Na kanwie życia i śmierci Lecha Grobelnego można by napisać scenariusz filmu sensacyjnego. Konwencja – do wyboru, od Juliusza Machulskiego po Quentina Tarantino. Grobelny nie był jednak postacią fikcyjną. Jego życie to dramat psychologiczny, który wciągał wszystkich wokół.


Człowiek okrzyknięty pierwszym aferzystą III RP, stawiany w jednym rzędzie z Bagsikiem z ART-B czy hochsztaplerami z FOZZ, 2 kwietnia 2007 roku został znaleziony martwy we własnym mieszkaniu przy ul. Wysockiego w Warszawie z raną kłutą klatki piersiowej. Zmarł pięć dni wcześniej. Okoliczności gwałtownej śmierci do dzisiaj nie zostały wyjaśnione, a śledztwo w tej sprawie umorzono.


Grobelny był warszawiakiem z urodzenia, jego dzieciństwo przypadło na lata 50. Jako zawodowy fotograf dorobił się dużych pieniędzy, sprzedając zdjęcia nowo wybranego papieża Polaka Jana Pawła II. Pieniądze zainwestował w sieć studiów fotograficznych, uzyskał też patronat międzynarodowej firmy AFP. Z końcem lat 80. rozwinął sieć kantorów wymiany walut. Założył w tym celu firmę Dorchem Sp. z o.o., w której był prezesem jednoosobowego zarządu. Powołał również Bezpieczną Kasę Oszczędności. BKO brzmiało prawie jak PKO, a to był jedyny bank, jaki znali wtedy Polacy. Oferując dużo wyższe oprocentowanie niż konkurencja, zachęcił ponad 10 tysięcy ludzi do powierzenia mu swoich oszczędności. W sumie zgarnął ponad 25 miliardów złotych. Dla porównania: paczka papierosów Marlboro kosztowała wtedy ok. 18 tys. złotych, Big Mac w jedynym w Polsce McDonaldzie – 25 tysięcy. Biznesmen kupił willę, dwa jachty, zainwestował w firmową flotę kilkunastu dostawczych mercedesów.


W czerwcu 1990 r. Grobelny wyjechał do Niemiec i nie zamierzał wrócić. Ostatni telefon wykonał z Hamburga. Pracownicy BKO, przerażeni tłumem ludzi, którzy szturmowali ich biuro, domagając się zwrotu swoich pieniędzy, zawiadomili prokuraturę. Za ich szefem rozesłano listy gończe. Dopiero w połowie 1991 roku okazało się, że Grobelny nie miał licencji Ministerstwa Finansów i Narodowego Banku Polskiego na prowadzenie prywatnego banku. Niemiecka policja zatrzymała go rok później i przekazała stronie polskiej. Osadzono go w areszcie i rozpoczęło się postępowanie, a później proces. Henryk Dzido, późniejszy senator Samoobrony, został syndykiem masy upadłościowej spółki Grobelnego. Klientom wypłacono 15 proc. tego, co wpłacili. Sąd pierwszej instancji skazał Grobelnego na 12 lat więzienia. Ten był spokojny i opanowany, złożył apelację. Sąd apelacyjny wyrok uchylił, a sprawę zwrócił prokuraturze do uzupełnienia.


W czerwcu 1997 roku założyciel BKO wyszedł na wolność. Złożył wniosek o odszkodowanie od Skarbu Państwa za spędzenie 5 lat w areszcie. Swe straty wyceniał na 15 mln złotych. W 2002 roku oczyszczono go z zarzutów z braku dowodów. Śledztwo trwało blisko 10 lat.


W oparach alkoholu i lęków


Od 1998 r. żył w konkubinacie z Małgorzatą. W 1999 roku urodziła im się córka. Konkubina wyprowadziła się na przełomie 2006 i 2007 roku – stan psychiczny i zachowanie Grobelnego znacznie się pogorszyły. Stał się chamski, obrzucał ludzi wyzwiskami i groźbami. Zaniedbał swój wygląd, higienę osobistą, nie dbał o porządek w domu, nie interesował się rodziną. Jednak na tydzień przed śmiercią chciał się widzieć z dzieckiem. Na spotkanie przyszedł ubrany schludnie i czysto.


Lecha Grobelnego dobrze znano w sąsiedztwie – był osobą barwną, rzucającą się w oczy. Potrafił wywrzeć na wybranych osobach zaplanowane wrażenie. Miał albo przyjaciół, albo wrogów. Był bardzo kontaktowy, ale dominujący. Tak charakteryzował go sąsiad: „pewny siebie, bywał mocno pijany, chodził brudny”. Spontanicznie nawiązywał kontakty z ludźmi, często nawet nieznajomymi. Miał w zwyczaju zaczepiać sąsiadów, a także osoby prowadzące w sąsiedztwie działalność gospodarczą oraz ich klientów. Pożyczał od nich niewielkie sumy pieniędzy, a także papierosy, które wypalał w dużych ilościach. Pogrążał się w alkoholizmie – lubił piwo, zdarzało się jednak, że pił wódkę i to od samego rana.


Grobelny miał obsesję na punkcie inwigilacji jego osoby przez specsłużby. Między innymi dlatego, że – jego zdaniem – posiadał „papiery na Bolka”. Wygłaszał teorie spiskowe dotyczące świata polityki, biznesu i służb. Czy czuł się zagrożony? Pewnie tak. Ktoś widział go chodzącego boso po śniegu, ubranego jedynie w szlafrok. Za paskiem miał nóż i toporek – na wszelki wypadek.


Pod koniec 2006 roku Grobelny otworzył ze swoją konkubiną sklep z mięsem. Bardzo się w to przedsięwzięcie zaangażował. Jednak już podczas przygotowań do startu zaczął się dziwnie zachowywać. Był podenerwowany – snuł nowe plany, np. że otworzy kolejne sklepy. Planował uruchomienie całej sieci, która doprowadzi do bankructwa zachodnie hipermarkety. W tym samym czasie zdarzyło mu się zadzwonić do sądu i twierdzić w różnych językach, że czeka na... niebieską taksówkę. Czy zdawał sobie sprawę, że pogrąża się w szaleństwie? Raczej nie.


Pewnego dnia Grobelny pojawił się po pijanemu na treningu karate, odbywającym się w pobliskiej szkole. Przyszedł w kusym damskim różowym dresie, z przebitej kieszeni wystawał kuchenny nóż. Brudny i zaniedbany zaczepiał trenujących, gadał od rzeczy. To już było na krótko przed gwałtowną i tajemniczą śmiercią.


Wyjąć z siebie tę osobowość


Z psychologicznego punktu widzenia istnieje małe prawdopodobieństwo, że Lech Grobelny popełnił samobójstwo. Nie ma żadnych przesłanek, które mogą świadczyć o przeżywaniu depresji i przygotowaniach do samounicestwienia. Brak listu samobójczego oraz typowych dla samobójcy pożegnań z osobami bliskimi. Brak również tzw. porządkowania spraw. Lech Grobelny cierpiał najprawdopodobniej na zaburzenia osobowości lub rozwijającą się chorobę psychiczną. Jeżeli przyjąć hipotezę o autoobrażeniach, wytłumaczeniem może być podłoże urojeniowe. W ostatnim okresie przed śmiercią Grobelny miał zaburzony obraz własnej osoby. Opowiadał wiele różnych historii, np. utrzymywał, że jest klonem, a nie prawdziwym Lechem Grobelnym. Innym razem twierdził, że jest Grekiem bułgarskiego pochodzenia. Przeszedł pięć operacji plastycznych, żeby być podobnym do Lecha Grobelnego.


Psychiatria odnotowuje liczne przypadki samookaleczeń, a także samobójstw dokonywanych „przypadkowo”. Osoby chore mogą postrzegać własne ciało jako coś obcego lub żywić urojone przekonanie, iż w ich ciele kryją się obce postacie, siły, urządzenia itp. Często próbują te urojone urządzenia wyjąć ze swojego organizmu lub zabić istoty w nim „mieszkające”. W zaburzeniach psychicznych zdarzają się również obrażenia eksperymentalne.


Przyjmując hipotezę o udziale osób trzecich, czyli zabójstwie, należy rozważyć następujący scenariusz zdarzenia: „Cios zadany celnie, brak tzw. nazabijania (wielokrotnego pchnięcia), które jest wyrazem wysokich emocji lub silnych zaburzeń psychicznych. Brak ran obronnych na ciele ofiary oznacza, że atak był nagły, a narzędzie zbrodni pojawiło się w rękach sprawcy dopiero w momencie ataku”.


Lech Grobelny znany był ze swych spontanicznych i impulsywnych działań. Wykazywał również zainteresowanie sztukami walki. Można założyć, że śmierć była nawet skutkiem wypadku w wyniku np. prezentacji chwytów lub symulacji walki. Kontrolę nad zachowaniem sprawcy i ofiary mógł zakłócać spożyty alkohol.


Narzędziem zbrodni był najprawdopodobniej nóż znaleziony bezpośrednio przy zwłokach. Pochodził z mieszkania denata, gdzie znajdowało się wiele różnego rodzaju noży służących do obróbki mięsa. Przemawia to za niezaplanowanym zabójstwem; było raczej wynikiem jakiejś sytuacji konfliktowej, która zaszła między sprawcą a ofiarą. Uwzględniając cechy Grobelnego – czujność i podejrzliwość – najprawdopodobniej znali się. Istnieje prawdopodobieństwo, że pojedynczy cios został zadany przez sprawcę w obronie własnej, w odpowiedzi na agresywne zachowanie przyszłej ofiary. Jak było naprawdę, wie tylko sprawca.


Autor: Jan Gołębiowski