Każda czynność – lub jej brak – związana jest z jakimś postanowieniem. W co się ubrać? Co zjeść na śniadanie? Czym się najpierw zająć w pracy? Pójść na kawę
teraz czy za pięć minut? Naukowcy z Cornell University policzyli, że jedynie w kwestiach jedzenia rozstrzygamy od rana do wieczora średnio 226 razy. Całe nasze funkcjonowanie przebiega w rytm mniej lub bardziej poważnych decyzji, a przed zwariowaniem ratują nas tylko przyzwyczajenia – wbrew temu, co nam
się zdaje, w wielu przypadkach rozstrzygamy, wybierając po prostu tak samo jak poprzednio. Dlatego właśnie udajemy się do pracy ciągle tą samą drogą, a na obiad przygotowujemy dobrze znane dania.

Więcej uwagi i energii przeznaczamy na decyzje niecodzienne. Do jakiej szkoły posłać dzieci? Czy kupić samochód? Na kogo głosować? Rozstrzygając to, rozważamy różne opcje, aż w końcu dokonujemy wyboru. I najczęściej nie mamy wątpliwości, że sami świadomie zdecydowaliśmy. Że kierowaliśmy się w pełni wolną wolą. Ale czy na pewno? Naukowcy wcale nie są o tym przekonani. W 1983 r. psycholog Benjamin Libet odkrył, że jeśli poprosimy kogoś o wykonanie swobodnego ruchu np. ręką w dowolnie wybranym momencie, mózg tej osoby inicjuje ten ruch, zanim do świadomości dotrze informacja o podjęciu decyzji. Różnica czasowa wykryta za pomocą badania EEG była niewielka – wynosiła zaledwie 300 milisekund – ale istniała. Oznaczała, że pewne części mózgu działające poza naszą świadomością najpierw podejmują decyzje, a dopiero potem nam je komunikują. A zatem czy w ogóle mamy jakiś wybór?

Dalsze badania potwierdziły odkrycie Libeta – w 2010 r. uczeni z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles wykazali, że podłączając elektrody bezpośrednio do neuronów można przewidzieć decyzję z jeszcze większym wyprzedzeniem (aż półtorasekundowym). A sześć lat później prof. John-Dylan Haynes z niemieckiego Uniwersytetu Humboldta użył rezonansu magnetycznego i przesunął tę granicę do siedmiu sekund. Od tamtej pory uczeni przebadali proces podejmowania przez nas decyzji na wiele różnych sposobów i coraz częściej mówią, że wolna wola – przynajmniej w potocznym jej rozumieniu – jest po prostu złudzeniem. Dobra wiadomość jest taka, że na nasze wybory wpływa mnóstwo czynników. Naukowcy mogą je w pewnym stopniu modyfikować podczas zaaranżowanych badań, podobnie jak magicy podczas pokazów są w stanie precyzyjnie sterować zachowaniami publiczności. Jednak w codziennym życiu na naszą decyzję składa się wiele elementów, nad którymi – przynajmniej na razie – nie zapanuje nawet najsprytniejszy polityk czy najbardziej wyrafinowana kampania marketingowa. Dlatego wciąż nie istnieją idealnie skuteczne reklamy, a my możemy twierdzić, że mamy wolną wolę. A zła wiadomość? Nasza wola naprawdę nie jest wolna. Wpływają na nią bowiem podstępnie czynniki i mechanizmy, o których do niedawna nie mieliśmy pojęcia. Jakie?

1. Robaki i infekcje

Lubisz ryzykowne przedsięwzięcia? Łatwo denerwujesz się za kierownicą? Z pozoru to działania, które w pełni zależą od naszej woli. A jednak możliwe, że
stoi za nimi niepozorny pierwotniak Toxoplasma gondii. Jego naturalnymi żywicielami są szczury i koty. Pasożyt po zainfekowaniu gryzonia sprawia, że staje się on nienaturalnie odważny i łatwiej pada łupem drapieżnika. W ten sposób pierwotniak przenosi się na kolejnego żywiciela. Ludzie też mogą zarazić się toksoplazmozą, jedząc niedogotowane mięso albo mając kontakt z kocimi odchodami. U większości z nas – naukowcy mówią tu o 60–80 proc. społeczeństwa – toksoplazma z pozoru nic nie robi, chowając się w zakamarkach naszego organizmu. Takim zakamarkiem jest mózg. Już w 1994 r. czeski biolog Jaroslav Flegr odkrył, że nosiciele toksoplazmy są bardziej skłonni do lekceważenia zasad, nadmiernej podejrzliwości lub zazdrości.