Okazuje się, że wyższa temperatura otoczenia oraz mocniej rozgrzana skóra działają jak przyspieszacz parowania olejków zapachowych. Lekkie, orzeźwiające nuty głowy, takie jak soczysta bergamotka czy świeże akordy zielone, znikają z powierzchni ciała w zaledwie kilkanaście minut. W konsekwencji na pierwszy plan z błyskawiczną siłą wysuwają się ciężkie nuty bazy – wanilia, ambra, cynamon czy żywiczny oud.
Do tego dochodzi naturalny pot, zwiększona produkcja sebum i wysoka wilgotność powietrza. Wszystko to nagle sprawia, że ulubione perfumy pachną zupełnie inaczej w chwili aplikacji, a inaczej po krótkim spacerze w palącym słońcu.
Cytrusy kojarzą się z latem nie bez powodu
Z zapachami często działamy bardzo intuicyjnie. Kiedy na zewnątrz zaczyna robić się coraz cieplej, zmieniają się nasze upodobania zapachowe. Słodkie i otulające flakony idą w odstawkę, a na ich miejsce sięgamy po coś zupełnie innego. I nie, to nie jest przypadek, że nagle wybieramy akordy morskiej bryzy, chłodzącą zieloną herbatę, mentol oraz cytrusy. To po prostu psychologia chłodu.
Nad tym zjawiskiem pochylił się zespół profesor Asify Majid z Radboud University oraz Max Planck Institute for Psycholinguistics, a wyniki badań opublikowano w PNAS. Nasz umysł intuicyjnie przypisuje konkretnym zapachom właściwości termiczne. Kompozycje zawierające mięte, neroli czy soczyste cytrusy są automatycznie kodowane przez nasz mózg jako zapachy wywołujące uczucie fizycznego chłodu. Z kolei cynamon, wanilia czy przyprawy korzenne budzą bezpośrednie skojarzenia z ciepłem. Dlatego w upalne dni sięgnięcie po cytrusową mgiełkę działa na nasze zmysły niczym szklanka wody z lodem.
Choć wybór zapachu ma duże znaczenie, to ważne jest również to, jak go nakładamy. Wylanie na siebie połowy flakonu zawsze będzie kiepskim pomysłem. Lepiej jest najpierw zadbać o odpowiednie nawilżenie, bo cząsteczki zapachowe znacznie dłużej utrzymują się na gładkiej, dobrze nawilżonej skórze. Najlepszy w tej roli będzie bezzapachowy balsam lub kosmetyki z tej samej linii zapachowej, które się uzupełniają.
Mniej znaczy lepiej
Pamiętajmy też, że wysoka temperatura naturalnie potęguje projekcję zapachu, więc naprawdę nie ma co przesadzać z ilością, bo możemy kogoś doprowadzić do omdlenia przy tych wysokich temperaturach. Tu nawet nie żartuję, ostatnio w moim bloku ktoś tak się wypachnił, że jedna staruszka, która skorzystała z windy po tej pani, aż zasłabła podczas jazdy.
Lepiej więc postawić na delikatną aplikację, a w razie potrzeby ją powtórzyć w trakcie dnia. W lecie dużo lepiej działają też wody toaletowe lub mgiełki do ciała, zwłaszcza na aktywność w ciągu dnia. Wieczorem, kiedy termometry pokazują już niższe wartości, można bardziej zaszaleć.

Pamiętajcie też o czymś jeszcze – jeśli macie zamiar spędzać na słońcu długie godziny, to unikajcie aplikowania zapachów bezpośrednio na odsłonięty dekolt, szyję czy ramiona. Choć są to najczęstsze miejsca, które psikamy perfumami, to zawarte w nich naturalne składniki mogą mieć działanie fotouczulające, dlatego, kiedy wejdą w kontakt z promieniami UV, może się to skończyć podrażnieniami lub przebarwieniami, a raczej tego nikt z nas nie chce. No i nie trzymajcie perfum na słońcu, bo mogą się szybciej utlenić. Ich miejsce zawsze powinno być tam, gdzie jest sucho, ciemno i nie ma za dużo wahań temperatury. W ten sposób zapewnicie im większą trwałość.
Co prawda wychodzi z tego, że lato narzuca nam ograniczenia w wyborze zapachów i może trochę tak jest. Ale z drugiej strony, to całkiem dobry i w dodatku naturalny pretekst do zmiany i eksperymentów z nutami, po które w ciągu roku sięgamy znacznie rzadziej lub wcale. Uwolnienie toaletki od gęstych, słodkich zapachów na rzecz lekkich, ziołowo-cytrusowych kompozycji przynosi dokładnie tyle samo oddechu, co zmiana ciężkich ubrań na zwiewny, lniany strój.
