Zabytkowa tkanina przechowywana w Turynie nie jest całunem, w który zawinięto ciało Chrystusa – ogłosił pod koniec ubiegłego roku międzynarodowy zespół uczonych. Udało im się przebadać doskonale zachowane płótno pogrzebowe pochodzące z I w. n.e., odkryte w grobowcu na skraju jerozolimskiego Starego Miasta. Okazało się, że tkanina ma bardzo prostą strukturę – zupełnie inną niż złożony splot włókien w całunie turyńskim. A to wskazuje, że jeden z najcenniejszych zabytków chrześcijaństwa powstał dużo później. I wiemy nawet, kiedy – datowanie radiowęglowe przeprowadzone w 1988 roku w trzech niezależnych instytucjach wskazuje na lata 1260–1390. Innymi słowy – całun turyński to średniowieczna „fałszywka”. Jednak naukowcy do dziś głowią się, jak udało się ją wyprodukować. Trudno byłoby namalować taki obraz pędzlem, zachowując wyjątkowo dużą rozdzielczość, niespotykany realizm i pewną trójwymiarowość: wizerunek jest odpowiednio ciemniejszy w miejscach uwypuklenia ciała. Niewykluczone więc, że całun faktycznie okrywał w średniowieczu czyjeś ciało, które odbiło się na nim – ale nie w sposób cudowny, lecz dzięki całkowicie naturalnym zjawiskom chemicznym i fizycznym.

Historia całunu jest dobrze znana od połowy XIV w., co doskonale koresponduje z datowaniem radiowęglowym. Wtedy to tkaninę zaczęto wystawiać we francuskim Lirey. I już wówczas część duchowieństwa uznała ją za fałszerstwo. Biskup Pierre de Arcis stwierdził, że to „zręczne malowidło”, „dzieło człowieka, a nie cud”. Przeprowadzono nawet śledztwo w tej sprawie i rzekomo odnaleziono sprawcę. Nie wiadomo tylko, czy użyto metod śledczych godnych zaufania i jakie było imię tajemniczego fałszerza. Na pewno nie był to Leonardo da Vinci – jak fantazjują niektórzy badacze – ponieważ całun turyński wystawiano, zanim jeszcze ten geniusz pojawił się na świecie. Wiadomo natomiast, że w tamtych czasach istniało wielkie zapotrzebowanie na różnego rodzaju święte wizerunki. Świat chrześcijański walczył z niewiernymi o Ziemię Świętą. „Cudowne” obrazy były wykorzystywane jako swoista broń psychologiczna w czasie działań militarnych, zaś w Europie służyły do mobilizacji wiernych i nakłaniania ich do hojniejszego wspierania świętej wojny. Technika wytwarzania takich relikwii musiała być już wówczas dobrze znana – pierwsze „prawdziwe obrazy” (z łacińskiego vera icon) przedstawiające twarz Jezusa krążyły po Bizancjum już w drugiej połowie VI w.! Niestety, żaden z nich nie zachował się do naszych czasów.

PODRÓBKA PROSTO Z PIECA

Uczonym pozostaje więc tylko badanie całunu turyńskiego. W 1978 r. powołano w tym celu ekipę, która została nazwana Shroud of Turin Research Project (w skrócie STURP). W jej skład wchodził m.in. nieżyjący już Walter McCrone – amerykański chemik, specjalista od badań mikroskopowych. Na przełomie lat 70. i 80. oznajmił, że wykrył na lnianej tkaninie całunu m.in. ślady stosowanych w średniowieczu barwników – czerwonej ochry (bogatej w związki żelaza) oraz cynobru (zawierającego siarczek rtęci). Pierwszy z nich miał posłużyć do odbicia wizerunku ciała, drugi do sfałszowania plam krwi, które na całunie do dziś są czerwone (ludzka krew z biegiem czasu staje się czarna). Teorię McCrone’a natychmiast oprotestowali inni uczeni, zwłaszcza ci zaangażowani w STURP.

Teoria ta doczekała się jednak eksperymentalnego potwierdzenia. W 2009 r. prof. Luigi Garlaschelli, chemik z Universita degli studi di Pavia, pokazał światu własny całun turyński. Wyprodukowanie go technikami znanymi w średniowieczu zajęło mu tydzień. Czerwoną ochrą natarł ochotnika (swojego studenta, przebranego ponadto w maskę imitującą twarz z całunu turyńskiego) i owinął go płótnem, przyciskając je mocno do ciała. Następnie zdjął tkaninę i „postarzył” uzyskane na niej odbicie przez podgrzanie w piecu. Potem wyprał całun – zmył z niego ochrę, ale nie utrwalony już wizerunek. Na koniec prof. Garlaschelli dodał ślady po krwi, plamy wilgoci, a nawet wypalone dziury (w 1532 r. oryginalny materiał omal nie został zniszczony w pożarze). „Dowiedliśmy, że bez trudu można stworzyć coś takiego jak całun turyński” – powiedział, prezentując swe dzieło mediom. Wizualnie do złudzenia przypomina ono płótno z Turynu. Nie jest jednak kopią doskonałą. Krytycy wskazują choćby na fakt, że plamy krwi pojawiły się na oryginalnym płótnie, zanim utrwalił się na nim sam wizerunek. Poza tym zabarwiona została tylko „zewnętrzna” powierzchnia włókien tkaniny, a ochra zapewne przeniknęłaby przez nie „na wylot”.

FOTOGRAFIA NA ŚLIMAKACH

 

Problemy te rozwiązuje inna koncepcja, wedle której turyński zabytek jest swoistym obrazem fotograficznym. Eksperymenty tego typu prowadził m.in. Nicholas Allen, syndonolog (specjalista od badań całunu) i historyk sztuki z RPA. Kluczową kwestią jest tu światłoczuły barwnik, jakiego mogliby użyć średniowieczni fałszerze. Co nim było i dlaczego odeszło w zapomnienie? Przecież fotografię wykorzystującą barwniki czułe na światło „oficjalnie” wynaleziono dopiero w XIX wieku. Zdaniem niemieckiego fotografa Andreasa Lobego, całun mógł powstać dzięki morskim ślimakom z rodziny rozkolców – a konkretnie tym z gatunku Murex brandaris. Ich wydzielina była stosowana jako barwnik zwany purpurą tyryjską już 1500 lat przed narodzeniem Chrystusa. Sztukę jej stosowania opanowali nieliczni specjaliści i zazdrośnie jej strzegli. Najważniejszym etapem było wystawienie barwionej tkaniny na słońce – dopiero pod jego wpływem mleczna wydzielina ślimaków stawała się purpurowa. Taki barwnik wnikał tylko w powierzchniową warstwę włókien materiału i był bardzo trwały. Wydzielina ślimaków była rzadka i droga, więc po upadku cesarstwa bizantyjskiego technologia barwienia została zapomniana. Gdy naukowcy ponownie odkryli właściwości purpury w XVII w., na rynku były już znacznie tańsze barwniki.

Jednak w XIV wieku na pewno nie brakowało rzemieślników, którzy potrafili użyć wydzieliny rozkolców do stworzenia „cudownego” obrazu. „Wyprodukowano go w mieście Tyros lub w jego pobliżu między 1260 a 1291 rokiem. »Modelem« pozującym do tej prymitywnej fotografii mógł być człowiek, który faktycznie został ukrzyżowany. Świadczą o tym ślady na ciele, utrwalone potem na tkaninie. W średniowieczu technika krzyżowania była o wiele lepiej znana na Bliskim Wschodzie niż w Europie” – twierdzi Lobe. Fałszerze pokryli ciało purpurą, owinęli je w całun, który potem wystawili na słońce i potraktowali kwasem bromowodorowym, by usunąć resztki barwnika.

ODCISK Z NATURY

Skoro jednak możliwe było, że w całun zawinięto jakieś średniowieczne zwłoki (np. ofiary wojen religijnych lub rytuałów wzorujących się na męce Chrystusa), to czy trzeba było stosować jakieś specjalne techniki?Teoretycznie ciało mogło odcisnąć się na materiale w sposób naturalny, tak jak pochodzący z lat 80. ślad na tzw. materacu z Jospice. „Taka koncepcja zakłada bezpośrednią styczność ciała z materiałem i reakcje (może z udziałem światła) między ich składnikami. Jednak na całunie jest widocznych wiele obszarów, gdzie brak takiej styczności, i według tej hipotezy nie powinno być wizerunku, a jest, np. między nosem a policzkiem” – opowiada prof. Jan Stefan Jaworski z Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, który od lat śledzi sprawę całunu turyńskiego. Poza tym w paru miejscach wizerunek, choć znacznie słabszy, odbity jest także po drugiej stronie płótna. I z obu stron jest to obraz powierzchniowy – zabarwiona jest tylko zewnętrzna warstwa włókien lnu. Tego koncepcja styku – ani „purpurowej fotografii” czy obrazu wykonanego ochrą – nie potrafi dobrze wytłumaczyć.

Z kolei hipoteza dyfuzyjna zakłada, że to gazy z rozkładającego się ciała oddziaływały na celulozę w płótnie i tworzyły „odbicie” zwłok. „Badacz Paul Vignon na początku XX w. był przekonany, że to pary amoniaku reagowały z wonnościami (aloesem, mirrą), którymi nasączono całun. Koncepcja Raymonda Rogersa sprzed paru lat zakłada zaś, że doszło do tzw. reakcji Maillarda. Zachodzi ona między aminokwasami a cukrami, takimi jak celuloza włókien lnu. W wyniku tej reakcji powstają melaniny, substancje odpowiedzialne np. za barwę opalenizny albo skórki chleba” – opisuje prof. Jaworski. Jednak próby eksperymentalnego potwierdzenia tej hipotezy okazały się rozczarowaniem. „Uzyskane przez Rogersa odbicia są rozmyte i nie odpowiadają wizerunkowi na całunie. Dyfuzja gazów jest bowiem chaotyczna. W jej wyniku trudno o wyraźny wizerunek ze stosunkowo dużą rozdzielczością obrazu jak na całunie” – zwraca uwagę naukowiec.

PIORUNUJĄCA LAMPA BŁYSKOWA

Zdaniem prof. Jaworskiego najciekawsze są te hipotezy „naturalne”, które zakładają przeniesienie energii między ciałem a całunem podczas tzw. wyładowania koronowego. „Przy przyłożeniu dużego napięcia elektrycznego między dwie elektrody, które mają różną krzywiznę, po przekroczeniu pewnej energii progowej następuje jonizacja gazów i wzbudzenie cząstek, które zaczynają świecić. To świecenie można utrwalić na zdjęciu” – mówi uczony. Materiałem światłoczułym, na którym utrwaliłoby się „zdjęcie”, byłby właśnie całun nasączony roztworem mirry i aloesu. Rolę elektrod pełniłoby ciało oraz np. ściany jaskini, w której je złożono. Trudniej wytłumaczyć, jak mogło powstać napięcie elektryczne między nimi. Rozważano wstrząs tektoniczny (zakładając obecność w skale jaskini krzemu, mającego własności piezoelektryczne – pod wpływem naprężeń mechanicznych powstaje w nim prąd) lub uderzenie pioruna. „To źródło napięcia, jakiekolwiek by było, musiało być stosunkowo duże i działać w bardzo krótkim czasie, ponieważ nie uszkodziło płótna” – konkluduje prof. Jaworski.

Wyładowanie koronowe jako wyjaśnienie mechanizmu powstania wizerunku na całunie wysunięto już w 1983 r. Wkrótce potem G.B. Judica Cordiglia otrzymał obrazy rąk ludzkich na płótnie lnianym w polu elektrostatycznym, ale nie poddano ich bardziej szczegółowym analizom. Natomiast ostatnio doświadczalnie badał tę możliwość prof. Giulio Fanti z Universita degli Studi di Padova. Wyniki swoich eksperymentów ogłosił w 2008 r. na międzynarodowej konferencji, poświęconej całunowi. Przy pomocy wyładowania koronowego udało mu się uzyskać na płótnie m.in. trójwymiarowy charakter obrazu i jego dużą rozdzielczość, a więc cechy charakteryzujące wizerunek z turyńskiego zabytku.

KTO JEST NA OŁTARZACH?

 

Władze kościelne do dziś są ostrożne – nigdy oficjalnie nie uznały całunu za relikwię. Wprawdzie Jan Paweł II użył kiedyś takiego słowa, ale później mówił o tkaninie z Turynu raczej jako o „ikonie ludzkiego cierpienia”. Być może nieprzypadkowo, bo skojarzenia z ikonami są tu bardzo na miejscu. Ian Wilson, najbardziej znany autor książek o całunie, utrzymuje, że płótno jest starsze, niż wskazała analiza metodą radiowęglową. Jego zdaniem już od VI wieku wędrowało po chrześcijańskim świecie jako „ mandylion z Edessy”. Złożono je na kilka części – tak, że widać było tylko twarz ukrzyżowanego. W tej formie służyło za ikonograficzny wzorzec dla wczesnochrześcijańskich artystów.

Już w latach 30. XX w. francuski biolog Paul Vignon zaczął porównywać twarz z całunu z wyobrażeniami Chrystusa, spotykanymi w sztuce chrześcijańskiej. Polski syndonolog Zenon Ziółkowski tak opisywał jego badania w magazynie „Miejsca Święte”: „Na popularnych scenach pastoralnych z Chrystusem jako Dobrym Pasterzem sztuka chrześcijańska przed VI w. wykazała związki z prastarymi wyobrażeniami mityczno-religijnymi greckimi i rzymskimi, a także żydowskimi, choć postaci Jezusa bardzo rzadko nadawano wyraźnie semickie cechy. Dobry Pasterz najczęściej ma młodzieńczą, okoloną lokami twarz i jest bez brody. I nagle VI w. przynosi w sztuce definitywne zmiany. Malarstwo wyzwala się z idealistycznej formy sztuki hellenistycznej, zachowując jednak piękno jej linii i proporcji. Rysy twarzy Chrystusa przybierają jednorodne cechy, a kanonem artystycznym staje się frontalny typ portretu, wykazujący uderzające podobieństwo do twarzy z całunu turyńskiego! Od tego czasu włosy na ikonach są zawsze długie i rozdzielone po środku głowy, broda jest rozwidlona, nos długi i bardziej wydatny oraz głęboko osadzone oczy i szerokie źrenice”.

Oczywiście nie dowodzi to, że całun turyński powstał 800 lat wcześniej, niż wynika z analiz naukowców. Jego twórcy mogli natomiast skopiować wcześniejsze wyobrażenia twarzy Chrystusa, przedstawianej na „prawdziwych obrazach” o równie wątpliwej autentyczności. A jeśli tak, to trzeba by wówczas zapytać: przed czyimi obliczami modliły się i modlą pokolenia chrześcijan? Z badań wynika, że nie jest to twarz Jezusa z Nazaretu, lecz jakiegoś człowieka żyjącego w średniowieczu. I to – w przypadku całunu – zapewne okrutnie zamordowanego: dla czyjegoś chorego kaprysu, dla uciechy tłumów czy dla pieniędzy. Być może władze kościelne zdecydują się kiedyś na kolejne gruntowne badania całunu. Domaga się tego część naukowców, m.in. kwestionujących datowanie radiowęglowe zabytku. Na razie jednak – po raz pierwszy od 10 lat – całun znów został wystawiony na widok publiczny, a jego zagadka nadal czeka na rozwiązanie.