Wokół naszego naturalnego satelity robi się gorąco. Niedawno w jego powierzchnię uderzyły – nieprzypadkowo, lecz zgodnie z naukowym planem – sondy produkcji indyjskiej (MIP), japońskiej (Okina) i chińskiej (Chang’e 1). Podobna misja LCROSS firmowana przez NASA wystartuje lada moment, w kolejce ustawiają się też Rosjanie z projektem Luna-Glob. Nikt nie kryje, że to przymiarki do powrotu ludzi na Księżyc. Amerykanie zamierzają tego dokonać w 2019 r. Później czteroosobowe załogi mają odbywać kilkunastodniowe misje, by w końcu zbudować stałą bazę. Ale NASA depczą już po piętach Chińczycy...

Trudno jest ten księżycowy pęd wybronić na gruncie logiki. To trochę jak z wymianą telefonu komórkowego na nowszy. Możemy mówić, że stary jest zniszczony, słabo odbiera, bateria nie trzyma. Ale tak naprawdę kuszą nas nowe funkcje – pragniemy postępu. Dlatego przywódcy światowych mocarstw mogą dziś spokojnie powtarzać to, co w 1962 r. mówił prezydent USA John F. Kennedy: „Postanowiliśmy polecieć na Księżyc w tej dekadzie i zrobić pozostałe rzeczy nie dlatego, że są one proste, lecz dlatego, że są trudne; dlatego, że ten cel pozwoli nam lepiej zorganizować i ocenić najlepsze z naszych umiejętności i możliwości; dlatego, że jesteśmy gotowi podjąć wyzwanie, nie chcemy go dłużej odkładać i zamierzamy wyjść z tej próby zwycięsko”.

PROM NA ZŁOM


NASA od dłuższego czasu cierpi na kryzys (czyżby wieku średniego?) i potrzebuje czegoś, co pchnie agencję do przodu. Weźmy choćby promy kosmiczne. Miały być tanie w eksploatacji, niezawodne, efektywne – i praktycznie nic z tego nie wyszło. Co gorsza, nic nie da się tu poprawić, bo same założenia konstrukcyjne nie mają wielkiego sensu. By polecieć wahadłowcem w kosmos, trzeba go rozpędzić do 22 tys. km/godz., a z kolei by szczęśliwie wylądować – oczywiście wyhamować tę gigantyczną prędkość. Jedno i drugie pochłania mnóstwo energii w postaci paliwa, co sprawia, że każdy kilogram jest drogi.

A prom zabiera ze sobą w kosmos kupę niepotrzebnego złomu w postaci skrzydeł, komory ładunkowej (same drzwi ważą kilka ton!) i konstrukcji trzymającej to wszystko razem. Do lotu na Księżyc promy w ogóle się nie nadają – są za ciężkie, by mogły wykonać niezbędne manewry. Musiałyby zabierać ze sobą więcej paliwa, niż są w stanie udźwignąć. Dlatego NASA postanowiła wycofać te pojazdy ze służby i to już przyszłym roku. Na potrzeby misji księżycowych powstaje rodzina pojazdów Constellation – nowa, choć – jak się okazuje – nie do końca.

Projekty NASA do złudzenia przypominają bowiem konstrukcje z lat 60. ubiegłego stulecia – czyli słynny program Apollo. Różnice widać jednak w rozmiarach. Główny moduł Constellation, statek załogowy Orion, będzie 2,5-krotnie większy od pierwowzoru i zabierze maksymalnie sześciu astronautów, a nie trzech jak przed laty (prom kosmiczny zabiera siedmiu). Kapsułę statku będzie można wykorzystywać powtórnie nawet osiem razy dzięki zastosowaniu modułu serwisowego. To wielki walec zawierający silniki, zbiorniki z tlenem i paliwem oraz ogniwa słoneczne. Moduł serwisowy w czasie lądowania będzie odrzucany i spali się całkowicie w ziemskiej atmosferze.

Moduł księżycowy zwany Altair też będzie podobny do LEM z Apollo, ale większy, bo pomieści cztery osoby. No i bardziej komfortowy – z wygodnymi toaletami, kuchenką do podgrzewania jedzenia oraz śluzą powietrzną. Dzięki niej astronauci będą mogli wychodzić na zewnątrz pojedynczo, a do pojazdu nie dostanie się wszędobylski pył księżycowy.

Pojazd w formie stożka nie prezentuje się może tak efektownie jak samolotopodobny prom, ale wygląda na to, że będzie naprawdę ekonomiczny i efektywny. Inżynierowie projektu Apollo spisali się doskonale – recykling ich pomysłów był praktycznie nieunikniony. A gdy dziennikarze zaczęli marudzić, że projekt Constellation trąci myszką, Michael Griffin, szef NASA, odciął się krótko: „Prawa rządzące ponownym wejściem w ziemską atmosferę nie zmieniły się ostatnimi czasy”.

Inżynierowie nie ograniczali się jednak wyłącznie do rozwiązań amerykańskich. Orion będzie miał np. system automatycznego dokowania opracowany pierwotnie przez Rosjan. Podobnie jak rosyjskie Sojuzy będzie lądował na twardym gruncie (a nie w morzu jak Apollo). Nawet toalety będą zbudowane według rosyjskich projektów!

Oryginalnie ma zostać rozwiązany problem ładunku. Promy kosmiczne miały na stałe wbudowany wielki „bagażnik”. To tak, jakby na każdy wyjazd – nawet do kina – wybierać się ciężarówką. Constellation będzie raczej małym samochodem miejskim. Jeśli będzie miał jechać dalej, zabierze po prostu przyczepkę – ładunek wystrzeliwany oddzielną rakietą. Na orbicie parkingowej nastąpi połączenie i dalej oba statki mogą lecieć razem.

POLECIEĆ, POPATRZEĆ, ZATANKOWAĆ...