powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Styl życia

Kupiłam, ale czy to naprawdę moje? Czy jeszcze coś posiadamy, skoro wszystko jest na abonament?

Jest coś bardzo uspokajającego w posiadaniu rzeczy. Kupuję książkę, stawiam ją na półce i wiem, że jest moja. Mogę ją przeczytać dziesięć razy, mogę pożyczyć znajomej, mogę sprzedać ją na Vinted, mogę zostawić komuś w spadku albo po prostu trzymać przez trzydzieści lat, aż papier pożółknie, a ja zacznę twierdzić, że to nie starość książki, tylko jej „vintage charakter”. Z płytą jest podobnie. Z konsolą, meblem, aparatem fotograficznym czy nawet głupim kubkiem też. Zapłaciłam, dostałam przedmiot i od tego momentu jego dalsze losy są zasadniczo moim problemem. Jeśli jutro producent kubków zbankrutuje, mój kubek nie przestanie przez to być kubkiem. Tak, doskonale wiem, że brzmię teraz bardzo banalnie, ale właśnie ta banalność zaczyna się robić zaskakująco cenna w świecie, w którym coraz więcej rzeczy kupujemy, choć coraz mniej z nich naprawdę posiadamy.

J
Joanna Marteklas
1h temu·12 minut·
Kupiłam, ale czy to naprawdę moje? Czy jeszcze coś posiadamy, skoro wszystko jest na abonament?

Źródło: Pexels

Chcesz czytać więcej treści jak „Kupiłam, ale czy to naprawdę moje? Czy jeszcze coś posiadamy, skoro wszystko jest na abonament?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

Bo co właściwie oznacza dzisiaj „kupić”?

Jeśli kupuję grę na Steamie, widzę cenę, klikam przycisk, pieniądze znikają z konta, a gra pojawia się w mojej bibliotece. Wszystko więc wygląda okej. Tyle że kiedy kilka lat temu ukradziono mi konto na Steamie, to przed jego całkowitą utratą nie uratowały mnie nawet potwierdzenia płatności z konta, a jedynie fizyczne pudełko z kodem, bo gdzieś kiedyś kupiłam jedną grę jeszcze na płytce. Inaczej straciłabym całą (okej, nie tak może dużą) kolekcję, choć przecież za wszystko uczciwie płaciłam.

Nie jest to zresztą tylko kwestia gier, bo dokładnie ten sam mechanizm działa w przypadku książek, filmów i masy innych dzieł kultury (i nie tylko). Sprowadza się to natomiast do małego, ale gigantycznego znaczeniowo kruczka – zakup pod spodem często nie ma klasycznego przeniesienia własności, tylko licencja określająca, na jakich zasadach mogę z tego produktu korzystać. W przypadku cyfrowych treści jest to szczególnie istotne, ponieważ zamiast fizycznego egzemplarza otrzymujemy dostęp kontrolowany przez konto, regulamin i infrastrukturę dostawcy. Innymi słowy, kupuję coś, co wygląda jak produkt, ale zachowuje się trochę bardziej jak przepustka.

Źródło: Unsplash

Jasne, teraz kompletnie nie ma w tym niczego dziwnego, bo już o tym wiemy. Jednak dowiedzieliśmy się tego niestety po fakcie. Odkąd tylko ludzie zaczęli handel oparty na pieniądzach, „kupno” oznaczało, że dana rzecz prawnie jest już nasza. Teraz z kolei zmieniło się to na coś w stylu „w zasadzie to wypożyczasz prawo do korzystania”.

Subskrypcja przynajmniej jest pod tym względem uczciwa. Wszyscy wiemy, że jeśli przestaniemy płacić za Netflixa, Netflix nie wyśle nam komornika po telewizor, tylko przestaniemy oglądać seriale. Nie kupujemy przecież Netflixa na własność, podobnie jak nie kupujemy Spotify. Płacimy za usługę i dostęp do katalogu, który może się zmieniać i ten model jest całkowicie zrozumiały.  Podobnie jest z abonamentami na usługi. Dopóki płacimy dostajemy coś w zamian. Kiedy to się skończy, jesteśmy odcinani. Niestety w pewnym momencie cyfrowa gospodarka zaczęła przenosić tę logikę również na rzeczy, które jeszcze niedawno bez żadnych wątpliwości nazwalibyśmy zakupionymi.

Kiedy „kup” zaczyna znaczyć „możesz korzystać, dopóki wszystko działa”

Najłatwiej zobaczyć ten problem na przykładzie gier. Kiedyś kupowało się pudełko, wkładało płytę do napędu i można było mieć przynajmniej poczucie, że produkt znajduje się fizycznie w naszym domu. Oczywiście i ten model miał swoje ograniczenia, bo instalacja mogła wymagać aktualizacji, aktywacji czy połączenia z internetem, ale przynajmniej istniał materialny egzemplarz. Dzisiaj możemy kupić grę jednym kliknięciem i nawet nie dostać niczego, co da się wziąć do ręki. Zamiast tego pojawia się wpis na koncie, który mówi mniej więcej: „ta rzecz należy do twojej biblioteki”. Wszystko jest dobrze, do czasu.

Wcześniej wspomniałam o kradzieży, ale w rzeczywistości nie musi być aż tak ekstremalnie. Wystarczy, że wygaśnie licencja, dostawca zamknie usługę albo przestanie utrzymywać serwery. Nagle okazuje się, że produkt, za który zapłaciliśmy, nadal istnieje w sensie abstrakcyjnym, ale przestaje być dostępny dla osoby, która go kupiła. To jest właśnie sedno całej sprawy – przy cyfrowym modelu dostępu użytkownik może zostać odcięty od zasobów w związku z zakończeniem określonej usługi czy wyłączeniem infrastruktury, bez możliwości potraktowania zakupionego dobra tak jak fizycznego egzemplarza, który po prostu pozostaje w naszym posiadaniu.

zakupy
Źródło: Julia / Unsplash

Nie da się ukryć, że przyzwyczailiśmy się do myślenia o własności jako o czymś niemal oczywistym. Nie zastanawiam się codziennie, czy moja książka jest naprawdę moja. Nie czytam regulaminu półki z Ikei, żeby sprawdzić, czy przypadkiem producent nie zastrzegł sobie prawa do jej dalszego użytkowania. To byłby idiotyzm. Tymczasem w cyfrowym świecie coraz częściej nasze prawo do korzystania z rzeczy jest uzależnione od całej infrastruktury, której nie kontrolujemy. Serwera, aplikacji, konta, regulaminu, aktualizacji, decyzji firmy. Kupuję produkt, ale za kulisami stoi cała orkiestra, która musi nadal grać, żebym mogła z niego korzystać.

Dlatego określenie „własność cyfrowa” bywa trochę zdradliwe. Czuję, że coś posiadam, bo widzę to w swojej bibliotece, mogę to uruchomić i zapłaciłam za to własnymi pieniędzmi. Jednocześnie jednak zakres moich praw może być zupełnie inny niż w przypadku fizycznego przedmiotu. Gdy na Steamie czy e-booka nie mogę swobodnie odsprzedać. Nie mogę też założyć, że po mojej śmierci ktoś po prostu odziedziczy wszystkie cyfrowe dobra, które przez lata zgromadziłam. W ten sposób z pozornie banalnego „to jest moje” robi się całkiem poważne pytanie o to, czym właściwie jest własność.

Nie tylko ebooki i gry

Przez długi czas można było traktować to jako problem ludzi, którzy kupują cyfrowe książki, muzykę i gry. Trochę niszowy, trochę internetowy, trochę w stylu „kolejny problem, którego nie mieliśmy, dopóki nie wymyślono Steama”. Tyle że cyfrowe zarządzanie funkcjami coraz częściej wchodzi również do świata fizycznego, a wtedy cała sprawa robi się znacznie ciekawsza.

Kupujemy przecież urządzenia, które mają własne oprogramowanie i coraz częściej zdarza się, że przedmiot fizycznie znajduje się u nas, ale część jego możliwości zależy od producenta, jego oprogramowania albo dodatkowej opłaty.

Tu dobrym przykładem są czytniki Kindle. Jakiś czas temu Amazon zapowiedział, że przeszło dziesięcioletnie modele stracą wsparcie. Co to oznaczało dla użytkowników? W zasadzie zostali oni odcięci od kupowania, wypożyczania i pobierania nowych treści z Kindle Store. Brzmi bardzo źle, jednak gigant zapewnił, że wszystko, co było na urządzenie pobrane nadal tam będzie, można więc czytać dalej, bo sam sprzęt też będzie działał. Szkopuł w tym, że jeśli nagle coś by się zepsuło i trzeba byłoby wykonać reset do ustawień fabrycznych, to koniec. Czytnik nadaje się już do śmieci, bo nie da się go ponownie zarejestrować, a tym samym używać.

Źródło: Kindle

Ten kierunek nazywa się Hardware-as-a-Service, czyli zjawisko, w którym urządzenie pozostaje fizycznym przedmiotem kupionym przez nas, ale jego funkcje zaczynają być zarządzane podobnie jak usługa. Wśród przykładów pojawiają się choćby blokowanie alternatywnych materiałów eksploatacyjnych przez oprogramowanie drukarek czy dodatkowo płatne funkcje samochodów i urządzeń inteligentnego domu.

Widzimy to obecnie niemalże na każdym kroku. Samochód zakupiony w salonie ma funkcję podgrzewanych siedzeń, ale zostanie włączona dopiero, gdy zapłacimy abonament. Smartwatch albo smart ring może zmierzyć jakieś konkretne parametry, jednak jeśli nie weźmiemy subskrypcji, to nie mamy do nich dostępu. Oczywiście można powiedzieć, że jest to po prostu nowy sposób sprzedaży funkcji i dopóki klient zna warunki, wszystko jest w porządku. Tylko że wtedy trzeba uczciwie przyznać, że zmienia się nie tylko model biznesowy, ale też nasze rozumienie tego, co oznacza posiadanie produktu.

Najbardziej absurdalne jest to, że możemy mieć coś fizycznie przed oczami, dotykać tego, siedzieć na tym, prowadzić to albo stawiać na stole, a mimo wszystko część tego „czegoś” może znajdować się poza naszym zasięgiem. Kupuję urządzenie, ale jego możliwości mieszkają gdzieś w chmurze. I chmura, jak wiadomo, ma tę drobną wadę, że nie jest moją chmurą.

Prawo próbuje nadążyć za przyciskiem „Kup”

Prawo oczywiście nie siedzi bezczynnie i nie patrzy ze zdumieniem, jak świat przechodzi na abonament. To się akurat chwali, choć nie da się również nie zauważyć, że technologia rozwija się znacznie szybciej niż działają organy regulacyjne.

Dobrym przykładem jest europejski spór dotyczący tak zwanego wyczerpania prawa do rozpowszechniania. W klasycznym świecie ma ono całkiem intuicyjny sens – jeśli właściciel praw sprzedał konkretny egzemplarz, nie może w nieskończoność kontrolować jego dalszego obrotu, czyli klasycznie kupiłam książkę, mogę ją sprzedać. Nie muszę za każdym razem prosić wydawcy o zgodę na przekazanie egzemplarza innej osobie.

W świecie cyfrowym sprawa robi się znacznie bardziej skomplikowana. W sprawie UsedSoft v. Oracle TSUE uznał, że w Unii Europejskiej można legalnie odsprzedawać używane licencje na oprogramowanie – także te pobrane przez internet. Późniejsza sprawa Tom Kabinet pokazała jednak, że tego rozwiązania nie można po prostu przenieść na wszystkie cyfrowe treści. W przypadku ebooków Trybunał przyjął odmienną kwalifikację i uznał, że nie można ich odsprzedawać bez zgody wydawcy.

Gdzie w tym sens? Trudno powiedzieć, ale przekaz zdaje się jasny. Musimy zmienić myślenie, bo cyfrowa rzecz nie zachowuje się jak fizyczna rzecz. Sprzedając dajmy na to takie krzesło, pozbywamy się go z domu. Jednak, gdy chodzi o plik, to jaka jest pewność, że nie zostawimy sobie kopii?

Kalifornia mówi: przynajmniej powiedzcie ludziom, co sprzedajecie

W tym miejscu pojawia się bardzo ciekawy przykład z Kalifornii, o którym naprawdę muszę wspomnieć. Ustawa AB 2426, podpisana w 2024 roku i obowiązująca od początku 2025 roku, dotyczy właśnie sposobu, w jaki sklepy cyfrowe przedstawiają konsumentom transakcje. Jej sens jest w gruncie rzeczy bardzo prosty, bo jeśli coś nie daje konsumentowi klasycznego prawa własności, nie powinno być sprzedawane językiem, który sugeruje, że właśnie tę własność nabył. Sprzedawca może oczywiście oferować licencję, ale musi jasno powiedzieć klientowi, że to licencja i jakie są jej ograniczenia.

To wydaje mi się bardzo rozsądnym podejściem, zwłaszcza na tle tych wszystkich prób udowadniania, że cyfrowy świat da się na siłę wepchnąć w stare definicje. Nikt raczej nie ma nic przeciwko licencjom czy subskrypcjom, o ile od początku wie, że właśnie za to płaci.

Jeśli więc sklep już na początku powie mi „kupujesz dostęp do treści na czas obowiązywania licencji”, to mogę świadomie podjąć decyzję. Jeśli jednak mam tam jedynie „kup teraz”, a dopiero po uruchomieniu programu czytam sobie o umowie licencyjnej, to jest tu coś bardzo nie tak. Niby to jedynie kwestia komunikacji, ale takiej, która zmienia bardzo wiele. W pierwszym przypadku kupuję usługę ze świadomością jej natury. W drugim kupuję wyobrażenie własności, a dopiero później odkrywam, że ta własność jest jedynie iluzją.

Największy absurd następuje… po naszej śmierci

Wiem, że o umieraniu raczej nikt nie chce myśleć, jednak warto się na moment pochylić nad tym tematem. Dziedziczenie i spadki kojarzą nam się z fizycznymi rzeczami. Jak to w filmach, ktoś dostaje dom, ktoś inny ukochaną książkę, a innemu przypada antyczny zegar. W przypadku cyfrowych dóbr tak łatwo nie jest. Fizyczny majątek po naszej śmierci nie znika, więc może być bez problemu przekazany dalej.

A cyfrowy? Oj, tu bywa bardzo różnie. Najczęściej cyfrowa licencja jest związana z konkretną umową i konkretnym kontem. To jeszcze nic strasznego, wystarczy zostawić po sobie hasła i loginy, by nasi spadkobiercy mogli sobie do woli ogrywać nasze ulubione tytuły albo czytać pokaźną bibliotekę książek. Niestety, szkopuł w tym, że to nie jest równoznaczne z legalnym przekazaniem licencji. Cyfrowe biblioteki gier, muzyki czy ebooków mogą być traktowane przez regulaminy dostawców jako osobiste i niezbywalne. Tego może nikt nie wykryć nawet przez większość czasu, ale zdarzy się jakiś problem i nagle okazuje się, że konto przepada, bo wyda się, że korzysta z niego nie ta osoba, która je zakładała.

Są też przypadki, w których zmarły nie zostawia po sobie żadnych wskazówek, jak dostać się do jego kont. Te stoją więc nieużywane, aż w pewnym momencie mogą przyjść rutynowe czystki i… koniec. Wszystko, za co ktoś przez lata płacił nagle znika. Smutne, prawda? To na pewno kwestia, którą prawo będzie musiało w końcu rozstrzygnąć, bo z roku na rok nasz cyfrowy majątek rośnie, a wciąż nikt nie odpowiedział nam na pytanie, czy konto i zgromadzone na nim dobra mogą być traktowane podobnie jak inne elementy majątku.

A potem przyszło Stop Killing Games

Skoro dziś producent może swobodnie decydować o tym, co dzieje się z produktem po jego zakupie i jak długo będzie on żył, to nic dziwnego, że konsumenci zaczęli się burzyć. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest europejska inicjatywa Stop Destroying Videogames (w sieci bardziej znana jako Stop Killing Games), związana z problemem gier, które po wyłączeniu serwerów przestają działać, nawet jeśli zostały wcześniej kupione przez użytkowników. Jej podstawowy postulat zakłada, że jeżeli wydawca kończy komercyjne wsparcie produktu, powinien istnieć sposób na zachowanie jego funkcjonalności, na przykład poprzez udostępnienie trybu offline albo rozwiązania pozwalającego społeczności utrzymać produkt przy życiu.

Źródło: Pexels

Sprowadza się to do ważnego pytania – czy producent powinien móc sprzedać produkt, a następnie decydować, że przestanie działać? Nie chodzi oczywiście, żeby nagle każda firma miała obowiązek utrzymywania serwerów przez sto lat, bo to zwyczajnie niewykonalne. Raczej mówimy tu o jakiejkolwiek gwarancji życia produktu. Obecnie producent może z dnia na dzień ogłosić „od tego i tego dnia już tego nie wspieram, macie miesiąc na pobranie kopii danych”. Ale przecież czy ten brak sprzedaży, aktualizacji czy obsługi klienta rzeczywiście w każdym przypadku musi oznaczać, że produkt jest martwy? Można przecież znaleźć sposób na to, by ludzie nadal korzystali z rzeczy, za które zapłacili. Przypuszczam, że z czasem podobnych inicjatyw będzie jedynie przybywać, bo to bardzo współczesny problem, który się tylko pogłębia.

Nie chodzi o to, żeby wszystko było nasze

Po trwających dekady zmianach nie da się nagle wymagać, byśmy wrócili jedynie do fizycznych rzeczy. W dobie cyfrowej to zwyczajnie niewykonalne. W rzeczywistości też nie potrzebujemy mieć fizycznej kopii wszystkiego. Są książki, które chcę mieć na swojej półce, bo do nich na pewno wrócę. Są jednak również takie, które kupię w e-booku, przeczytam raz i… no właśnie. Skoro kupiłam, to dlaczego nie mogę sprzedać?

Może dlatego osobiście tak lubię usługi streamingowe, bo nie pozostawiają mi żadnych niedopowiedzeń. Ja naprawdę nie potrzebuję mieć na półce każdej książki, którą czytam czy każdego filmu, który oglądam. Wolę opłacać usługę przez kilka miesięcy, zapoznać się z tym, co chcę, a potem zrezygnować w każdej chwili, bez płaczu, że jeśli nie zapłacę, to wszystko stracę. Tam nic nie było moje, więc nie mam żadnego żalu.

Źródło: Pixabay

Dlatego w tej całej dyskusji naprawdę nie chodzi o to, że w cyfrowym świecie niczego nie posiadamy, a o to, byśmy od początku wiedzieli, że tak jest. Kalifornia już to ogarnęła i dobrze byłoby, gdyby reszta świata poszła za ich przykładem. Ktoś może powiedzieć, że brak rzeczywistej własności tego, co kupujemy w sieci jest logiczny. Niby tak, ale czy naprawdę? Nasz mózg nadal reaguje na „kupno” jak na transakcję, w której z produktem nabywamy do niego prawa. Powinniśmy więc od początku wiedzieć, co dokładnie kupujemy.

Taka świadomość robi różnicę nie tylko w portfelu. Wpływa na możliwość odsprzedaży, przekazania produktu innej osobie, zachowania go na przyszłość, naprawienia, zmodyfikowania czy odziedziczenia. Tradycyjny model własności dawał nam sporą swobodę właśnie dlatego, że po zakupie rzecz w dużej mierze wypadała z orbity producenta. Cyfrowy model może utrzymywać ją w tej orbicie przez cały czas jej użytkowania.

Nie mam więc problemu z usługą, tylko z tym, że ktoś próbuje mi ją sprzedać tak, jakbym nabywała tu konkretną rzecz. Tak, to sprowadza się do zwykłej przejrzystości. Świat się zmienił i własność nie wygląda już tak samo, jak sto lat temu. Nie powinna jednak oznaczać, że nic, co kupujemy, nie jest całkowicie nasze i przed zrobieniem czegokolwiek powinniśmy pytać serwer o zgodę.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Kupiłam, ale czy to naprawdę moje? Czy jeszcze coś posiadamy, skoro wszystko jest na abonament?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX