Największy cichy kryzys zdrowia publicznego? Włosy sprzed wieku pokazały skalę katastrofy

Dziś trudno to sobie uświadomić, ale przez dużą część XX wieku ołów był w USA niemal wszechobecny. Unosił się w powietrzu, osiadał na ziemi i na parapetach, mieszał się z kurzem w domach, trafiał do organizmu z wodą, jedzeniem i każdym wdechem przy ruchliwej ulicy. Dla całych roczników była to codzienność tak oczywista, że przez lata traktowano ją jak tło cywilizacji. Coś, czego się nie widzi, bo jest wszędzie.
...
fot. Unsplash

Nowe badanie naukowców z University of Utah pokazuje to w sposób wyjątkowo namacalny. Zamiast opierać się na szacunkach emisji czy historycznych raportach, zespół sięgnął po biologiczny zapis epoki: ludzkie włosy przechowywane przez rodziny przez dekady. I odczytał z nich historię zatrucia ołowiem rozpisaną na cały wiek.

Włosy jako archiwum epoki

Włosy są zaskakująco dobrym nośnikiem danych, bo potrafią zachować ślady metali ciężkich przez bardzo długi czas. Ołów może trafiać na włosy z dwóch stron: z zewnątrz, kiedy osiada na nich pył z zanieczyszczonego powietrza, oraz od środka, kiedy metal krąży w organizmie i wbudowuje się w strukturę rosnącego włosa. To ważne rozróżnienie, bo w praktyce włosy nie mówią jedynie o tym, co człowiek miał we krwi – mówią też o tym, w jakim środowisku żył. Właśnie dlatego są tak cenne w badaniach historycznych.

Zespół przeanalizował archiwalne próbki włosów osób mieszkających wzdłuż Wasatch Front w stanie Utah, sięgające aż do 1916 roku, i porównał je z próbkami współczesnymi. Wykorzystano precyzyjne metody analityczne, które pozwalają wykrywać stężenia metali na poziomie śladowym. Dzięki temu zamiast opowieści o tym, że dawniej było gorzej dostajemy twardy wykres: jak bardzo i kiedy ekspozycja spadała.

Liczby, które robią wrażenie (i nie powinny wracać)

Wynik jest brutalnie prosty: przed erą ostrych regulacji środowiskowych poziomy ołowiu były wielokrotnie wyższe niż dziś. W badaniu widać spadek o rzędy wielkości po latach 70., a współczesne wartości są niemal sto razy niższe niż te sprzed 1970 roku.

To nie jest kosmetyczna poprawa. Ołów jest neurotoksyną, która szczególnie silnie uderza w dzieci, bo ich układ nerwowy dopiero się rozwija. Skutki nie muszą wyglądać jak ostre zatrucie. Wystarczy przewlekła ekspozycja na niskie dawki, by zwiększyć ryzyko problemów poznawczych i behawioralnych. Dlatego z perspektywy zdrowia publicznego taki spadek oznacza realnie lepszy start życiowy dla całych roczników.

Największym, systemowym źródłem ołowiu w USA była przez lata benzyna ołowiowa. To ważny element tej historii, bo emisja działała jak gigantyczny rozpylacz: miliony aut codziennie zamieniały dodatek do paliwa w pył, który trafiał do powietrza i osiadał w miastach oraz przy drogach. Badacze wskazują, że tempo spadku we włosach zbiega się w czasie z erą regulacji i stopniowego wycofywania ołowiu z paliw.

Drugim filarem były emisje przemysłowe. W przypadku Wasatch Front znaczenie miały lokalne zakłady hutnicze – region miał swoje twarde źródła metali ciężkich, a ich ślad ciągnie się do dziś w historii rekultywacji terenów poprzemysłowych. Teren Midvale Slag do dziś jest opisywany jako obszar po działalności kilku hut ołowiu i miedzi, funkcjonujących od XIX wieku do połowy XX wieku.

Zdjęcie poglądowe z zakładu hutniczego

Do tego dochodziły farby ołowiowe, elementy instalacji wodnych i inne produkty, w których ołów był wygodny technologicznie, a jego koszt zdrowotny długo nie był traktowany poważnie.

Dlaczego przełom nastąpił po 1970 roku?

W badaniu wyraźnie widać, że punkt zwrotny zbiega się z epoką twardszej polityki środowiskowej w USA, w tym z utworzeniem EPA w 1970 roku i późniejszymi ograniczeniami dotyczącymi emisji oraz zawartości ołowiu w produktach. To ciekawy przypadek, bo rzadko kiedy można zobaczyć skuteczność regulacji tak wprost, zapisaną w materiale biologicznym ludzi.

To także dobra kontra do argumentu, że normy są wyłącznie hamulcem. W tym konkretnym przypadku normy były zdrowotną polisą ubezpieczeniową – i najpewniej jedną z najbardziej opłacalnych w historii zdrowia publicznego.

Największa pułapka takich historii polega na tym, że sukces usypia czujność. Ołów zniknął z benzyny, ale nie zniknął z całego świata. Pozostał w skażonych glebach przy dawnych zakładach, w pyle w starszych dzielnicach, w części starych instalacji, w miejscach, gdzie remonty i rozbiórki wzbijają kurz. A jeśli egzekwowanie standardów słabnie, wraca też ryzyko, że niewidzialne problemy znów staną się tłem codzienności.

W tym sensie praca z Utah działa jak przypomnienie: ołów nie przestał być groźny tylko dlatego, że przestaliśmy o nim mówić. Różnica polega na tym, że tym razem mamy dowody z bardzo długiej perspektywy – i trudno je zbyć wzruszeniem ramion.