Do czterech razy sztuka. Odrealnione kino akcji, wywodzące się z poczciwego szpiegowskiego serialu, nareszcie trafiło na właściwe tory.



Poprzednie „misje niemożliwe” mogły zachwycić jedynie smakoszy efektów specjalnych oraz zajadłych fanów Toma Cruise’a. Tym razem „Mission: Impossible” to propozycja dla wszystkich. Ojców sukcesu jest dwóch. Brad Bird, który wcześniej nakręcił „Iniemamocnych” oraz „Ratatuja”, wniósł w wianie nie tylko swój reżyserski talent, ale także luz i poczucie humoru. Miał do wydania 140 milionów dolarów i wydał je dobrze. „Protokół ducha” pod wieloma względami przypomina najlepsze bondowskie produkcje. W cenie biletu dostajemy egzotyczne (z punktu widzenia Amerykanina) plenery, wspinaczkę na najwyższy budynek świata, Kreml wylatujący w powietrze, pościg w burzy piaskowej, polskiego naukowca o imieniu Leonid i oczywiście superłotra, który chce uszczęśliwić ludzkość, wywołując wojnę atomowa. Są też supergadżety, które jednak mają przykrą właściwość: w decydujących momentach często zawodzą. Ethan Hunt nie ma więc wyjścia – musi polegać na współpracownikach. W dodatku takich, których sam nie wybierał. W tym miejscu wypada złożyć hołd drugiemu z ojców sukcesu. Tom Cruise, który od początku ma nad „niemożliwym” cyklem władze absolutna, poskromił wreszcie swój egoizm (niektórzy mówią wręcz o narcyzmie). Odstąpił nawet jeden ze swoich popisowych numerów młodemu Rennerowi. Każdy z czwórki agentów IMF ma osobowość, a niektórzy ośmielają się nawet krytykować szefa! Znany z poprzedniej części Simon Pegg zachowuje się niczym nastoletni fan cyklu, któremu udało się przenieść na drugą stronę ekranu i teraz nie wierzy własnemu szczęściu. Gdybyż jeszcze Cruise powstrzymał się przed wygłoszeniem końcowego spiczu, mielibyśmy do czynienia z prawdziwym majstersztykiem. Ale cóż, najsłynniejszy scjentolog Hollywood, podobnie jak Ethan Hunt, jest tylko człowiekiem.