Wzniesiona w 1644 r. Kolumna Zygmunta  jest pomnikiem niezwykłym. Po pierwsze w Europie takie monumenty stawiano wówczas na cześć świętych, nie władców. Dlatego wywołała wielkie kontrowersje, a nuncjusz papieski Mario Filonardi zagroził nawet władzom klątwą (ostatecznie m.in. z tego powodu został wydalony z Polski). Po drugie to jeden z pierwszych świeckich pomników w naszym kraju. Starsza od niego jest tylko kolumna w Kozienicach, upamiętniająca narodziny Zygmunta Starego (która mogła zresztą stanowić inspirację dla Wazów). Po trzecie warszawski pomnik wzniósł Władysław IV, czyli syn Zygmunta III, jednak to już sam przedstawiony na pomniku król zamierzał go postawić. Chciał uczcić w ten sposób swoje zwycięstwa nad wrogami zewnętrznymi i rokoszanami. Kazał już przygotować marmur, ostatecznie jednak odstąpił od pomysłu, żeby nie być posądzanym o ciągoty absolutystyczne.

Ostatecznie 22-metrowa Kolumna Zygmunta III Wazy stanęła 24 listopada 1644 r. Jej projektodawcą i głównym wykonawcą robót był architekt Konstanty Tencalla. Posąg króla wykonali rzeźbiarz Clemente Molli i odlewnik Daniel Tym. Wyglądała imponująco. A kiedy Rzeczpospolita podupadła, odczuła to też kolumna. Pocięły ją kule, straciła blask marmurów i złoceń. Mieli na nią oko łupieżcy i rabusie, czekały ją przenosiny. 

Wysadzić kolumnę

Najpierw podczas „potopu” król szwedzki Karol Gustaw chciał się jej pozbyć, aby nie przypominała o dawnych zwycięstwach Polaków nad Szwedami i polskich pretensjach do szwedzkiego tronu. Postanowił przenieść pomnik dalej, w głąb Krakowskiego Przedmieścia (prawdopodobnie w okolice miejsca, w którym w 1683 r. stanęła figura Matki Boskiej Pasawskiej). Ponoć liczył, że podczas przenosin zabytek ulegnie zniszczeniu. Kiedy nie znalazł chętnych do wykonania zadania, rozmyślał o wysadzeniu kolumny. Ostatecznie jednak chciał ją „wymienić” na swego feldmarszałka Arvida Wittenberga (który dostał się do polskiej niewoli), do czego zresztą nie doszło, a Karol Gustaw rozpoczął odwrót. 

Z kolei kilkadziesiąt lat później król August II Mocny z głupia frant zaproponował kolumnę carowi Piotrowi Wielkiemu, któremu albo bardzo przypadła do gustu, albo raziły go napisy na jej tablicach, mówiące o zwycięstwach nad Moskwą. Pomysł wywiezienia zabytku do Rosji jednak upadł, bo był technicznie zbyt skomplikowany.

W okresie rozbiorowym władzom miejskim z jednej strony udało się m.in. wymienić zniszczony trzon kolumny, z drugiej przesunięto ją nieco na zachód i… zupełnie niepotrzebnie otoczono monument basenikiem z trytonami, tryskającymi wodą. „Ozdoby” te przetrwały do okresu międzywojennego, kiedy je usunięto. Niestety, nie był to koniec kłopotów kolumny. Podczas II wojny światowej powalili ją hitlerowcy, jak wiele innych warszawskich pomników. 
Kiedy wzniesiono ją ponownie za czasów Polski Ludowej… stanęła w innym miejscu niż pierwotnie! Przesunięto ją o 6 metrów na północny wschód (przez co zeszła z osi ul. Senatorskiej na oś Krakowskiego Przedmieścia) i lekko obrócono. Zrobiono to celowo. Powód: budowa pod placem Zamkowym tunelu trasy W–Z. Jednak warszawiacy tłumaczyli to sobie inaczej – że wcześniej król za bardzo eksponował tylną część ciała w stronę Kremla. Dobrze, że Waza chociaż nie stracił krzyża, choć ponoć komuniści chcieli go usunąć! 

Kolumna nie traciła na popularności jako źródło anegdot. Opowiadano o tym, jak jakiś cwaniak „sprzedał” ją mało rozgarniętemu przyjezdnemu. „Owo szczytowe oszustwo: sprzedaż kolumny Zygmunta – jeśli w ogóle nie jest to barwna legenda – wydarzyć się musiało chyba już po pierwszej wojnie światowej, bo przedtem nie ma śladu, by ktoś o czymś takim pisał, nawet żartem” – zaznaczył w 1982 r. w książce „Ciemne sprawy dawnych warszawiaków” autorytet w dziedzinie historii przestępczego półświatka w stolicy Stanisław Milewski. 

Szabla opada

Po Warszawie krąży również legenda mówiąca, że jeśli miasto czeka jakaś klęska, uwieczniony na pomniku król zaczyna opuszczać szablę. Ciekawe, że w tej historyjce może być ziarno prawdy. A to za sprawą pewnych wydarzeń z czasów Księstwa Warszawskiego. „W czerwcu 1808 r. Aleksander Potocki, minister Policji Księstwa Warszawskiego, pisał do Ministra Spraw Wewnętrznych, że statua króla Zygmunta na kolumnie pochyliła się i że spodziewa się, iż ten raczy »wydać rozkazy, aby na wszelki przypadek wczesno uczynione zostało zaradzenie«. Zbadanie sprawy powierzono budowniczemu Adolfowi Schützowi, który orzekł, że pochylenie to było zawsze, zresztą widać je tylko od Zamku i Podwala. Niebezpieczeństwa nie ma, ale dla pewności »naydogodnieysze« byłoby wyprostowanie statuy i zabezpieczenie całości. Poparł go budowniczy wojewódzki Hilary Szpilowski, pisząc, że nachylenie uczyniono dla równowagi (optycznej), ale figura od 1743 r. niereperowana wymaga remontu” – opowiada historyk i varsavianista Hubert Górski, który zbadał dokumenty na ten temat.

A zatem nasi przesądni przodkowie mogli z obserwacji „pochylania się” kolumny wywnioskować, że król opuszcza bądź wznosi szablę! Pozostawało dorobić do tego jakąś ideologię, co w burzliwych czasach napoleońskich nie było trudne. Ale wspomniany przez varsavianistę remont sprzed dwóch wieków miał jeszcze bardziej niezwykły ciąg dalszy. 

„Wzniesiono więc rusztowanie. 15 lipca o godzinie 11 w południe wdrapał się po nim niejaki Jan Dmuchowski »i tamże będącą Blachę ołowianą pamiątke Maystra który w roku 1743 reparował oderwał«. Ujęty został przez wartę, która poznała, że delikwent jest »na zmysłach defektowany« i do szpitala bonifratrów »na Kuracyą oddała«. A blachę załączono do policyjnego raportu. A oto treść napisu na niej umieszczonego: »Ja Franciszek Dąbrowski maiąc dyspozycyą nad reparacyą Zamku Warszawskiego od Podskarbiego Nadwornego Macieia Grabowskiego reparowałem te Kolumne i Statue Króla Zygmunta Złotem Żelazem Ołowiem Kamieniem Kitem maiąc Kamieniarza Jana Stachowskiego z Krakowa Maystra w Sztuce Kamieniarskiej wielce biegłego Roku Pańskiego 1743«” – mówi Hubert Górski.

Ten incydent z rabusiem nie był niestety jedyny. 

Depozyt pod koroną

W „Ciemnych sprawach dawnych warszawiaków” Stanisława Milewskiego trafiamy na ślad wydarzenia jeszcze bardziej tajemniczego: „Stojący na kolumnie król został bowiem okradziony. Stało się to w 1885 r., gdy monument zamierzano poddać zabiegom konserwacyjnym i otoczono go rusztowaniem. Pozostawiono je następnie na dłuższy czas, bo okazało się, że koszt restauracji kolumny wyniesie ok. 23 tys. rb, a takiej kwoty miasto nie mogło wysupłać. Korzystając z owego rusztowania, ktoś – podobno nawet nie umiejący czytać – wyjął z królewskiej korony, odkręciwszy śrubki, znajdujące się tam dokumenty”.

Brzmi to wręcz sensacyjnie! Pod królewską koroną znajdowały się jakieś dokumenty! To możliwe, bo – jak pisali przed laty tak poważani historycy jak Aleksander Kraushar (1916) czy Aleksander Wejnert (1858) – posąg odlany jest ze spiżu w całości „prócz szabli i jabłka na koronie, które się wyśrubować może”. Pod wyśrubowanym jabłkiem mogła faktycznie być skrytka. Pytanie, co takiego znajdowało się wewnątrz? Niestety, autor „Ciemnych spraw dawnych warszawiaków” zmarł w 2013 roku… Pozostaje nam więc jakoś wytropić wspomniany przez niego incydent. 
Dziennikarz varsavianista Rafał Jabłoński wspomniał o nim w „Rzeczpospolitej”, powołując się na artykuł z popularnego w 2. poł. XIX w. warszawskiego tygodnika „Kłosy”. „W roku 1885, podczas remontu kolumny Zygmunta, ktoś wszedł nocą na rusztowanie i wyjął z korony posągu dokumenty. Jak twierdził felietonista »Kłosów«, podobno złodziej nie wiedząc, co z nimi zrobić, sprzedał je, ale czy to prawda i czy zostały odnalezione – nie znalazłem potwierdzenia” – napisał Jabłoński w 2012 r. Kiedy skontaktowaliśmy się z nim w październiku 2013 r., nie wiedział niestety nic więcej.

Zapytaliśmy zatem o tę sprawę varsavianistę Huberta Górskiego. Odesłał nas do numeru 1060 „Kłosów” z 10 października 1885 r., z charakterystyczną okładką – właśnie z posągiem króla Zygmunta. Znajdowały się tam informacje o planowanym remoncie zabytku, ale niestety nie o jego okradzeniu. Badacz zasugerował, że może temat pojawiał się w sąsiednich wydaniach czasopisma. I faktycznie, udało się.

Wścibski rewirowy

W nr. 1059 „Kłosów” (3 października 1885 r.) znaleźliśmy następujący ustęp: „Trudno zrozumieć, w jakim celu pewne indywiduum po rusztowaniu dostało się na sam szczyt kolumny Zygmunta i wyjęło z korony posągu dokumenta, które tam spoczywały. Przywłaszczyciela dokumentów odnalazł następnie jakiś literat, tak przynajmniej opiewa wiadomość, podana w jednem z pism codziennych. Cała ta sprawa w ogóle jest dosyć dziwną i świadczy, jak mało u nas mają poszanowania pomniki publiczne, oraz inne zabytki”.

W dalszym ciągu owej rubryki, zatytułowanej „Pokłosie”, czytamy jeszcze: „Dokumenta owe bez ceremonii wyjęła z pomnika osoba, która nie umiała ich nawet przeczytać, która nie wiadomo po co drapała się na szczyt rusztowania i dla zabawy odkręcała szrubki od korony. Nie należy wątpić, że to nadużycie właściwie skarconym będzie, a straż miejska otrzyma rozkaz bacznego czuwania nad całością pomnika, należącego do tak nielicznych ozdób naszego miasta”.

Historia ma więc potwierdzenie. Pytanie, co też mogło być w tych dokumentach? „Są dwa rodzaje takich depozytów, składanych w rozmaitych budowlach: oficjalne – umieszczane przez władze, i nieoficjalne – przez majstra z robotnikami. Tutaj stawiałbym raczej na tę drugą. Co innego akt fundacyjny, a co innego taki depozyt – mówi „Focusowi Historia” Witold Migal z Państwowego Muzeum Archeologicznego, mający orientację w takich „kapsułach czasu” (jest m.in. współautorem wystawy związanej z prehistorycznym „człowiekiem z Janisławic”, odkrytym w 1937 roku). 
– To bardzo ciekawa rzecz. Fantastyczne zagadnienie badawcze. Takie depozyty mają historyczną wartość. Podobnie jak groby, w które wkładano rzeczy, związane ze zmarłymi. A nawet jak śmietniki z dawnych czasów, które wiele nam mówią o ówczesnym życiu”.

Takie małe skarby bywają znajdowane nawet w dotkniętej przez wojny Warszawie. Na przykład w 2004 r. podczas remontu XVIII-wiecznej figury św. Jana Nepomucena na ul. Senatorskiej trafiono na ukrytą w cokole ołowianą tabliczkę fundacyjną. Jak dowiadujemy się od innego fachowca nieoficjalnie, nikt jednak systematycznie się takimi sprawami nie zajmował i nie zajmuje. A na szczegółowe informacje można natrafić tylko przypadkowo – w starych pamiętnikach, korespondencji, może w XIX-wiecznych publikatorach.

Pozostało nam szukać dalej. „Kłosy” powołały się na „jedno z pism codziennych”. A więc znowu czekało nas szperanie w archiwach! Po godzinach poszukiwań… sukces. Oto „Kurjer Warszawski” napisał 28 września 1885 r.: „Przed dwoma tygodniami rewirowy F., ulegając ciekawości, wszedł na wierzchołek rusztowania okalającego pomnik króla Zygmunta III. Oglądając wierzchołek figury, F. zauważył, iż krzyż zdobiący koronę jest umocowany na szrubie. Odkręcił tedy takową i we wnętrzu korony znalazł sporą paczkę pergaminów, które wszakże z powodu zbyt małego otworu nie pozwalały się wydostać bez uszkodzenia. Za pomocą jednak szpilki udało mu się wyjąć jedną kartę, którą po zejściu z rusztowania pokazywał uczniowi w przyległej aptece. Młody farmaceuta skopiował dokument, który wszakże z powodu nieczytelności, jak niemniej znajomości łaciny przez przepisywacza, zmuszeni jesteśmy przytoczyć w polszczyźnie. Brzmi on w sens następujący: »W r. 1740-tym dokonał naprawy pomnika króla Zygmunta, z narażeniem własnego życia, Leon Dąbrowski; W r. 1810-tym Włoch Boretti, dorobił u stóp figury żelazne spojenia i zamki«. Oryginalny dokument znajduje się w rękach »znalazcy«, inne zaś pozostały wewnątrz korony. Nie wątpimy, iż F. zwróci wziętą przez siebie kartę, która stanowi niejako archiwum pomnika. Jednocześnie winniśmy dodać, iż zostaliśmy wprowadzeni w błąd mylną informacją, jakoby figura Zygmunta zdjętą już została. Nastąpi to dopiero wówczas, kiedy sprawa odnowy pomnika ostatecznie będzie zdecydowaną”.

A zatem Witold Migal miał rację: były to dokumenty pozostawione przez kolejnych majstrów, naprawiających pomnik. 

Strzaskany pomnik

W żadnym jednak źródle nie mogliśmy znaleźć informacji o dalszym losie pergaminów wyjętych przez wścibskiego rewirowego. Nic nie wiadomo też o tych, które pozostały pod koroną. Nic nie wskazuje, aby ktoś zajął się nimi przed II wojną. A potem przyszła katastrofa. W czasie powstania warszawskiego kolumna padła, zdruzgotana niemieckim pociskiem czołgowym. Całe szczęście posąg w większości przetrwał. 
„Utrącone zostały tylko: część przedramienia lewej ręki z krzyżem oraz szabla. Z pozostałych części brązowych pomnika zaginęły: orły z girlandami, tablica upamiętniająca konserwację za Augusta III oraz dwie tablice cokołu, wschodnia i południowa. Po wyzwoleniu stolicy posąg przewieziono do Muzeum Narodowego, gdzie stał się jednym z bardziej wymownych eksponatów na wystawie »Warszawa oskarża«” – pisze Barbara Zielińska-Szymanowska w monografii „Kolumna Zygmunta” (1972) i dodaje: „Projekt odbudowy kolumny opracował architekt Stanisław Żaryn. Konserwację i uzupełnienie brakujących części posągu oraz zrekonstruowanie zaginionych tablic wykonała pracownia Braci Łopieńskich. Autorem modeli był artysta rzeźbiarz Józef Gazy. Plany ustawienia kolumny oraz nadzór techniczny nad przebiegiem prac sprawował prof. Stanisław Hempel. W dniu 22 lipca 1949 roku nastąpiło odsłonięcie kolumny”.

Skoro renowacją posągu zajmowała się pracownia Braci Łopieńskich, skontaktowaliśmy się z tą firmą. Tym bardziej że głowa króla była uszkodzona. Jak widać na zdjęciach z 1945 r., w koronie brakowało właśnie wieńczącej ją gałki (miniaturowego królewskiego jabłka), pod którą można było dostać się do pergaminów! Niestety, z posiadanej przez Braci Łopieńskich dokumentacji nie wynika, aby cokolwiek pod koroną znaleziono, o ile w ogóle tam zaglądano. 

Wykryto za to – jak pisze w „Okruchach brązu” Tadeusz Łopieński – że „prawdopodobnie kiedyś cała rzeźba pokryta była cienką warstwą złota”. Ponadto ze wspomnianej książki wynika, że także XX-wieczni renowatorzy kolumny pozostawili po sobie ślad. Na przykład Józef Gazy wyrył swoje nazwisko na zrekonstruowanym królewskim pierścieniu, zaś „metalowa puszka z nazwiskami tych, którzy przywrócili Warszawie pomnik, spoczęła pod stopami władcy, tuż obok miejsca, na którym włoscy brązownicy remontujący posąg w roku 1743 wyryli swoje nazwiska”. Zwyczaj ten ma więc nie tylko długą tradycję, ale i jest kontynuowany.

Głowa czeka

Co jednak z oryginalnym „depozytem” pod koroną króla Zygmunta III? Może kolejne prace renowacyjne – z 1977 roku – odsłoniły tajemnicę? Za prace te odpowiadało Przedsiębiorstwo Państwowe Pracownie Konserwacji Zabytków, w dawnej formie już nieistniejące. Jak się dowiedzieliśmy, akta po PP PKZ zostały przekazane do Narodowego Instytutu Dziedzictwa. I faktycznie, w archiwum NID w Grodzisku Mazowieckim znajdujemy wykonane na zlecenie warszawskich władz opracowanie z 30 grudnia 1977 r. autorstwa Krzysztofa Lesiaka pt. „Kolumna Zygmunta III Wazy”. Wynika z niego, że zabytek pełen jest mniejszych i większych napisów i sygnatur. Kilka z nich jest nieczytelnych, np. na rękawicy króla. O innych wiadomo, że istniały, ale nie przetrwały do naszych czasów – jak ołowiana tabliczka o reperacji z 1743 r., skradziona za czasów Księstwa Warszawskiego i już niezinwentaryzowana w XX w. 

Czy podobny los spotkał pamiątki ukryte pod koroną? Opracowanie z 1977 r. tego nie wyjaśnia. Ba, nawet o nich nie wspomina! Żadnych sensacji nie przyniosły także kolejne mniejsze i większe konserwacje kolumny. O sprawie „depozytu” jakby zapomniano…

Niewykluczone, że ktoś wyciągnął pergaminy z pomnika, gdy hitlerowcy go obalili. Ale możliwe też, że resztki „depozytu” wciąż znajdują się w koronie! „Najprościej byłoby zobaczyć na miejscu, jak faktycznie ta część jest przymocowana, a potem zajrzeć, czy coś jest wewnątrz. Nieinwazyjnie to sprawdzić byłoby trudno ze względu na metal użyty do wykonania rzeźby, ale można byłoby spróbować użyć rentgena czy USG. Nawet takiego przenośnego aparatu. To dałoby już wgląd, czy coś, co daje wyraźny obraz, a nie jest częścią odlewu, znajduje się w środku. Wychwyciłoby co najmniej kształt pergaminów, a na pewno monety, druty czy pieczęcie” – mówi „Focusowi Historia” Witold Migal z Państwowego Muzeum Archeologicznego.
Może kiedyś państwowe lub miejskie instytucje znajdą na to czas i pieniądze. Skoro parokrotnie przy okazji zdobycia piłkarskiego mistrzostwa Polski przez Legię Warszawa jej przedstawicielom udało się dostać dźwigiem do posągu króla i zawiesić na nim klubowe szaliki, nie jest to zadanie niewykonalne. 

Więcej o samym królu Zygmuncie III, jego czasach i ocenie rządów Wazy w nowym Focusie Historia nr 6/21.