Kot Schrödingera przytył do 7000 atomów i nadal potrafi być w dwóch miejscach naraz

Koty Schrödingera mają to do siebie, że w popkulturze są miękką metaforą, a w laboratorium twardą listą problemów do rozwiązania. Bo superpozycja przestaje być filozoficznym żartem dokładnie w momencie, gdy próbujesz ją utrzymać dla obiektu, który ma tysiące atomów, własną temperaturę, zderzenia z resztkami gazu i całą masę sposobów, żeby natychmiast stać się klasyczny. Właśnie dlatego świeży rekord robi wrażenie: fizycy pokazali interferencję fal materii dla metalicznych nanocząstek sodu zawierających ponad 7000 atomów.
...
Kot – zdjęcie poglądowe /Fot. Unsplash

I to nie jest tylko zabawa w bicie rekordów największego czegoś. To demonstracja, że obiekt zdecydowanie większy niż typowe pojedyncze atomy czy proste cząsteczki potrafi zachowywać się jak fala, tworzyć wzór interferencyjny i przechodzić przez układ tak, jakby poruszał się wieloma klasycznie różnymi trajektoriami naraz.

Co właściwie pobito i dlaczego ten rekord jest inny niż poprzednie?

W samym sercu wyniku jest liczba, która działa jak kubeł zimnej wody na intuicję: pojedyncza nanocząstka (metaliczny klaster sodu) może zawierać ponad 7000 atomów i mieć masę powyżej 170 000 daltonów. A mimo to dało się zmusić ją do zachowania falowego i zarejestrować interferencję.

Badacze opisują to jako stan analogiczny do kota Schrödingera, tylko zamiast żywy/umarły mamy superpozycję dwóch wyraźnie odmiennych dróg ruchu w interferometrze. Kluczowe jest tu słowo delokalizacja: funkcja falowa obiektu obejmuje obszar znacznie większy niż sama cząstka, a to dokładnie ten rodzaj rozciągnięcia, który w świecie codziennym po prostu nie ma prawa się ujawnić.

Jeszcze mocniej brzmi parametr, którym autorzy mierzą makroskopowość takiej superpozycji: w pracy pada wartość μ = 15,5, opisywana jako przeskok o rząd wielkości względem poprzednich eksperymentów w tej rodzinie podejść. To istotne, bo daje wspólną miarę do porównywania bardzo różnych rekordów kwantowości.

W pełni optyczna kwantowa antena radiowa – szklana komórka z rubidem zasilana laserami /Fot. Michał Parniak, Uniwersytet Warszawski

Jak to zrobiono, skoro masywne obiekty natychmiast tracą kwantowość?

Największy wróg takich prób jest prozaiczny: wszystko, co może zajrzeć do układu, psuje superpozycję. Zderzenia z cząsteczkami gazu, promieniowanie cieplne, drgania, nawet drobne niestabilności aparatury – każda z tych rzeczy działa jak brutalny detektor i kasuje interferencję. Dlatego w praktyce rekordy kwantowe często są rekordami inżynierii: próżni, stabilności i kontroli źródeł cząstek.

Tu zadziałała kombinacja dwóch pomysłów. Po pierwsze: kriogeniczne źródło klastrów metalicznych, które pozwala wytwarzać obiekty w szerokim zakresie mas (w pracy pada zakres rzędu 5000–10 000 atomów w klastrze). Po drugie: interferometr Talbota-Laua oparty nie o fizyczne kratki, tylko o stojące fale światła w ultrafiolecie, które pełnią rolę trzech precyzyjnych gratingów.

Szczegóły techniczne są tu ważne, bo pokazują skalę trudności: okres siatki wynosi 133 nm, odległości między siatkami to 0,983 m, a wiązka klastrów porusza się z prędkościami około 160 m/s, przy długościach fali de Broglie’a liczonych w femtometrach (10–22 fm). To intuicyjnie absurdalne: obiekt większy od wielu biomolekuł ma falę materii o długości porównywalnej ze skalą jądrową – a mimo to daje się wydobyć stabilny wzór interferencyjny.

Po co nam większy kot i co to mówi o granicach fizyki?

Najciekawsza konsekwencja nie jest taka, że ktoś dołożył kolejną cyfrę do tabeli rekordów. Stawką są testy modeli, które próbują naprawiać mechanikę kwantową na dużych skalach – czyli hipotez, że superpozycje masywnych obiektów powinny spontanicznie zanikać (albo być tłumione przez grawitację czy dodatkowe, stochastyczne mechanizmy). W wielu takich scenariuszach interferencja powinna słabnąć wraz z masą i czasem propagacji.

Wynik działa więc jak szpilka w balon: pokazuje, że w tej konkretnej skali standardowa mechanika kwantowa nadal się broni, a jeśli ktoś chce dopisywać do niej nowe człony, musi je upchnąć w coraz ciaśniejszych ograniczeniach eksperymentalnych. To w praktyce przesuwanie granicy: nie rozstrzygnięcie sporu, ale zawężenie miejsca, gdzie nowe fizyki mogłyby się ukrywać.

Jest też drugi, bardziej przyziemny wymiar. Technologie kwantowe lubią małe, czyste układy. Tymczasem tu pojawia się platforma, która operuje na metalicznych nanocząstkach – nowej klasie materiałów dla takich eksperymentów – i robi to metodą kompatybilną z wieloma typami cząstek (bo siatki jonizacyjne i fazowe oparte o światło nie wymagają precyzyjnego „strojenia” pod konkretne przejścia atomowe). To może się okazać ważniejsze niż sam rekord: rozszerza narzędziownik, a nie tylko wysokość poprzeczki.

Z jednej strony mówimy o obiekcie makroskopowym w sensie intuicji (tysiące atomów, nanometry rozmiaru), z drugiej – cały sukces zależy od tego, że traktujemy go jak pojedynczą cząstkę w perfekcyjnie kontrolowanej scenografii. To jest bardzo współczesna fizyka: nie udowadniamy, że świat jest dziwny, tylko że potrafimy go zmusić, by tę dziwność pokazał na życzenie.

Rekordy superpozycji zawsze kuszą narracją o granicy klasyczności. A ta granica nie jest ścianą – jest raczej mapą kompromisów: ile próżni, ile stabilności, ile chłodzenia, jak długo da się prowadzić obiekt, zanim środowisko go zdemaskuje. To oznacza, że rozwój nie będzie wyglądał jak nagłe przebicie się do świata kotów wielkości piłki. Bardziej jak metodyczne odchudzanie wszystkich kanałów dekoherencji, po jednym na raz.

I wreszcie: to jeden z tych wyników, które przypominają, że mechanika kwantowa nie jest teorią dla małych rzeczy. Ona jest teorią dla wszystkiego – tylko zwykle wszystko wokół robi świetną robotę, żebyśmy tego nie widzieli. A skoro da się to zobaczyć dla metalicznego klastra 7000 atomów, to pytanie nie brzmi już czy, tylko jak daleko jeszcze da się pójść, zanim naprawdę zabraknie sprytnych sztuczek inżynieryjnych.