Kiedy 4 czerwca 1989 roku Polska cieszyła się z historycznych wyborów, mających przywrócić nam demokrację, na placu Tiananmen w Pekinie czołgi rozjeżdżały studentów, domagających się reform. Tysiące opozycjonistów zginęły lub trafiły za kraty. A nie ma chińskich

HISZPAŃSKIE BUTY Z CHIN


O ponurych praktykach chińskich władz postanowili po raz kolejny przypomnieć światu Tybetańczycy, w przeddzień olimpiady w Pekinie. Okaleczanie, głodzenie, gwałty, topienie, duszenie, wieszanie, eksperymenty pseudomedyczne, wycinanie organów, krzyżowanie, gotowanie, palenie, zakopywanie żywcem, ścinanie, ćwiartowanie – tego, jak twierdzą, doświadczyli tybetańscy więźniowie. Wielu nie było w stanie wytrzymać długotrwałych tortur i popełniło samobójstwo. To nie wszystko. Podczas podporządkowywania sobie Tybetu Pekin nie cofał się przed bombardowaniem klasztorów, pełnych mnichów i pielgrzymów.

Chińskie władze, choć zaprzeczają oskarżeniom, dają jednocześnie dowody, że lubią rządzić twardą ręką. Najbliższe olimpijskie zmagania odbędą się w końcu w kraju, w którym stadiony wykorzystywane były do publicznych egzekucji... Dlatego światowa opinia publiczna zaczyna sobie przypominać najgorsze uprzedzenia, dotyczące Chińczyków. Ich okrucieństwa i legendarne chińskie tortury. Czy słusznie?

„Chińskie tortury” oznaczają wyjątkowo wyrafinowane sposoby dręczenia więźniów. Historycy uważają jednak, że opinie Europejczyków na temat nadmiernego okrucieństwa mieszkańców Państwa Środka są wyłącznie produktem wybujałej wyobraźni autorów powieści przygodowych. Przesadzali oni lub zapominali o bogatych europejskich „dokonaniach” w tej dziedzinie.

Na przykład chińską wersją stosowanych w Europie imadeł do kciuków oraz tzw. hiszpańskich butów były narzędzia z ruchomych deszczułek, służące do miażdżenia kości palców i stóp (nie ma to jednak nic wspólnego z praktyką deformowania kobiecych stóp, aby były bardziej powabne, czyli najlepiej długości 7,5 cm). Z kolei długotrwałe bicie ofiary w podeszwy stóp lub pośladki bambusowym kijem (ponoć najsprawniejsi chińscy kaci ćwiczyli swoje umiejętności na bryłach sera) było odpowiednikiem naszej chłosty. W Chinach stosowano też miejscową odmianę kary pręgierza i klęczenia na kolcach.

Wyjątkowo surowo karano łamiących ślub czystości mnichów. Gorącym żelazem przebijano im szyje, przewlekano przez środek łańcuch i prowadzono ulicami, gdzie nieszczęśnicy błagali o jałmużnę dla swoich klasztorów, póki nie zebrali odpowiedniej kwoty. Ale rozpalone żelazo też było często w użyciu w lochach średniowiecznej Europy.

Co innego ćwiartowanie skazańca. W Chinach faktycznie osiągnęło ono formę ekstremalną. Katusze te nazywano „śmiercią od tysiąca ran”. Więźnia przywiązywano do słupa, a kat stopniowo wykrawał mu kawałki ciała, obcinał kończyny, nos i uszy, aż wreszcie przebijał serce i ucinał głowę. Czasem kolejność katuszy zależała od... szczęścia. Zdarzało się bowiem, że kat losował ze specjalnego kosza noże z nazwami poszczególnych części ciała. A co z wyrafinowaną torturą wodną, polegającą na długotrwałym, systematycznym kapaniu wody na głowę więźnia? Ta pozornie śmieszna kara w praktyce okazuje się trudna do wytrzymania. Problem w tym, że nie ma dowodów, że to faktycznie Chińczycy ją wymyślili.

DUMA I UPRZEDZENIA


Państwo Środka niewątpliwie wiele w swej historii wycierpiało. Rozległe, ale słabe i rozdarte wojnami domowymi, stanowiło przez wieki łakomy kąsek dla azjatyckich sąsiadów i europejskich mocarstw. Bezwzględnie wykorzystywane i grabione, w razie nieposłuszeństwa było szybko doprowadzane do pionu przez zachodnie armie. Tylko w okresie od 1850 do 1873 roku, kiedy szalało m.in. powstanie tajpingów i trwały wojny opiumowe, liczba ludności Chin spadła z 410 do 350 milionów. W samym sercu tych wydarzeń tkwili Europejczycy, którzy prowadzili tam interesy i wiedli kolonialne wojny. Nic dziwnego, że Chińczycy zaczęli buntować się przeciw „obcym diabłom”.

Kiedy na przełomie XIX i XX w. wybuchło powstanie bokserów – czyli stowarzyszenia „Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” – rebelianci podpalali chrześcijańskie kościoły, mordowali cudzoziemców oraz ich sojuszników. Nierzadko katowali ich na najstraszliwsze sposoby. Jak zanotowały kroniki, pewną kobietę związano, a następnie polano benzyną i podpalono w ciemnym zaułku, robiąc z niej żywą pochodnię.

Europejczycy również nie mieli zamiaru okazywać litości buntownikom. Kiedy niemiecki cesarz Wilhelm II wysyłał swoją ekspedycję wojskową, polecił żołnierzom używać broni tak, aby „przez następnych tysiąc lat żaden Chińczyk nie odważył się krzywo spojrzeć na Niemca”.

Duma i uprzedzenia budowały mur między Europejczykami i Chińczykami. Czasem niwelowały go... ściany więzień. Nie brak świadectw, że współwięźniów różnych kultur stać było wobec siebie na humanitarne odruchy. Strażnicy byli już jednak bezlitośni. Pewien francuski jeniec, wzięty do niewoli podczas tzw. drugiej wojny opiumowej, wspominał, że kiedy wygłodniały prosił o jedzenie, wpychano mu do ust nieczystości. Związano go i polewano powrozy wodą, żeby mocniej się zaciskały. Odcinały dopływ krwi do kończyn, a kiedy więźniom pękała skóra, w ranach gnieździło się robactwo. Śmierć była nieuchronna. Nie kończyło to jednak sprawy – z trupem też można było coś zrobić. Na przykład pewnego zmarłego Anglika rzucono na żer psom i świniom. Na pocieszenie pozostawał Europejczykom fakt, że Chińczycy jeszcze surowiej karali swoich ziomków.

Zadziwiające, że przybyszów z Europy najbardziej zaszokowało podpalenie przez zdesperowanych bokserów „Lasu Dziesięciu Tysięcy Pędzelków” – najstarszej na świecie biblioteki, pełnej bezcennych manuskryptów. Wszystko po to, żeby płomienie zajęły sąsiednie brytyjskie poselstwo...

OKRUCIEŃSTWO NIE DO PRZYJĘCIA