Wyobraźmy sobie, że po śmierci każdego polityka rządzącego Polską specjalna komisja sejmowa musi znaleźć jego nowe wcielenie... Tybetańczycy właśnie w taki sposób od wieków wybierają swoich przywódców. I nieuchronnie zbliża się moment, gdy będą znów musieli dokonać wyboru. W tym roku Dalajlama XIV kończy 75 lat. Chociaż zrezygnował z przejścia na emeryturę, ogranicza swoją aktywność. Większość czasu poświęca na nauczanie medytacji i zasad buddyzmu. Podczas podróży zagranicznych już prawie nie wypowiada się na tematy polityczne.

Przywódca niespełna sześciomilionowego narodu to jedyny obok papieża globalny autorytet moralny. Kiedy wielcy tego świata stają przed alternatywą: spotkać się z nim i narazić na gniewne pomruki Chin albo w imię doraźnych interesów odmówić spotkania, z reguły wybierają pierwszy wariant. Uległ nawet Barack Obama, który w listopadzie ub.r. nie przyjął Dalajlamy w Białym Domu, lecz już w lutym tego roku zmienił zdanie. Bo tego chce opinia publiczna. Dla Tybetańczyków Jego Świątobliwość jest ostateczną wyrocznią, z której słowami i decyzjami nikt nie próbuje dyskutować. Ale i on nie może podjąć jednej, być może najważniejszej dla przyszłości narodu decyzji – wskazać swego następcy, gdyż ta osoba jeszcze się nie urodziła…

OJCIEC I SYN


Zgodnie z tybetańskimi wierzeniami wielcy lamowie – czyli mistrzowie i przewodnicy duchowi – są kolejnymi wcieleniami dalekich poprzedników, którzy osiągnęli stan oświecenia. Jako buddowie mogli przejść do nirwany, jednak powstrzymali się przed tym i pozostali wśród ludzi, by pomagać im i wskazywać drogę do wyzwolenia z koła kolejnych wcieleń.

Te doskonałe i altruistyczne istoty nazywa się bodhisattwami. Obecny Dalajlama jest uważany za 14. wcielenie najbardziej czczonego w Tybecie, uosabiającego współczucie, bodhisattwy Awalokiteśwary. Drugą pozycję w hierarchii zajmuje panczenlama – zwierzchnik potężnego klasztoru Tashilunpo w Shigatse i inkarnacja buddy Nieskończonego Światła Amithaby. Stosunki między oboma hierarchami porównuje się często do relacji ojca i syna, tyle że zamieniających się rolami. Dzieje się tak po śmierci jednego z nich, gdy trzeba znaleźć i wykształcić chłopca będącego nowym wcieleniem zmarłego.

Poszukiwania dziecka, a właściwie istoty określanej jako tulku, prowadzą doświadczeni mnisi. Oni też poddają to dziecko testom, aby potwierdzić, że w jego ciele rzeczywiście odrodziła się dusza zmarłego przywódcy. Ostateczną decyzję zatwierdzającą wybór podejmuje najwyższy rangą żyjący hierarcha. Oznacza to, że rozstrzygający głos o tym, kto zostanie XV Dalajlamą, będzie należał do zwierzchnika klasztoru w Shigatse. Gdy w styczniu 1989 r. zmarł na atak serca X Panczenlama, okupujący Tybet Chińczycy docenili wagę tego wydarzenia. Uznali, że otwiera im drogę do wywarcia wpływu na wybór przyszłego dalajlamy i przystąpili do wyjątkowo cynicznej rozgrywki…

KOMUNIŚCI PATRZĄ W NIEBO


W pekińskich gazetach nagle ukazały się zdumiewające teksty. Z jednej strony wyrażano w nich żal z powodu odejścia „wybitnego patrioty”, z drugiej zapowiadano, że chiński rząd udzieli wszelkiej pomocy w odnalezieniu nowej inkarnacji zmarłego. Do tej pory komunistyczny reżim zwalczał religię Tybetańczyków, a jego propagandyści wykpiwali wiarę w reinkarnację jako przejaw ciemnoty i relikt feudalizmu. Teraz nieprzejednani ateiści wyrażali gotowość włączenia się w poszukiwania tulku.

Mało tego, w komunikacie opublikowanym przez agencję Xinhua, przedstawiono pięć zasad, na których podstawie miało się dokonać rozpoznanie XI Panczenlamy: odczytywanie znaków, przeprowadzenie testów, uzyskanie potwierdzenia przez wyrocznię, losowanie i... zatwierdzenie wyboru przez władze w Pekinie. Poza ostatnim punktem, wszystkie pozostałe były zgodne z tradycyjną procedurą. Wymóg akceptacji przez chiński rząd również wydawał się możliwy do przyjęcia, bo przecież kandydatów wyłanialiby mnisi z klasztoru Tashilunpo. Za sprawiającymi wrażenie ugodowych gestami kryła się jednak misterna intryga. Na jej snucie Chińczycy mieli dużo czasu.

ŻYWY BUDDA