Napoleon Bonaparte dał nam – oprócz namiastki państwowości – konstytucję, demokratyczny jak na tamte czasy system prawny, sprawnie działające instytucje państwowe i wojsko, ożywione duchem zwycięstwa. Mniej znany jest fakt, że za jego sprawą powstała pierwsza w historii Polski organizacja wywiadowcza z prawdziwego zdarzenia. Na jej czele stał pradziad kardynała Adama Sapiehy – Aleksander. 

Agenci w mundurach

Księstwo Warszawskie zrodziło się z wojny. Kolejna wojna mogła je powiększyć lub też położyć kres jego istnieniu. Napoleon był (chwilowo) daleko, zaborcy blisko. Chcąc przetrwać we wrogim otoczeniu, Polacy musieli wiedzieć, co w trawie piszczy. Wzorów postępowania dostarczył Louis-Nicolas Davout. Najzdolniejszy z cesarskich marszałków miał zwyczaj obarczać swoich sztabowców misjami o charakterze szpiegowskim. Jego adiutanci pod różnymi pretekstami przekraczali granice, by poznać teren przyszłych działań bojowych, zorientować się, jak rozmieszczone i uzbrojone są armie ewentualnych przeciwników, kto nimi dowodzi i jak przedstawia się morale kadry oficerskiej. Marszałek nie zaniechał tych praktyk także po przeprowadzce do Hanoweru. Jednak główny ciężar prowadzenia działalności wywiadowczej na odcinku wschodnim spadł teraz na barki ministra wojny i naczelnego dowódcy wojsk Księstwa Józefa Poniatowskiego oraz jego szefa sztabu – generała Stanisława Fiszera. 

Drugim ośrodkiem, w którym zbiegały się szpiegowskie nici, był gabinet francuskiego rezydenta Jeana-Charles’a Serry. Jak każdy ówczesny dyplomata został w tym kierunku odpowiednio przeszkolony. Baron, człowiek starej daty, okazał się jednak niezbyt pojętnym uczniem, a może po prostu miał za dużo innych zajęć. Jako najwyższy szarżą urzędnik napoleoński w Warszawie musiał wszak kontrolować poczynania Polaków, dbać o odpowiednią (z punktu widzenia interesów Paryża) obsadę stanowisk, nadzorować policję i cenzurę, krzewić kult cesarza, tępić jego prawdziwych i domniemanych wrogów, a przede wszystkim wycisnąć z nadwiślańskiej prowincji imperium maksymalne ilości pieniędzy, zaopatrzenia i rekrutów.

Moment próby nadszedł szybko, bo już w 1809 r. Władze Księstwa zostały zaskoczone atakiem Austriaków, choć raporty szpiegów kazały się poważnie liczyć z taką ewentualnością. Nie bez winy był sam Napoleon – przekonany, iż przeciwnik nie będzie się angażował na drugorzędnym (z punktu widzenia całej kampanii) froncie. Toteż zlekceważył doniesienia wywiadu i w tym duchu wpłynął na Polaków.

Pod Wagram rozwiały się austriackie nadzieje, Poniatowski w kontrofensywie dotarł aż do Krakowa. Zwycięstwo przyszło jednak o wiele trudniej niż zwykle. Cesarz wyciągnął z tego wnioski: Księstwo, powiększone o ziemie wydarte Habsburgom, znalazło się teraz w centrum jego uwagi. Serra – miłośnik literatury antycznej i lew salonowy – musiał ustąpić miejsca komuś młodszemu i sprawniejszemu. Nowym okiem i uchem Bonapartego w Warszawie został 40-letni Louis Pierre Édouard Bignon. Ten były nauczyciel i dziennikarz z Rouen karierę zawdzięczał nie koneksjom, lecz własnej inteligencji i pracowitości. Z powodzeniem pilnował interesów Paryża w Republice Cisalpińskiej i na niemieckich dworach. Był cesarskim komisarzem w okupowanym Berlinie i w Wiedniu. Nad Wisłę dotarł w marcu 1811 r., gdy na politycznym horyzoncie znowu zbierały się czarne chmury: do obozu przeciwników napoleońskiego systemu otwarcie dołączyła Rosja.

Car Aleksander próbował przeciągnąć Polaków na swoją stronę. Wysłał do Warszawy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, który roztoczył przed Poniatowskim wizję Rzeczypospolitej odbudowanej pod berłem Romanowów. Poinformował też swego rozmówcę o przygotowaniach wojennych Rosji. Minister nie dał się skusić i wysłał do Paryża alarmujący raport. 

Bonaparte oficjalnie nadal demonstrował zaufanie do cara („to, co piszą Polacy, to głupstwa”), ale już w październiku 1810 r. powołał do istnienia Biuro Statystyk Zagranicznych, którego głównym celem było zbieranie informacji o Rosji. Jego pracownicy stanęli przed trudnym zadaniem. Przeglądając archiwa francuskiego MSZ, odkryli ze zgrozą, że najnowsze dane o imperium carów pochodzą z okresu… przedrozbiorowego. Z prośbą o pomoc zwrócono się do ambasad w Petersburgu i Sztokholmie. Najbardziej jednak liczono na Polaków. Informatorami biura zostali przedstawiciele elit: Stanisław Staszic, książę Ludwik Radziwiłł, minister sprawiedliwości Księstwa Warszawskiego Feliks Łubieński. Julian Ursyn Niemcewicz specjalnie jeździł na Litwę po mapy i opracowania statystyczne. Cesarscy urzędnicy wzięli też pod lupę memoriał gen. Michała Sokolnickiego o rosyjskim niebezpieczeństwie dla Europy.

Pistolet za pasem, fuzja na plecach

Dane, dostarczone przez biały wywiad, były na bieżąco uzupełniane wiadomościami pochodzącymi z raportów szpiegowskich oraz kontroli korespondencji. Na ich podstawie opracowywano plan przyszłej wojny, zaś jeden z pracowników biura napisał książkę: kompendium wiedzy o Kresach Wschodnich. Napoleon nie rozstawał się z nią podczas kampanii 1812 roku.

Podczas pobytu w Wiedniu Bignon poznał badacza południowej Słowiańszczyzny Aleksandra Sapiehę. Bez trudu znaleźli wspólny język. Byli niemal rówieśnikami. Książę urodził się na francuskiej ziemi, w Strasburgu, a jego biologicznym ojcem był oficer tamtejszego garnizonu. Dzieciństwo spędził u ciotki Anny Jabłonowskiej – pani na Kocku i Siemiatyczach, właścicielki jednej z największych europejskich kolekcji minerałów. W jej domu spotkał Staszica, który zaszczepił w nim pasję do geografii i „historii naturalnej”. Aleksander postanowił zostać uczonym. Zaangażował się w działalność założonego w 1800 r. warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Gdy młody Sapieha ślęczał nad książkami, nie tak już młody Poniatowski balował w pałacu Pod Blachą. Ta odmienność zainteresowań i temperamentów stała się jednym z powodów antypatii, jaką Aleksander czuł do księcia Józefa, a która w przyszłości miała się położyć cieniem na jego karierze. 

 

Sapieha, w przeciwieństwie do swej matki, jednej z amazonek konfederacji barskiej, był politycznym abnegatem. Małżeństwo z Anną Zamoyską, które teoretycznie zbliżyło go do prorosyjskiego stronnictwa Czartoryskich, już podczas podróży poślubnej okazało się niewypałem. Ona chciała brylować na salonach, on ciężko pracował na opinię ekscentrycznego naukowca i nieustraszonego podróżnika. Mimo to, kiedy w 1804 r. Aleksander pojawił się w Paryżu, stał się – jako poddany cara – obiektem zainteresowania francuskiej policji. Na Bałkanach śledzili go z kolei agenci austriaccy. W Wiedniu sądzono, że badawczy cel podróży jest tylko przykrywką. Nie zdołano jednak ustalić, czy książę pracuje dla Rosjan, czy Bonapartego. Biograf Sapiehy Jerzy Skowronek na próżno szukał w archiwach dowodów potwierdzających te podejrzenia. To, że się pojawiły, nie dziwi. Polski podróżnik z zapałem zwiedzał obiekty o znaczeniu strategicznym, takie jak kopalnia rtęci w Trieście, do której zwykły śmiertelnik nie miał wstępu. Szykując się do przekroczenia granicy imperium tureckiego, zmienił strój, ogolił głowę i zapuścił wąsy. Nowego wizerunku dopełniały „nóż długi i para pistoletów za pasem oraz długa fuzja bośniacka na plecach”. 

Czasy były niespokojne. W 1804 r. Serbowie wzniecili powstanie. Na Bałkanach uwijało się wielu agentów europejskich mocarstw. Nawet jeśli Sapieha nie był jednym z nich, sama obecność w tak zapalnym rejonie wiele mówi o jego charakterze i skłonnościach. Bystry obserwator, jakim był francuski myśliciel Benjamin Constant, po obiedzie zjedzonym w towarzystwie księcia zapisał w dzienniku: „Ci Polacy to lekkomyślny naród. Niemal w każdym jest coś z awanturnika, co nie pozwala, by ich nazwiska i fortuny przynosiły im należny szacunek”. 

Relacja z bałkańskiej wyprawy ukazała się drukiem dopiero po 7 latach. Zdobytą wiedzę Sapieha postanowił bowiem wykorzystać nie tylko w celach naukowych. Jako pierwszy polski arystokrata zaoferował usługi Napoleonowi. Cesarz, który po rozgromieniu wojsk Trzeciej Koalicji był już panem połowy Europy, zapewne obszedłby się bez eksperta, snującego mało realne plany wyzwolenia południowych Słowian. Człowiek z takim nazwiskiem mógł się jednak okazać przydatny. Zwłaszcza że francuska armia miała już wkrótce wkroczyć na ziemie byłej Rzeczypospolitej.

Wszystkie wady szambelana

Na początku 1807 r. Sapieha znalazł się w kręgu najbliższych współpracowników Bonapartego. W pałacu w Kamieniu Suskim, zamienionym w kwaterę wojenną Napoleona, bywał częściej niż Maria Walewska. „Ja sam tylko jeden śmiem prawdę cesarzowi mówić” – przechwalał się w liście do żony. Przezwyciężył wstręt do wojaczki. Brał udział w oblężeniu twierdzy gdańskiej, był przy Napoleonie podczas bitwy pod Frydlandem. Organizował polską gwardię cesarską, która potem przekształciła się w słynny pułk szwoleżerów. Zgłosił też projekt wywołania antyrosyjskiego powstania szlachty litewskiej i wołyńskiej.

Bonaparte rychło zorientował się, że jego doradca nie jest w ojczyźnie postacią zbyt popularną. Po zwycięstwie Francuzów w cesarskiej poczekalni tłoczyli się przedstawiciele krajowej elity. Zaczęła się walka o stanowiska. Sapieha ją przegrał i to w kiepskim stylu. „Słysząc waszmość pana zdawałoby się, że oprócz niego nie ma uczciwego człowieka w Polsce” – kpił z niego Napoleon. Niemcewicz w pamiętnikach skreślił niepochlebny portret księcia: „oszczerca z natury, człowiek zły i próżny, oskarżać wszystkich, pochlebiać będzie, byle siebie zalecić i wynieść”. Powtarzali te opinie późniejsi historycy: Szymon Askenazy („człowiek dobrej woli, dużego wykształcenia, ale głowa słaba”) i Janusz Iwaszkiewicz, według którego Sapieha był notorycznym intrygantem „skłonnym do pochlebstw i nieograniczonej uległości”.

To nie trudny charakter stał się jednak główną przyczyną kłopotów naszego bohatera. Książę był politycznym solistą. Nie potrafił stworzyć własnego stronnictwa, a do żadnego z istniejących nie chciał się przyłączyć. Nic więc dziwnego, że władzę w powstającym Księstwie Warszawskim przejęli jego przeciwnicy. Ministrem wojny został znienawidzony Poniatowski. Sapieha musiał zadowolić się tytułem szambelana, orderem Legii Honorowej oraz starostwem preńskim. Nadal jednak wierzył w Napoleona. 

Chcąc udowodnić niezbędność, książę zaczął na własną rękę zbierać informacje o sytuacji w zaborze austriackim i rosyjskim. Początkowo czerpał je od rodaków, wyprawiających się za kordon w sprawach rodzinnych lub w interesach. Z czasem stworzył sieć stałych korespondentów. Na podstawie ich doniesień pisał memoriały, w których ostrzegał przed agresywnymi zamiarami Wiednia i Petersburga. Nad Sekwaną doceniono jego starania. Nie uczyniły jednak z Sapiehy kandydata na ministra czy senatora, lecz na szefa agencji wywiadowczej. I taką właśnie propozycję złożył mu wiosną 1811 r. baron Bignon.

Ksiądz Robak i inni

Książę podjął wyzwanie. Głównym problemem nie był brak pieniędzy (Napoleon kazał płacić najlepszym szpiegom nawet po 12 tys. franków), lecz czas. Cesarz zwykł działać szybko i tego samego żądał od podwładnych. Domagał się natychmiastowego umieszczenia agentów „na szlakach z Petersburga do Wilna, z Petersburga do Rygi, na wszystkich drogach wychodzących z Kijowa i na trzech wielkich traktach, które wiodą z Bukaresztu do Petersburga, Moskwy i Grodna”. Najbardziej, rzecz jasna, interesowała go liczebność rosyjskich jednostek, miejsca ich stacjonowania i nazwiska dowódców. 

Pierwsze raporty ludzi Sapiehy rozzłościły rezydenta. Jego zdaniem grzeszyły typową dla Polaków nadmierną elokwencją, której towarzyszyła niechęć do konkretów. „Lada donosiciel niższego rzędu, zamiast dać wiadomość o tym, co widział na własne oczy, tworzył o armii rosyjskiej jakiś romans własnego wynalazku” – żalił się baron. Agent Laskowski był tak bezczelny, że cztery razy przysyłał ten sam raport, dokonując w nim zmian wyłącznie kosmetycznych. Kapitan Zawadzki z 15. regimentu piechoty armii rosyjskiej przehulał pieniądze otrzymane na działalność wywiadowczą, po czym został zdekonspirowany i musiał salwować się ucieczką. Z drugiej strony zdarzało się, że agenci, którym nie udało się zdobyć żądanych informacji, z własnej inicjatywy zwracali honoraria. 

 

Z czasem „biuro” Sapiehy działało jednak coraz sprawniej. „W Smoleńsku, Mińsku i Mohylewie pojawiali się szpiedzy polsko-francuscy w wielkiej ilości pod postacią akrobatów, nauczycieli, artystów, muzykantów, lekarzy i mnichów wędrownych, w guberni mińskiej pojawiło się wielu geometrów, zajmujących się sporządzaniem planów okolicznych miejscowości” – twierdził wspomniany już Janusz Iwaszkiewicz. Część z tego towarzystwa zajmowała się raczej pronapoleońską propagandą w stylu księdza Robaka niż robotą wywiadowczą. Prawdziwi szpiedzy (nazywani w listach Bignona „podróżnymi”) byli dyskretniejsi. Nie przetrwał żaden oryginalny raport, znamy więc tylko niektóre nazwiska podwładnych księcia. Na Litwie skutecznością wyróżniali się: urzędnik rosyjskiej komory celnej Stanisław Sakowicz, szlachcic Jarmoliński i były powstaniec Antoni Francesson, który tuż przed wybuchem wojny zdobył tajny dokument o rozlokowaniu wojsk cara w guberniach zachodnich. Cenną zdobyczą był adiutant generała Ilji Aleksiejewa z 17. dywizji. 

Niewykluczone, że książę osobiście pracował „w terenie”. Wiadomo, że wyprawiał się do Boremla na Wołyniu, a istnieją też poszlaki, że dotarł aż do Bukaresztu, gdzie znajdował się sztab walczącej z Turcją armii rosyjskiej. 

Raporty agentów trafiały do Charles’a Meyera, formalnie urzędnika do spraw paszportowych Księstwa, który opracowywał je i przekazywał Bignonowi. Następnie wędrowały na biurko marszałka Davouta oraz zaprzyjaźnionego z Sapiehą francuskiego ministra spraw zagranicznych księcia Bassano. Z czasem rezydent, poganiany przez Paryż, zaczął werbować szpiegów na własną rękę. Niestety, jeden z nich, David Sauvan, w rzeczywistości pracował dla Rosjan. Wpadkę zaliczył również wywiadowca-wolontariusz, generał Jan Henry Wołodkowicz, ufny w swoje znajomości w Petersburgu. Zesłany do Tambowa nad Cną, odzyskał wolność dopiero po upadku Bonapartego. W Rosji nie ufano zresztą nawet tym Polakom, którzy na każdym kroku deklarowali wierność wobec cara. Pod zarzutem szpiegostwa odsunięto trzech adiutantów rosyjskiego władcy: Władysława Branickiego, Konstantego Lubomirskiego i Michała Włodka. 

Droga do zatracenia

Historycy, opisujący działalność wywiadu cesarskiego w przededniu wojny 1812 roku, często patrzą nań przez pryzmat katastrofy Wielkiej Armii. Jean Savant w książce „Szpiedzy Napoleona” ocenił, że w poczynaniach tajnych służb za dużo było improwizacji, zaś Bignon „nie stanął na wysokości zadania”. Do zupełnie przeciwnych wniosków doszedł Marceli Handelsman, który sto lat temu opublikował odszukane w paryskich archiwach instrukcje i depesze rezydentów cesarza w Warszawie. Równie wysoko kwalifikacje Francuza oceniają współcześni autorzy: Andrzej Nieuważny, Konrad Bobiatyński i Dariusz Milewski.

Według litewskiego  historyka Broniusa Dundulisa Polacy celowo przekazywali zaniżone dane o armii rosyjskiej, by zachęcić Napoleona do ataku. Istotnie, nad Wisłą oszacowano siły nieprzyjaciela na 150 tys., zamiast rzeczywistych 218 tys. Tak czy inaczej Rosjanie byli za słabi, by powstrzymać atak 600-tysięcznej Wielkiej Armii. 

Szpiedzy Sapiehy zgrzeszyli również nadmierną wiarą w poparcie mieszkańców Kresów dla sprawy cesarza. Ale nie tylko oni. Jednym z powodów ultradefensywnej taktyki carskich generałów w 1812 r. była ich obawa przed wybuchem polskiego powstania (którego notabene Napoleon wcale sobie nie życzył).

Z informacji dostarczonych przez wywiad jasno wynikało, że sojusznikami Rosji będą przestrzeń, klimat i fatalna infrastruktura. Sapieha, Sokolnicki i Poniatowski radzili cesarzowi, by nie zapuszczał się zbyt daleko na wschód. Ostrzegali przed rosyjską zimą i możliwością zastosowania przez wroga taktyki „spalonej ziemi”. Napoleon sprawiał wrażenie, że trafiają do niego te argumenty, ale w rozmowie ze swoim adiutantem odkrył karty. „Ludy azjatyckie są przesądne i mają nieskomplikowane idee. Jeden straszliwy cios w samo serce Imperium, w Moskwę wielką, w Moskwę świętą, podporządkuje mi w jednej chwili całą tę ślepą, bezwładną masę” – usłyszał z ust cesarza hrabia Narbonne. „Bóg wojny” gotów był ścigać cara aż na kres jego imperium. Polakom nie ufał, sądząc, że celowo chcą zatrzymać ofensywę na dawnej wschodniej granicy Rzeczypospolitej.

W zdobytym Wilnie Bonaparte powołał rząd tymczasowy. Sapieha odpowiadał w nim za sprawy wojskowe. Niestety rychło popadł w konflikt z aroganckim gubernatorem Litwy Dirkiem van Hogendorpem. Cesarz przeciął spór w swoim stylu, stawiając Holendra na czele rządu. Książę podał się do dymisji, ale dla uniknięcia skandalu zgodził się na formułę trzymiesięcznego urlopu „dla poratowania zdrowia”. W drodze do domu zatrzymał się w Dereczynie (być może zwabiła go tu biblioteka, znajdująca się w pałacu krewniaka Franciszka Sapiehy). Na podwórzu karczmy zaatakował go i zranił w nogę knur. Wdała się gangrena. Gdy 39-letni arcyszpieg konał w białoruskiej mieścinie, Wielka Armia zbliżała się Moskwy. 

Anna Sapieha przeżyła męża o 47 lat. Swoją córkę wydała za Adama Jerzego Czartoryskiego. Obie pełniły rolę gospodyń w paryskim Hotelu Lambert.

Bignon do końca swego długiego życia pozostał bonapartystą i przyjacielem Polaków. W testamencie, spisanym na Wyspie św. Heleny, Napoleon wyznaczył go na „historyka cesarstwa”. Baron nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Napisał 14-tomowe dzieło, która przyczyniło się do rozkwitu napoleońskiej legendy. Po upadku powstania listopadowego domagał się złożenia dowodów uznania „herosom znad Wisły”.