUR*. Nowy model 1908 Pro Leather całkowicie odcina się od sportowego rygoru i uderza prosto w uliczny, przerysowany klimat.
Jak „Doktor J” zmienił historię koszykówki
Aby zrozumieć fenomen tego modelu, musimy cofnąć się do 1976 roku, kiedy światło dzienne ujrzał oryginalny Converse Pro Leather. Był to pierwsze prawdziwie nowoczesne (oczywiście jak na tamte czasy) buty koszykarskie tej marki, które porzuciły wysłużone, płócienne cholewki na rzecz solidnej, skórzanej konstrukcji. I to się przyjęło.

Buty oferowały znacznie lepszą stabilizację boczną i grubszą podeszwę typu cupsole, ale jego losy przypieczętowało jedno nazwisko: Julius „Dr. J” Erving. Legendarny koszykarz, znany ze swoich widowiskowych wsadów, uczynił z Pro Leather swój znak rozpoznawczy. To właśnie na tym modelu po raz pierwszy pojawiło się kultowe logo Star Chevron (czyli gwiazda ze strzałą), a popularność butów eksplodowała, zmuszając raczkującą wówczas konkurencję do całkowitej zmiany podejścia do projektowania obuwia sportowego.
Szeroko, grubo i w klimacie vintage b-boyów
Nawet jeśli z czasem koszykarze przesiedli się na Nike i Adidasa, to o legendarnych Pro Leather nie zapomniano. Teraz powracają w zupełnie nowej odsłonie, która zagości już nie na parkiecie, a na miejskich chodnikach. W najnowszej odsłonie 1908 Pro Leather (nazwa nawiązuje bezpośrednio do roku założenia firmy Converse), Tyler, The Creator rezygnuje z koszykarskich wspomnień na rzecz luzu, mocno inspirując się kulturą dawnych b-boyów oraz estetyką customowych, nierzadko podrabianych projektów z tamtych lat.


Projektant podszedł do klasyka z ogromnym dystansem i drastycznie zmienił jego proporcje, co ortodoksyjnym fanom może się nie spodobać. Cholewka została mocno przerysowana, mamy szerszy przód oraz bardzo grube sznurówki. Nie zabrakło retro detali – na czubku buta wytłoczono powiększoną, masywną gwiazdę, a na języku i panelu bocznym pojawił się subtelny branding GOLF le FLEUR*. Żeby jeszcze bardziej podkręcić klimat, dodano też efekt postarzania. Podeszwa środkowa oraz gumowe elementy zostały fabrycznie zażółcone, dzięki czemu buty wyglądają, jakby przeleżały w oryginalnym pudełku na strychu dobre pięćdziesiąt lat.
Kolekcja zadebiutowała w dwóch mocnych, kontrastowych wariantach kolorystycznych. Pierwsza, nazwana „Amazon”, to głęboka, trawiasta zieleń wykonana z wysokiej jakości zamszu, przełamana białymi elementami i zestawiona z błękitnymi sznurówkami (w pudełku znajdziemy też opcję żółtą i białą). Druga to wersja „White” – zdominowana przez gładką, białą skórę licową z zielonymi, zamszowymi akcentami wokół kultowego logo. Obie mają w sobie to coś i gdybym miała teraz wybrać, chyba ciężko byłoby mi się zdecydować na jeden wariant.


Oficjalna sprzedaż już ruszyła, a cena jest całkiem przyzwoita, bo wynosi 130 euro, czyli około 560 zł. Nie jest więc źle jak za tak wyjątkowy model, łączący historię z nowoczesnością w sposób, który z pewnością przyciągnie wzrok fanów ulicznej mody. Trzeba się jednak spieszyć, bo dropy od Tylera zazwyczaj znikają z półek w mgnieniu oka.
