Sprawa mordercy-sadysty z warszawskich Bielan jest mało znana. Może dlatego, ze stanowi

przykład bezsensownego, wyjątkowo okrutnego, typowego polskiego zabójstwa. Jeden z wielu...



Dziewczęta zostały zamknięte w pokoju, a drzwi otwierał Jendraśkiewicz. Niski, utykający mężczyzna, który zaledwie kilka dni wcześniej wynajął pokój w ich mieszkaniu, wypuszczał je wyłącznie do toalety. Kazał przechodzić przez największy pokój bez rozglądania się. Ale przecież dostrzegały ciało Piotra Wanata leżące na podłodze w kałuży krwi i czuły coraz intensywniejszy smród, a później słyszały odgłosy rąbania. Gdy Jendraśkiewicz wywołał najstarsząMartę, w ręku trzymał za włosy głowę Piotra – strzępy skóry szyi zwisały jak potworne frędzle. – Jak piśniesz komuś słowo, zrobię z tobą i siostrami to samo.

Szeptem powiedziała dziewczynkom, co zobaczyła – odrąbaną głowę Piotrka, z którym śpiewały wieczorami piosenki. Gdy Marta znowu została wywołana, mieszkanie było puste. Jendraśkiewicz kazał jej posprzątać dokładnie łazienkę i pokoje. I wyszedł. Najpierw wywietrzyła smród wywołujący torsje, potem pozmywała łazienkę pełna krwi, strzępów ciała i kości. Wrzuciła je do sedesu i spuściła z wodą.


Nie zabijajcie mnie, mam dziecko!

W zakładzie wychowawczym na krańcu Polski, dokąd wróciła następnego dnia po kilkutygodniowej przepustce, budziła się w nocy z krzykiem. Po kilku nieprzespanych dobach opowiedziała dyrektorowi, co się zdarzyło w nocy z 13 na 14 października 1990 roku w ich trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. W największym pokoju siedziało wówczas przy wódce kilka osób.


Byli tam: Ireneusz Jendraśkiewicz, niewysoki trzydziestoparolatek z „narzeczoną”, zwana w środowisku Pudlica z powodu szopy czarnych kręconych włosów; Jerzy Lutomski, zwalisty mężczyzna, który akurat odwiedził Irka, oraz właścicielka mieszkania, matka dziewczynek Zofia S. Jendraśkiewicz z Pudlica w ciągu dnia sprzedawali na Wolumenie – znanym bielańskim bazarze – termosy, które zwinęli a wieczorami pili.

Tamtego wieczoru konsumpcje zakłócały im wrzaski z ulicy. Pijany Piotr Wanat wykrzykiwał obelgi pod adresem Zofii S., która nie sprzedała jego gitary, jak obiecała, ale i nie zamierzała jej zwrócić, a nawet wpuścić go do mieszkania. Towarzystwo siedziało po ciemku, chowając się przed wierzycielami, wiec wrzaski Wanata mogły ich zdradzić. Jendraśkiewicz podjął się uciszenia intruza. Dziewczęta obserwowały przez okno, jak obaj rozpili butelkę na pobliskiej ławce i wrócili skumplowani do towarzystwa, które napoczęło kolejna flaszkę.

Osiemnastoletnia Marta, młodsza o dwa lata Kaśka i najmłodsza czternastoletnia Dorotka szykowały się do snu, gdy do ich pokoju wszedł Jendraskiewicz. Poszukiwał jakiegoś ciężkiego przedmiotu, najlepiej młotka, ale mogło być i żelazko. Powiedziały, gdzie je znajdzie, i niebawem usłyszały krzyk Piotra: nie zabijajcie, nie zabijajcie, mam dziecko, nie zabijajcie! Potem rozległ się zduszony charkot, odgłosy uderzeń… Wyskoczyły ze swojego pokoju – Piotr Wanat leżał na podłodze, a obaj mężczyźni zadawali mu ciosy nożami. Wtedy właśnie zostały zamknięte w pokoju.

Powiadomiona przez dyrekcje zakładu wychowawczego policja zastała jedynie właścicielkę mieszkania, która „nic nie widziała i nie słyszała, ponieważ spała na tapczanie odwrócona do ściany”. Gdy się przebudziła, Piotr Wanat juz nie żył. Później był problem: co zrobić z ciałem? Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, znoszenie po schodach zwłok było zbyt ryzykowne. Na razie pocieszali się wódka w asyście trupa. Na cos musieli się jednak zdecydować. Poćwiartowali ciało i wywieźli je za Warszawę samochodem byłego męża Pudlicy. Ręce i nogi wynieśli do samochodu mężczyźni w podręcznych

torbach, korpus zawinięty w dywan wyrzucili przez okno i zapakowali do bagażnika, następnie ruszyli do lasu na północnych obrzeżach stolicy. Rozkawałkowane ciało zakopali w różnych miejscach, skrwawiony dywan wrzucili do Wisły, po czym zaczęli szukać kryjówek.

Jendraśkiewicz z Pudlica (która czujnie ostrzygła włosy) ukrywali się po kilka dni u kolejnych znajomych, dopóki informacje w gazetach ich nie zdradziły. Zostali aresztowani w miesiąc po dokonaniu zbrodni. Zatrzymano także Jerzego Lutomskiego. Wszyscy zwalali winę na „nieznanych młodych mężczyzn”, którzy ciągle kręcili się po mieszkaniu Zofii S.


Była to melina i dom uciech

Zofia urodziła dziewczynki pierwszemu mężowi, nazwisko nosiła po drugim, a w konkubinacie pozostawała z dochodzącym trzecim, którego syn był z kolei narzeczonym najstarszej córki (ta niebawem sama urodziła dziecko). Zresztą wszystkie panienki miały swoich kawalerów. Matka podnajmowała pokoje Ukraińcom lub „potrzebującym”, którzy ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości. Żyli ze złodziejstwa, z włamań i rozbojów, a głównym ich pożywieniem była wódka – nie znali bez niej życia. Nie należeli do żadnej grupy przestępczej, gdyż gangi zaczynały się dopiero tworzyć z takich właśnie drobnych opryszków jak oni.


Policyjny pies już 7 listopada 1990 roku wskazał miejsca, gdzie zakopano fragmenty tułowia, prawej nogi i głowy Piotra Wanata. W maju następnego roku odnaleziono następne części ciała. Śledztwo toczyło się zwyczajnym u nas (czyli niemrawym) trybem, niemniej po dwu latach zostało zakończone i w 1992 roku można było rozpocząć proces. Tymczasem Ireneusz Jendraśkiewicz zniknął. Dlaczego? Bo w areszcie śledczym w Łodzi wybuchła epidemia gruźlicy i władze więzienne nie mogły sobie z nią poradzić. Oskarżonemu, który juz cierpiał na liczne schorzenia (noga końsko-szpotawa, epilepsja, zaburzenia pracy serca), groziłaby nową ciężką choroba, wiec wypuszczono go do domu. Trzydziestokilkuletni wówczas Ireneusz zrobił to, czego należało się spodziewać – zbiegł za granicę.

Po międzynarodowym liście gończym odezwała się Francja. Jendraśkiewicz odsiadywał tam wyrok za zabójstwo Polaka ukraińskiego pochodzenia. Motywem morderstwa w opuszczonych piwnicach były prawdopodobnie porachunki przestępcze – tak uznali Francuzi. Zapewnili, że przekażą go Polsce dopiero po odbyciu kary nad Sekwana, zgodnie z wola samego więźnia. Nic dziwnego. Warunki w tamtejszych więzieniach są luksusowe w porównaniu z naszymi. Gdy oskarżony stanął wreszcie przed polskim sadem, ubrany był w modne sportowe ciuchy, a jego obuwie stało się przedmiotem westchnień młodych świadków.


We Francji dostał siedemnaście lat, warunkowo został zwolniony w 2007 roku i dopiero wtedy miał odpowiedzieć za morderstwo z roku 1990. Córki Zofii S. były juz dojrzałymi kobietami. Najstarsza Marta pracowała w opiece społecznej i wydawało się, ze wróciła na łono społeczeństwa. Średnia Kaśka zbuntowała się w specyficzny sposób – uczestniczyła w skokach młodzieżowej bandy. Zatrzymana jako świadek w procesie Lutomskiego i Pudlicy, została z nimi zapakowana do tego samego więziennego transportu (co było prawnie niedozwolone), a ci postarali się tak ja zastraszyć, że o zabójstwo oskarżyła jednego ze swoich absztyfikantów. Wycofała potem to oskarżenie, ale zdaniem starszej siostry „zapłaciła najwyższą cenę za tamte przeżycia”. Najmłodsza Dorota wyjechała do pracy we Włoszech i właściwie nic o niej nie wiadomo.

Wielokrotnie przesłuchiwane wcześniej kobiety nie chciały wracać do traumy, nie stawiały się na przesłuchania, nie odbierały wezwań, sąd zagroził im w końcu zatrzymaniem na 48 godzin i doprowadzeniem przez policje, matce nawet miesięcznym aresztem. Dopiero to poskutkowało. Jerzy Lutomski i Pudlica, Bożena Wiertak- -Ignaczak, którzy zostali osadzeni w 1994 roku, odbyli juz swoje kary i z wolności stawiali się na rozprawy jako świadkowie. Byli steranymi fizycznie ludźmi, lecz mocno wrośniętymi w kryminalny margines.


Lutomski wytłumaczył to dokładnie: „bo w naszym świecie jest inaczej niż w świecie Wysokiego Sadu”. Chodziło o słowo „frajer” użyte przez Piotra Wanata w stosunku do Jendraśkiewicza, za co ten pierwszy zapłacił życiem. Lutomski wyjaśnił, ze chodzi mu o różnicę w pojmowaniu honoru w obu równoległych światach. Honoru, który nakazuje zabić...


Prywatna karetka wozi mordercę

Jendraśkiewicz dowożony był do sadu ambulansem prywatnego pogotowia Falck z trzyosobową załoga (kierowca, sanitariusz i lekarz), czekającą na sali do zakończenia rozprawy. Koszt takiej asysty – jednorazowo półtora tysiąca. Mimo takiej opieki morderca kilkakrotnie trafiał do więziennego szpitala i za każdym razem domagał się przeniesienia do szpitala cywilnego, zadał tez leczenia w specjalistycznym zakładzie aż w Gdańsku. Sąd za każdym razem odbywał narady, a gdy odmawiał, oskarżony składał wniosek o uchylenie aresztu. Trzeba dodać, ze nie miał bliskiej rodziny i na wolności mógł liczyć na mieszkanie u dalekiej krewnej. W czasie procesu przebył kolejny zawał serca, wiec korzystanie z publicznej służby zdrowia na wolności gwarantowało mu szybki koniec. Paradoksalnie to właśnie wiezienie zapewniało mu dostateczna opiekę medyczna. W takich warunkach proces ciągnął się od 2007 do 2010 roku i zmierzał ku nieuchronnemu końcowi. Wtedy Jendraskiewicz wystąpił z oświadczeniem, ze to Zofia S. i jej najstarsza córka obezwładniły pijanego Piotra Wanata, a następnie Marta zabiła go ciosami noża. Nie przedstawił jednak żadnych dowodów.


W procesie uczestniczyła jako oskarżyciel posiłkowy matka zamordowanego, kompletnie niezorientowana w procedurach, nierozumiejąca prawniczej terminologii, a nawet języka wykształconych ludzi. Sad przydzielił jej wiec do pomocy adwokata z urzędu. Przed wydaniem wyroku ta niziutka, skromnie ubrana kobiecina wyciągnęła zdjęcie syna z pierwszej komunii i ze słowami „takiego pięknego syna zamordował” (rzeczywiście był to ładny chłopiec), rzuciła się na kolana przed sądem, prosząc, aby ukarał mordercę.

Według obowiązującego kodeksu karnego groziło mu dożywocie, jednak zbrodnie popełnił w czasie, gdy można mu było wymierzyć za nią 25 lat wiezienia. Sad okręgowy był zobowiązany do zastosowania tego łagodniejszego wymiaru kary, a sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy. W wieku Jendraskiewicza i przy jego stanie zdrowia jest to prawdopodobnie równoznaczne z dożywociem.

Ktoś może zapytać, ile – jako społeczeństwo – zapłaciliśmy za osadzenie mordercy psychopaty? Jakie są koszty pobytu w więzieniu, leczenia przez lekarza więziennego, pobytów w więziennym szpitalu i w klinice na Wołoskiej, dowożenia na rozprawy karetką więzienną, później ambulansem Falck, czas i dojazdy świadków, także tych, którzy uchylali się od stawiennictwa i trzeba było posłużyć się policja do ich sprowadzenia? To nie koniec. Do tego dochodzą jeszcze: biegli wzywani z Łodzi, policjanci na sali pilnujący oskarżonego, tłumacze przysięgli z francuskiego, transport z Francji z obstawa, faksy i telefony krajowe i międzynarodowe, usługi pocztowe tzw. zwrotki, obrońcy z urzędu, pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej, kilkadziesiąt rozpraw i utrzymanie sal sadowych, prokurator, protokolantki, czterech sędziów zawodowych i sześciu ławników dwóch składów… Nie sposób tego wycenić, bo należałoby doliczyć i dwa lata śledztwa sprzed lat. Gdyby nie popełniono wówczas niewybaczalnego błędu i nie wypuszczono mordercy na wolność, nie trzeba by było po dwudziestu latach dodatkowo opróżniać kieszeni podatników na wymierzenie sprawiedliwości. Choć jaka sprawiedliwość zrównoważy bezsensowna śmierć?