Były lata 50., trwała zimna wojna. Supermocarstwa – ZSRR i USA – prześcigały się w demonstrowaniu swojej potęgi. Kiedy 4 października 1957 r. Moskwa wystrzeliła na orbitę okołoziemską Sputnika 1, Waszyngton zadrżał. Do tej pory Amerykanie czuli się bezpieczni: mieli bombowce, które mogły zaatakować niemal każdy cel w ZSRR, a Moskwie brakowało adekwatnej odpowiedzi. Teraz Kreml postraszył Waszyngton rakietą: skoro potrafiła wynieść Sputnika w kosmos, to mogła też z głowicą nuklearną zaatakować USA! 

 

Poza tym radziecki Sputnik 1, pierwszy sztuczny satelita Ziemi, okazał się dla USA ciosem propagandowym. „Z jednej strony zapanowała na świecie ogromna euforia, bo doszło do przełamania pewnej bariery niemożności, do dotarcia w przestrzeń kosmiczną. Ale z drugiej strony wielu ludzi zdawało sobie sprawę, że to wyścig z czasem obu supermocarstw. Także w związku z możliwością dotarcia na Księżyc” – mówi „Focusowi Historia” prof. Włodzimierz Malendowski, specjalista od zimnej wojny, kierownik Zakładu Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu.

 

Ameryka nie świętowała więc sukcesu radzieckiego satelity. „Wielkie narodowe zagrożenie”, „straszliwa porażka”, „technologiczne Pearl Harbor” – cytuje dramatyczne komentarze amerykańskiej prasy Matthew Brzezinski w książce „Wschód czerwonego księżyca. Wyścig supermocarstw o dominację w kosmosie”. 

 

ZACZĘŁO SIĘ OD III RZESZY

 

Magazyn „Time” pisał o „mrożących krew w żyłach” sygnałach wysyłanych przez Sputnika, pokazujących że „w najważniejszych sektorach wyścigu technologicznego USA prawdopodobnie utraciły swoją cenną przewagę”. Przewagę, która nie wzięła się znikąd. Jak tłumaczy prof.  Malendowski, to naukowcy III Rzeszy stworzyli projekty pojazdów, zdolnych odbyć lot w przestrzeń kosmiczną. Potem Amerykanie i Sowieci „przejęli” niemieckich badaczy oraz ich plany. „Nigdy tych dokumentów nie ujawniono. Jednak z całą pewnością ta dokumentacja została wykorzystana” – twierdzi profesor. Dowód stanowią amerykańskie próby z rakietą (a właściwie latającym pociskiem odrzutowym) Matador już w 1951 r., 6 lat po II wojnie światowej.

 

Zdaniem dr. Krzysztofa Ziołkowskiego z Centrum Badań Kosmicznych PAN loty kosmiczne były oczywiście osiągnięciem technicznym wykorzystywanym do celów militarnych, ale te cele militarne stymulowały też dalszy rozwój nauki. Bez rywalizacji supermocarstw po prostu nie byłoby tak szybkiej eksploracji przestrzeni kosmicznej. „Najlepszym przykładem może być to, że zaledwie w 12 lat po wystrzeleniu pierwszego sztucznego satelity Ziemi (1957) człowiek stanął na Księżycu (1969)” – podkreśla astronom.

 

CELUJ W KSIĘŻYC, IKE

 

W 1957 r. zwykli Amerykanie, początkowo dosyć obojętni wobec radzieckiej przewagi w kosmosie, pod wpływem mediów zaczęli odczuwać niepokój. Organizowali nawet nocne dyżury, aby dostrzec przelatującego na niebie złowrogiego radzieckiego satelitę. A kiedy 3 listopada 1957 r. Rosjanie wysłali w kosmos psa Łajkę, ciśnienie Amerykanom podskoczyło jeszcze bardziej. Brzezinski cytuje kolejne prasowe nagłówki: „Co będzie dalej?”, „Człowiek na Księżycu?”, „Moskiewska misja na Marsa w najbliższej przyszłości?”, „Celuj w Księżyc, Ike” [Ike, czyli prezydent Eisenhower – przyp. red.]. Pewien  dziennikarz z „Pittsburgh Press”, zaproponował wprost, by USA rozbiły feralnego radzieckiego satelitę w drobny mak.

 

Nawet redakcja szacownego magazynu „Time” snuła katastroficzne wizje: „Rakieta ma tak duży udźwig, że mogłaby posłużyć do wysłania na Księżyc potężnej bomby atomowej”... Ale tak się składa, że ten ostatni pomysł powstał najpierw w USA, a nie na Kremlu.

 

OD ZDJĘĆ DO WYBUCHU

 

Fizyk Edward Teller, ojciec amerykańskiej bomby wodorowej, już w lutym 1957 r. przedstawił pomysł dokonania eksplozji atomowej w niedalekiej odległości od Księżyca lub ewentualnie na jego powierzchni – oczywiście w celach naukowych, żeby uzyskać informacje o okołoksiężycowej przestrzeni kosmicznej. Na pewno miałoby to jednak i swoją wymowę propagandową. Dlatego kiedy nad głowami ludzkości śmigał już radziecki Sputnik, amerykańscy naukowcy zajęli się projektem Tellera, oznaczonym później kryptonimem A–119.

 

Tymczasem nie próżnowała już i Moskwa. W OKB–1, biurze konstrukcyjnym ojca radzieckiej kosmonautyki Sergieja Korolowa, opracowano w 1958 r. projekty wysłania próbników księżycowych. 

 

W liście do wszechwładnego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego naukowcy sformułowali program badań Srebrnego Globu. Plany te zaprezentowano pierwszemu sekretarzowi KC KPZR Nikicie Chruszczowowi, którego interesował głównie polityczny aspekt badań kosmosu. 

 

Pierwszy projekt otrzymał kryptonim E–1 i zakładał osiągnięcie (trafienie) przez próbnik powierzchni Księżyca. To by już było coś. Projekty E–2 i E–3 zakładały oblot Księżyca i sfotografowanie jego niewidocznej strony. Nauka radziecka miałaby czym pochwalić się przed światem. Ale byli i tacy, którzy chcieli pójść o krok dalej. Rozszerzyć plan E–3 czy też stworzyć nowy plan, oznaczony jako E–4, a przewidujący przeprowadzenie detonacji ładunku nuklearnego na Srebrnym Globie! 

 

IGRANIE Z OGNIEM

 

Co ciekawe, propozycja doprowadzenia do wybuchu jądrowego wyszła z kręgów naukowych, nie politycznych: od znanego radzieckiego fizyka atomowego Jakowa Borysowicza Zeldowicza. Głównym celem programu było udowodnienie całemu światu, że radziecki próbnik dotarł do Księżyca. Zeldowicz przedstawił następujące argumenty przemawiające na korzyść jego pomysłu. Próbnik księżycowy jest bardzo mały, zatem jego upadku na powierzchnię Księżyca nie będzie potrafił stwierdzić żaden astronom. Jeżeli pojazd będzie miał na pokładzie konwencjonalny ładunek wybuchowy, to eksplozji nikt na Ziemi nie zauważy. Jeśli jednak na powierzchni Srebrnego Globu dokona się eksplozji bomby atomowej, zwróci na to uwagę cały świat! I nikt nie będzie miał wątpliwości, że to radziecki pojazd kosmiczny trafił w Księżyc! Takiemu uderzeniu w powierzchnię Srebrnego Globu miał towarzyszyć (zdaniem Sowietów) rozbłysk łatwy do zauważenia przez obserwatorów z Ziemi.

 

 

Mimo pewnych wątpliwości plan trafił do biura konstrukcyjnego Korolowa. Tam przygotowano prototyp pojazdu. Jego rozmiary i masa zostały określone przez atomistów, którzy opracowali parametry niedużej głowicy jądrowej, mającej trafić na/w Księżyc. Pojemnik z ładunkiem był jak mina morska, cały pokryty powtykanymi prętami, które miały zagwarantować wybuch niezależnie od pozycji obiektu w czasie zetknięcia z powierzchnią Księżyca. 

 

Przygotowano jednak tylko makietę. Już w trakcie realizacji projektu nasuwały się bowiem pytania o bezpieczeństwo przedsięwzięcia. Nikt nie mógł obiecać na 100 proc. dostarczenia ładunku nuklearnego na Księżyc. Gdyby nastąpiła awaria rakiety podczas startu, pojemnik z bombą atomową spadłby w rejonie kosmodromu! Gdyby zaś awarii uległ trzeci człon rakiety w trakcie lotu, pojemnik mógłby spaść na terytorium innego państwa! A to mogło wywołać niewyobrażalne konsekwencje międzynarodowe…

 

TYLKO PYŁ

 

Był jeszcze jeden problem, organizacyjno-polityczny. Żeby wybuch został zauważony przez zagraniczne obserwatoria, trzeba było poinformować je o eksperymencie. A jak to zrobić, skoro Kreml trzymał w tajemnicy informacje na temat planów badania kosmosu? Oprócz zrealizowanych projektów, resztę skrzętnie skrywano przed wszystkimi, a tutaj trzeba byłoby poinformować o nuklearnych ambicjach… Dlatego na początku 1958 r. Sowieci postanowili zrezygnować z eksplozji. A zaproponował to sam jej inicjator Zeldowicz.

 

„Rozważaliśmy możliwość użycia małej bomby atomowej, której eksplozja wywołałaby błysk, a my zmierzylibyśmy czas, jaki upłynie od pojawienia się światła. Dzięki Bogu nie zrobiliśmy tego” – wspominał potem inżynier Gleb Maksymow. Ulga, jaką poczuł, była tym bardziej zasadna, że nawet powodzenie misji nie gwarantowało spektakularnego efektu. Zeldowicz udowodnił bowiem, że z powodu braku atmosfery na Księżycu bomba utworzyłaby tylko małą chmurę pyłu! Efekt propagandowy byłby więc zdecydowanie mniejszy, a ludzie wypatrujący z Ziemi atomowego grzyba na Księżycu – zawiedzeni. A może nawet powątpiewaliby w możliwości ZSRR… 

 

Tropiciel sensacji XX w. Bogusław Wołoszański mimo wszystko dziwi się, że Nikita Chruszczow nie podchwycił „bombowego” pomysłu. „Uwielbiał niekonwencjonalne zachowania i projekty, zwłaszcza gdy wprowadzały kapitalistów w błąd, jak wielokrotne przeloty nowych bombowców nad placem Czerwonym, co miało stworzyć wrażenie, że ZSRR ma dziesiątki tych samolotów, kiedy miał cztery. Albo obwieszczał, że »z radzieckich fabryk rakiety toczą się jak parówki«. A zimna wojna sprzyjała nierealnym projektom: jak radzieckie ekranoplany (startujące z wody z ośmioma silnikami odrzutowymi przed kabiną pilotów) czy amerykańskie samoloty z napędem nuklearnym. Ten czas był łaskawy dla konstruktorów, ponieważ rządy mocarstw hojnie sypały pieniędzmi” – mówi Wołoszański „Focusowi Historia”.

 

CZŁOWIEK, NIE BOMBA

 

Tymczasem swoje prace nad ściśle tajnym projektem A–119 kontynuowali Amerykanie. W maju 1958 r. Fundacja Badawcza Armour działająca przy Ilinois Institute of Technology otrzymała środki na rozpoczęcie badań nad skutkami wybuchu nuklearnego w warunkach niskiej grawitacji i jego ewentualnych korzyści dla nauki. Do eksplozji na  Księżycu początkowo zamierzano użyć bomby wodorowej, ale USAF – lotnictwo amerykańskie – sprzeciwiło się, uzasadniając to zbyt dużą jej masą dla rakiety. W rezultacie zdecydowano się na bombę atomową o podobnej sile rażenia jak ta, którą zrzucono na Nagasaki w 1945 r. (około 20 kiloton). Jedna kilotona odpowiada sile eksplozji 1000 ton trotylu.

 

Wybuch bomby miał nastąpić podczas pełni Księżyca, eksplozja byłaby wtedy oświetlona przez Słońce i ponoć dobrze widoczna z Ziemi. Przy czym Amerykanie ustalili, że chmura pyłu nie przyjmie klasycznego kształtu grzyba (przyczyny upatrywali w mniejszej grawitacji na Księżycu).

 

W pracach nad tym programem uczestniczył słynny amerykański astronom Carl Sagan (1934–1996). Zajmował się tworzeniem modelu wybuchu atomowego w warunkach małej grawitacji. Mniej dziś znany uczestnik prac nad programem A–119 dr Leonard Reiffel uznał realizację „bombowego” pomysłu za pomyłkę. Według niego jakiekolwiek odkrycia naukowe nie zrekompensowałyby strat, jakie poniosłaby ludzkość w wyniku radioaktywnego skażenia Księżyca. Dodatkowe obawy budził fakt, że gdyby rakieta uległa awarii i spadła na Ziemię, spowodowałaby zagrożenie dla ludzi i ekosystemu ziemskiego. Za przerwaniem programu przemawiała też obawa przed nieprzychylną reakcją opinii publicznej, zwłaszcza że całe przedsięwzięcie miało charakter polityczny, ponieważ celem było zademonstrowanie potęgi militarnej USA. Dlatego projekt zakończono w pierwszej połowie 1959 r. 

 

MIĘDZY FAKTAMI I MITAMI

 

Dokumentację programu A–119 zniszczyli Amerykanie na początku lat 80., a informacje o projekcie ujawnił dr Reiffel w liście do czasopisma „Nature” dopiero w 2000 roku. Ale wciąż nie są to dane pełne – podobnie jak w przypadku planów radzieckich, o których w ostatnich latach wspominali prasie świadkowie (np. zmarły w ub.r. rosyjski konstruktor, urodzony w Łodzi Borys Czertok). 

 

Prof. Malendowski podkreśla, że do informacji o pomyśle „bombardowania Księżyca” trzeba podchodzić ostrożnie, bo zagadnienie to nie ma w zasadzie odbicia w literaturze przedmiotu. „Nie wykluczam jednak, że taki wariant się pojawił w celach propagandowych, żeby pokazać światu, kto dominuje, kto ma przewagę technologiczną” – stwierdza profesor.

 

Nawet interpretacja ujawnionych już faktów tylko z pozoru jest prosta. „Te wydarzenia to różne epizody, o których prawdziwości niewiele wiemy, próbujemy coś zrozumieć, racjonalnie wytłumaczyć, posługując się współczesną wiedzą i dzisiejszym sposobem myślenia” – podkreśla dr Ziołkowski z CBK. Jego zdaniem Zeldowicz, wybitny uczony,  miał rację, wycofując się z pomysłu. Ziołkowski przyznaje, że nauka była bardzo brzydko wykorzystywana przez polityków, a ludzie nauki moralnie niszczeni. Ale to wszystko poniekąd doprowadziło do tego, że badania kosmiczne osiągnęły bardzo wysoki poziom.

 

 

Matthew Brzezinski, autor książki „Wschód czerwonego księżyca. Wyścig supermocarstw o dominację w kosmosie”, podaje w wątpliwość, czy programy „zbombardowania Srebrnego Globu” miały szanse na realizację. „Mocno wątpię, czy te plany traktowano poważnie. Nie tylko dlatego, że były zbyt dużym wyzwaniem przy ówczesnych możliwościach technicznych. Istniało też bardzo wysokie ryzyko, że mogą skończyć się propagandową katastrofą” – mówi Brzezinski „Focusowi Historia”.

 

Nic dziwnego, że plany odłożono do szuflady. Kosmiczny wyścig wchodził w nowy etap. Jesienią 1959 r. radzieckie sondy – zgodnie z oficjalnym programem księżycowych badań – dotarły do Księżyca. Najpierw trafiła (uderzyła) w niego Łuna 2, a potem Łuna 3 przesłała pierwsze fotografie niewidocznej strony Srebrnego Globu. W 1961 r. ZSRR wysłał zaś w kosmos pierwszego człowieka, Jurija Gagarina. Amerykanie musieli więc się postarać. Skupili się na badaniach nad wysłaniem na Księżyc nie bomby nuklearnej, lecz człowieka.

 

Zaś „bombowe” pomysły supermocarstw z lat 50. pozostały tylko epizodem w historii kosmicznego wyścigu. Tym bardziej że na ich drodze stanęły międzynarodowe traktaty. Jak wskazuje prof. Malendowski, w 1963 r. USA i ZSRR podpisały układ o zakazie doświadczeń z bombą jądrową: w atmosferze, pod wodą i właśnie w przestrzeni kosmicznej. Zaś w 1967 r. powstał traktat, zakazujący używania przestrzeni kosmicznej, Księżyca i innych ciał niebieskich w celach wojskowych.

 

RYZYKO CENĄ ZA POSTĘP

 

Zimnowojenne projekty z lat 50., choć dziś budzą grozę, miały i swoje pozytywne dla ludzkości strony. 

 

„Śmiem twierdzić, że nie byłoby dziś tak wspaniałych zdobyczy, jakie zawdzięczamy np. teleskopowi kosmicznemu Hubble’a, sondom Voyager, pojazdom marsjańskim itp., gdyby nie rozwój techniki, który m.in. doprowadził do zdobycia Księżyca przez człowieka. Gdy sobie to uświadomimy, to jakie znaczenie może mieć podejrzenie, że Rosjanie chcieli detonować na Księżycu bombę atomową?” – pyta przekornie dr Ziołkowski i dodaje: „Szczęśliwie do tego nie doszło. Ale przypomnijmy sobie, jakie protesty na całym świecie wywołała zapowiedź startu sondy Cassini (1997) z minielektrownią atomową na pokładzie, dzięki której sonda do dziś krąży wokół Saturna, dostarczając niesłychanie ciekawych i wartościowych informacji o tej planecie, jej pierścieniach, licznych księżycach itd. Albo sond Voyager, które dzięki jądrowym źródłom energii działają już ponad 35 lat i dostarczają informacji o krańcach Układu Słonecznego”...