Poznałem go w 1979 roku, na początku maja, w drugim czy trzecim dniu jego pracy w Elektromontażu. Zbliżał się dla mnie okres zdawania matury w zaocznym Technikum Mechanicznym. Właśnie rozmawiałem z mistrzem w sprawie udzielenia mi urlopu na przygotowanie się do egzaminów. Mistrz potraktował sprawę w sposób niezbyt poważny. 

 Oznajmił, że przychodzę z prośbą, a nie daję nic w zamian. Jako przykład podał moją nieobecność w pochodzie pierwszomajowym. Rozmowa przerodziła się w dyskusję polityczną. Przysłuchiwał się jej pracujący przy samochodzie młody elektryk o nazwisku Wałęsa. Po godzinie dyskusji z mistrzem doszliśmy do wniosku, że w Polsce jest źle.

Następnego dnia w czasie śniadania, gdy czytałem gazetę, zjawił się ten nowy elektryk. Niespodziewanie zapytał mnie, czy nie zechciałbym poczytać czegoś ciekawszego. Poszedł do szatni i przyniósł parę numerów KOR-owskich „Głosów” i „Robotnika Wybrzeża”. Duże było moje zdziwienie, gdyż spodziewałem się, że jako „młody” zechce się do nas zbliżyć, przynosząc jakieś kolorowe tygodniki. Niektóre numery „Głosu” już znałem, co wywołało z kolei jego zdziwienie.

Spytał, czy znam również jego sprawę. Poprosiłem go o podanie nazwiska, a on przedstawił się jako Lech Wałęsa. Opowiadając o swojej sprawie, powiedział mi, że brał udział w manifestacji 3 Maja. Po wyjściu z kościoła Mariackiego szedł na czele tłumu z flagą. Z łatwością domyśliłem się, że wczorajsza dyskusja z mistrzem, m.in. na temat konstytucji, a właściwie pochodu pierwszomajowego, stała się bezpośrednią przyczyną pojawienia się Wałęsy przy moim warsztacie. Odchodząc, poprosił, żebym w trakcie czytania zwrócił uwagę, czy nie piszą o nim, bo on nie ma czasu się z tym zapoznać. Jego prośba wydała mi się głupia. Szybko wyleciało mi  z pamięci jego nazwisko. Zapytałem więc jeszcze raz, jak się nazywa, a on jeszcze raz odpowiedział, że Lech Wałęsa.

WYPRZEĆ CZERWONYCH

Po śniadaniu ponownie się pojawił i zainteresował, czy dobrze mi się czyta i czy piszą coś o nim. Ponownie zapytałem go, jak się nazywa. Wziął „Głos” i pokazał tam swoje nazwisko wśród innych osób, skazanych przez kolegium ds. wykroczeń za udział w manifestacji. Po południu przyszedł powtórnie, ale teraz już na dłuższą rozmowę. Stopniowo od tematu prasy przeszliśmy do sprawy, która wydała mi się zaskakująca. To, co powiedział, można by w skrócie ująć następująco: „Jestem działaczem Wolnych Związków Zawodowych, stoczniowcem, który brał udział w strajku w 1970 roku i był członkiem rady zakładowej. W 1976 roku zwolniono mnie ze stoczni, gdyż okazałem się niewygodny. Zostawiłem tam jednak swoich ludzi w dobrze zorganizowanej grupie. To właśnie oni nie godzili się na moje bezprawne zwolnienie.

 

Później podjąłem pracę w ZREMB. Tam też zorganizowałem grupę, która jest równie dobra. Ale takie grupy muszą powstać w każdym zakładzie. Ludzie z tych grup muszą być mężami zaufania i kandydować do rad zakładowych oraz wypierać z nich »czerwonych«, którzy dla nas, robotników, nie chcą nic zrobić bezinteresownie, nawet zapomogi rozdzielają między swoich. Ty możesz być moim współpracownikiem. /.../.

Następnego dnia po naszej rozmowie znowu przyszedł do mnie i ponownie wróciliśmy do poruszonych wcześniej tematów. Nie obawiałem się raczej, aby Lech przekazał moje słowa dalej, ale uważałem, że nie powinienem na takie tematy rozmawiać z ludźmi, których dobrze nie znam. Uważałem także, że Lech za krótko u nas pracuje, aby dobrze mógł poznać stosunki panujące w zakładzie. Przyznałem się jednak do udziału w strajku w 1970 roku w Gdyni, a nawet ujawniłem swoją obecność w MKS. Zapewne mi nie uwierzył, tak jak i ja nie uwierzyłem, że był przewodniczącym komitetu strajkowego w Gdańsku, a później nawet rozmawiał z Gierkiem. Zapytałem go, jaki cel polityczny stawia sobie jego organizacja, na co mi odpowiedział, że na razie musi zostać mężem zaufania w bazie samochodowej. Wyśmiałem go. Pracuje trzy dni, a już chce, żeby mu ufano. Powiedziałem, że jest tu taki Jóźwiak, który dobrze dba o nasze interesy. Wtajemniczyłem Lecha w sprawę kolportażu i pożyczania niezależnych wydawnictw.

Pożyczałem wówczas od kolegów m.in. „Źródła niepodległości”, „Zbrodnię katyńską w świetle dokumentów” oraz „Opinię”, „Głos” i „Zapis”, które otrzymywałem od przyjaciela, profesora Uniwersytetu Gdańskiego. Wspomniałem również o próbie uczczenia ósmej rocznicy Grudnia w 1978 roku.

Lech poczuł się pewniejszy. Odgrażał się, że w dziewiątą rocznicę pokaże nam, jak to się robi. Odparłem ze śmiechem, iż prędzej go zwolnią, niż coś zrobi. Warto więc, aby zastanowił się, zanim coś powie. Pracował przecież trzy albo cztery dni. Rozmowa zakończyła się tym, że każdy poszedł do swojej pracy. Lech miał w tym czasie bujną wyobraźnię, jego słowa coraz bardziej mnie denerwowały. Najbardziej chyba śmieszyło mnie to, że on, kilkudniowy pracownik, założy grupę, zrobi mnie jej szefem, a potem mogą go wyrzucić. Dla mnie był to szczyt wszystkiego. Uznałem go za głupca i fanatyka, któremu szkoda poświęcać czas. Po namyśle uznałem jednak, że kontakt z „listonoszem” Wałęsą może się przydać do otrzymywania niezależnej prasy, o którą nie było wcale tak łatwo. Poza tym uznałem całą sprawę za mało znaczący epizod.

Tego samego dnia Kufel, drugi mistrz pracujący u nas na etacie mechanika, zapytał mnie, czy znam tego elektryka. Kufla uważałem za dobrego kolegę, który również czytał moją „bibułę” i inne pisma. Odpowiedziałem jednak krótko, że nic o nim nie wiem. Z kolei on stwierdził, że to musi być jakiś wywrotowiec. Zdziwił się bardzo, że jeszcze o nim nie słyszałem. Sprawa tego „wywrotowca” stawała się coraz głośniejsza. Ludzie rozmawiali teraz tylko o nim. Zastanawiano się, co to za jeden, może jakiś podstawiony?/.../

 

UMIAŁ SŁUCHAĆ

Ktokolwiek zetknął się z Wałęsą, nie mógł go zapomnieć. Miał swoisty sposób bycia. Zawsze był w ruchu, ożywiony, pełen ekspresji, którą podkreślała dodatkowo jego gestykulacja i młodzieńcza zwinność. Witał się z ludźmi szeroko, wesoło, niejako z głębi serca, ale z oczu biła nieufność. Wynikała ona z doświadczenia, że w jego najbliższym otoczeniu znajdowali się ludzie współpracujący z bezpieką (Myszka, następnie Koszałko). Mówił szybko, nerwowo, bez składu i ładu, tak że trudno nieraz było go zrozumieć. Potrafił śmiać się głośno i – jak się wydawało – beztrosko.

Jego wygląd i sposób zachowania odróżniał go wyraźnie od innych ludzi, zachowywał indywidualność. Z tego powodu mógł niektórych razić, ale wystarczyła chwila rozmowy, by to, co na początku wydawało się rażące, stało się czymś, co przyciąga i wzbudza zainteresowanie. Dość łatwo dało się zauważyć jego kompleks niewiedzy, spowodowany brakiem wykształcenia. Któregoś dnia po dłuższej dyskusji powiedział mi, że jak się „obrobi”, to za rok albo za trzy pójdzie do technikum. Wałęsa umiał słuchać. Pochwalał niektóre nasze sformułowania, które w późniejszych dyskusjach często przedstawiał jako swoje. Jego sposób postępowania i obyczaje można by tłumaczyć faktem, że pochodził ze wsi, że właśnie pochodzenie oraz przywiązanie do rodzinnych stron składało się na jego oryginalność i indywidualny wyraz.

Wieś nigdy jednak nie była przedmiotem jego wypowiedzi. Dla niego liczyło się duże środowisko, brygada, zakład, przedsiębiorstwo. On – jak mawiał – musi tworzyć swoje grupy, które ma już w stoczni i ZREMB, a i w naszym zakładzie ma już też swoich ludzi./.../

W tym czasie warsztat elektryków przechodził generalny remont. Maniek i Lech postanowili go ulepszyć. Maniek dbał o porządek, pracował w spokoju i nikomu nie wadził. Polityką się nie interesował. Liczył sobie dwadzieścia pięć lat, miał rodzinę i praca dla domu była dla niego najważniejsza. Razem z Lechem załatwiali sobie niekiedy piwo przez wyjeżdżających kierowców. Nie miało to nic wspólnego z pijaństwem – dwie, trzy butelki. Nieraz i ja się do nich dołączałem. Tymczasem remont warsztatu trwał. Polegał on na tym, że Lech zakładał jakąś tablicę (nie wiem, jak się ona fachowo nazywa) z rozmaitymi światłami i prądem o różnej mocy. Wykonując ją, wciąż powtarzał, iż jest to podstawa, bez której elektryk nie może pracować. Razem z Mańkiem wyrzucali niepotrzebne regały. Niby robili wielki porządek, a powstał wielki bałagan. Ponieważ w warsztacie samochodowym nie wolno palić, wszyscy chodzili do palarni lub palili na dworze. Teraz wszyscy zaczęli chodzić do elektryków. Maniek ich wyrzucał, a Lech odwrotnie – był uprzejmy, chętnie rozmawiał, a nawet częstował papierosami./.../

Któregoś dnia Lech zapytał mnie, czy chcę „Robotnika”. Na górnej półce jego szafy ubraniowej leżało około trzystu egzemplarzy. Położył na nich puszkę rybną, z której wylał się olej, plamiąc większość numerów. Gdy wyśmiałem jego porządek, zareagował śmiechem, mówiąc, że ma za dużo spraw na głowie. Chciałem podyskutować z nim na temat zawartości „Robotnika”. Lech powiedział mi jednak, że nie czytał go, mimo że jest jego redaktorem. To z kolei spowodowało mój atak: „Żeby pisać, trzeba poprawnie mówić i wiedzieć jeszcze coś więcej”. Zarzuciłem mu brak wiedzy. Stwierdziłem, że jako listonosz, który nie czyta korespondencji, lecz jedynie ją dostarcza, spisuje się należycie. On zaś posądził mnie, że jestem chyba ubekiem, bo oni też do niego mówili: „Co tam, Lesiu, listonosz to płotka”, i odgrażał się: „Ja im jeszcze dam listonosza”. Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Muszę jednak przyznać, że Lech nie należał do ludzi obrażających się i że starał się pozyskiwać swoich przeciwników.

 

Z MOTYKĄ NA SŁOŃCE

Wielokrotnie byłem świadkiem oddziaływania „listonosza” na ludzi. Działo się to najczęściej w warsztacie elektryków i wśród pracowników bazy. Z początku Lech mówił niewyraźnie, potem z coraz większą jasnością i pewnością siebie. Zdawało się, że nie widzi przed sobą słuchaczy, że mówi raczej wobec nich niż do nich. Nie był oratorem i nigdy o to nie zabiegał. W swoich mowach nie opierał się na żadnych teoriach, podawał jedynie przykłady wzięte z życia. Mimo to wywierał silne wrażenie. /.../ To, co mówił Lech, nie było uczone i kunsztowne, ale dlatego, że płynęło z serca i życia, wywierało niezapomniane wrażenie. Był niezadowolony, kiedy nazywałem go „listonoszem”, i w odwecie ochrzcił mnie „3 x T” – Tadeusz, technik, tokarz. Gdy spotykaliśmy się, mawiał do mnie: „Co, 3 x T?”, a ja na to: „Nic, listonoszu” i rozchodziliśmy się uśmiechnięci. Polubiłem tego nieokrzesanego człowieka; zresztą wszyscy go lubili. W zasadzie był skromny. Tylko w sprawach opozycji, ponieważ były dla niego najważniejsze, musiał być górą, bo – jak twierdził – na tych rzeczach znał się najlepiej.

Osobowość Lecha kształtowała się nie bez wpływu pewnych ludzi. Należeli do nich państwo Gwiazdowie i Bogdan Borusewicz. O Bogdanie wyrażał się jako o wybitnie mądrym człowieku, który w dodatku ukończył KUL i był już owiany legendą. Widział w nim znanego członka KOR i znanego redaktora „Robotnika”. Upatrywał w nim nawet przyszłego szefa państwa. Uważał jednak, wzrost ze wzrostem olbrzymiego Breżniewa i Gierka, uważał, że jako osoba publiczna jest za niski.

Moją informację o małym wzroście Lenina zignorował, zawsze bowiem wyobrażał go sobie jako dużego na tle małych ludzi. Siebie widział jako człowieka do zawiązywania technikum. Na razie roboty organizacyjnej, ponadto musi jeszcze wyżywić żonę i pięcioro zupełnie zaszokowało. Tego fanatyka, porywającego się z motyką na słońce, uważałem za kawalera. Musi skończyć technikum – jak mawiał – by siebie i innych nauczyć samodzielnego myślenia. Niedzielę miał zwyczaj przeznaczać dla domu (chyba że brali go na czterdzieści osiem godzin).

Dużo mówił o swoim samochodzie; był to żuk, „blaszak”. Jego tylna część została przystosowana dla dzieci. Potem musiał go sprzedać, pocieszał się jednak, że kupi sobie inny, tańszy. Sam go złoży i jeszcze na tym zarobi. Wtedy właśnie spytałem go, czy faktycznie jest tak bardzo wierzący. Czy chociaż chodzi do kościoła, skoro na zewnątrz w zakładzie wiesza krzyżyk z pleksi. Odpowiedział, że Bóg daje mu siły do życia i zawsze regularnie w niedziele i święta chodzi do kościoła, chociaż – przyznał – po wyjściu z wojska nie bardzo mu się chciało. Teraz wie, jak wiele dzięki wierze w Boga można zyskać. Wypowiadał te słowa z wielką powagą.

Tak widziałem Lecha w pierwszych tygodniach naszej znajomości. Wspierał, pouczał, prowadził długie rozmowy, zawsze czujny i niezmordowany w przekonywaniu innych. A przy tym doskonały fachowiec, ceniony przez starszych pracowników. 

Lech nigdy długo nie szukał usterek. Wystarczyło, że kierowca z grubsza wymienił wady, a on jak dobry lekarz szybko samochód naprawiał. Z drugiej strony wyglądało to tak, jakby nic nie robił. Przedtem trzech elektryków miało pełne ręce roboty, teraz ci dwaj radzili sobie swobodnie. Maniek, chociaż nie interesował się polityką, dobrze rozumiał Lecha – człowieka bez nerwów, który nie umiał się gniewać. Pamiętam jedną taką sytuację. Gdy rozmawiałem z operatorami koparki, którym miałem dorobić zużyte tuleje, jeden z nich, najbardziej agresywny, zawołał do Lecha: „Ej ty tam, chodź tu! Słyszałem, że jesteś jakimś wywrotowcem. Co, ustrój ci się nie podoba? Nie masz pracy, nie masz co jeść?”. Lech spokojnie, lecz stanowczo zaczął wyjaśniać: „Nie wiem, czy to jest robota wywrotowa, czy nie. Jestem działaczem Wolnych Związków Zawodowych, w których bronimy praw zagwarantowanych nam przez różne ustawy. Protestujemy przeciwko bezprawnemu zwalnianiu ludzi z pracy, organizujemy grupy samoobrony, stajemy się tym silniejsi, im nas jest więcej. Prowadzimy tajne nauczanie w postaci dyskusji. Głównym naszym celem jest obrona pracownika, zagwarantowana przez sejm i konstytucję PRL. Jest dużo krzywd i niesprawiedliwości w kraju, o czym za długo by mówić. Rząd, który ma monopol na władzę, ustawodawstwo, milicję i pracę, robi z nami co chce, a my, przyjmując się do pracy, stajemy się białymi najemnikami. Dlatego powstały WZZ, które opiniują posunięcia rządu w celu walki o nasze prawa, prawa, o których jako szarzy zapracowani ludzie nic nie wiemy. Zrzeszamy ludzi dobrej woli. Naszym celem jest spokojna wolność i sprawiedliwość”. Człowiek, który go zaczepił, stał zaskoczony. Nie miał żadnych pytań, coś bełkotał, ale stracił grunt. Wreszcie wycofał się, stwierdzając: „No, teraz to ja rozumiem, o co tu chodzi”. Przez kilka najbliższych dni, stojąc w naszej bazie z zepsutą koparką, podziwiał upór i konsekwentne działania Lecha dla sprawy, która i jemu zaczęła świtać w głowie. Nie wytrzymałem i poszedłem za „listonoszem”, by mu pogratulować. Lech nie zrażał się niepowodzeniem i nieufnością, ale był bardzo łasy na pochwały. /.../

 

PRZYWÓDCA

Wałęsa stał się popularny i lubiany. Nawet nieprzyjemna bufetowa była dla niego zupełnie inna. Zdziwiło mnie, że bez kolejki dała mu boczek, na który zapisywał Jóźwiak (mąż zaufania). Ja też dostałem, bo byłem z nim. „Czego się nie robi dla opozycji” – wyjaśnił Lech. Mówił, że muszę zawsze być uprzejmy, świecić dobrym przykładem i być u nich „w opozycji”, a nie dadzą mi zrobić krzywdy. Odparłem, że to, co robi, jest utopią i że życzę mu szczęścia. Ja mam inne koncepcje i też jestem związany z opozycją, ale taką, którą reprezentują ludzie mądrzy, a przyznając się do nich, zrobiłbym naszej sprawie złą reklamę. (Lech przypomniał mi to w czasach „Solidarności”. Mijając się ze mną na klatce schodowej, powiedział: „A mówiłeś, że do tego muszą być ludzie mądrzy, tymczasem to ja jestem przewodniczącym. Za dużo jest tych mądrych ludzi i dlatego nic nie idzie do przodu”).

Lech stał się już w tym czasie przywódcą. W stołówce siadywał przy drugim stole, mając po obu stronach swoich ludzi. Jego zastępcę upatrywano w Koszałce, pracowniku kontroli technicznej na „montażu”. Miał z każdym inne sprawy, z każdym starał się rozmawiać osobno. Wciąż mnie dziwiło, jak ten prosty człowiek umie pociągnąć za sobą ludzi, którzy wiedzą, że w najlepszym przypadku grozi im śmiech otoczenia i zwolnienie z pracy./.../ Miał niespożyte siły, dużo rozmawiał z ludźmi, tworzył organizację, prowadził biblioteczkę, zbierał składki, chodził na spotkania dyskusyjne w domach prywatnych.

Pewnego dnia postanowiłem pojechać z nim na takie spotkanie. Ponieważ dopiero skończyłem robotę przy podwoziu samochodu, musiałem się wykąpać. Trwało to dość długo, ale Lech czekał cierpliwie. Czekali też dwaj ślusarze z „montażu” i Tadek Szczepański. Po drodze jeden ze ślusarzy wysiadł na chwilę i przyniósł ramki, które zrobił dla Lecha. Miał je schowane pod kurtką, bo gdyby go gliny zwinęły, mielibyśmy kłopoty. Zainteresowało mnie, do czego służą. Tadek objaśnił, że są od wałków do drukowania.

W końcu zajechaliśmy do Wrzeszcza na Grunwaldzką. Lech wjechał na podwórze i zaparkował, ale zamiast wysiadać, kazał czekać i rozglądać się, czy nie stoją tu gdzieś ubecy. Potem udaliśmy się na trzecie piętro do mieszkania pani Walentynowicz. W pokoju zastaliśmy już kilka osób, szybko zrobiło się nas kilkanaścioro. Siedzieliśmy Siedzieliśmy na tapczanie, krzesłach i taboretach przyniesionych z kuchni. Gospodyni była starszą, pogodną kobietą, bardzo gorąco witającą przychodzących gości. Prosiła do pokoju. Wszyscy rozsiedli się po kątach, niektórzy na podłodze. Słuchaliśmy taśmy magnetofonowej, nagranej przez panią Anię z RWE. Gdy słuchaliśmy informacji o aresztowaniu Andrzeja Gwiazdy, to w tym momencie on sam się zjawił w mieszkaniu i oznajmił, że został  wypuszczony na wolność. Oblegli go niemal wszyscy. „Babcia”,tj. pani Ania, podała wszystkim herbatę i nie protestowała, że w tym malutkim pokoju tyle osób pali papierosy, uchyliła jedynie okno. Żona Gwiazdy zaczęła mówić o historii politycznej Polski okresu powojennego. Mówiła bez ładu i składu. Mimo wszystko podziwiałem tę kobietę. Zwolniono ją z pracy, a jej sprawa została skierowana do komisji odwoławczej. Lech stał w progu, popijając kawę i jakby podkreślając tym swoje uprzywilejowanie, gdyż inni pili herbatę. 

Wszyscy z niecierpliwością czekali na to, co będzie mówił ich ideolog Andrzej Gwiazda. /.../ Mówił o strajkach, o ich organizacji, o odpowiednim doborze ludzi, którzy mają autorytet. Zwracał uwagę, żeby dbać o ludzi wybranych do MKS, gdyż muszą oni mieć zapewnione bezpieczeństwo przed SB. Nie należy wybierać drugiego komitetu strajkowego, lecz domagać się uwolnienia tych, których zamknięto; nie można zostawiać ich na pastwę losu. Przekonywał powoli i dobitnie. Był dobrym mówcą i umiał sobie wszystkich podporządkować. Następnie rozdał przywiezione z Warszawy egzemplarze niezależnych wydawnictw. Z miejsca zostały rozchwytane. /.../ Lech stał spokojnie w progu i nie wtrącał się do dyskusji. Dłużej już nie wytrzymując, stwierdziłem, iż nie wystarczy mówić o skutkach, ale trzeba szukać przyczyn i wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Powiedziałem też, że uważam tę dyskusję za jałową, bo jeśli się coś krytykuje, to trzeba przedstawić swój program i pokazać, jak robić lepiej. Powstała wielka burza. Gwiazda odpowiedział w swoim stylu. Mówił, że skoro się z nim nie zgadzam, to po co przyszedłem, Gwiazdowa mówiła o najnowszej historii

politycznej Polski powojennej, Walentynowicz o zakłamaniu kliki rządowej, która nikogo nie słucha, i o konieczności zorganizowania się, gdyż to jest najważniejsze. Wszyscy mówili jeden przez drugiego. Wyjaśniłem, że przyszedłem po raz pierwszy i że miałem o nich lepsze wyobrażenie – rozczarował mnie ich sposób przyjmowania odmiennej opinii. Wszyscy szykowali się do wyjścia na spotkanie z Moczulskim. Następnego dnia pobiegłem do Wałęsy i zapytałem go o zdanie, on jednak nie miał żadnego. Śmiał się z całego incydentu. Na pocieszenie dodał, że nie uważają mnie za ubeka. Opowiedział mi o Moczulskim, którego uważał za lepszego od Borusewicza. /.../

Tymczasem u elektryków zbierało się coraz więcej „palaczy papierosów”. Dodatkową atrakcją stali się teraz dwaj emigranci, którzy niedawno wrócili z zagranicy – Jaś Kaczmarek i Zygmunt Jankiełowicz. Przed trzema miesiącami obaj wyjechali do RFN do pracy, a teraz opowiadali swoje wrażenia i dużo mówili o możliwościach szybkiego dorobienia się. Wałęsa na pytanie, dlaczego nie jedzie, skoro ma wielką szansę na paszport („oni” na pewno woleliby go mieć za granicą niż w kraju), zapewniał, że nigdy nie wyjedzie, ponieważ nie może zostawić tylu błądzących owieczek. „Przecież nimi trzeba kierować” – dodał z uśmiechem. Perspektywa zarobku za granicą wytworzyła inną atmosferę. Wałęsa zszedł na drugi plan, chociaż w rozmowach był nadal bardzo aktywny. Pamiętam, jak powiedział: „My Zachód musimy zbudować w kraju. Aby to uczynić, musimy wszystko odkłamać”. /.../

 

POŻEGNANIE PRZEZ SZYBĘ

W trakcie urlopu w styczniu 1980 roku jeszcze raz pojechałem do bazy i spotkałem się z Lechem. Właśnie w tym czasie on i inni pracownicy otrzymali wypowiedzenie z pracy. Bardzo mnie zaniepokoiło, że wśród ludzi Lecha znalazły się osoby nieodpowiedzialne. Kierowca Wszelaki miał być na przykład zwolniony za kradzież. Wytykałem, że tu trzeba działać osobno. Wśród ludzi wyznaczonych do zwolnienia znalazł się także Tadek Szczepański. Któregoś dnia, po zdaniu egzaminu na kursie prawa jazdy, nie wrócił wieczorem do domu. Nie wiadomo było, co się z nim stało. Poszukiwania rodziców nie dały rezultatu. Po kilku miesiącach znaleziono jego zwłoki w Motławie.

Lech założył komisję związkową, w której skład wchodziło kilka osób, m.in. kierowca Niezgoda i technik samochodowy Koszałko. Wydano ulotkę wymieniającą dwadzieścia jeden ofiar represji ze strony dyrekcji. Ludzie z komisji rozpowszechnili ją na terenie całego zakładu. 

Pewnego razu Lech, trzymając w ręku legitymację ubezpieczeniową, udał się do kierownika z prośbą o przepustkę. Kierownik, widząc legitymację, nie pytał o przyczynę i ją wydał. Zamiast do lekarza, Lech pojechał do dyrekcji, do wszystkich jej działów i każdemu wręczył ulotkę o utworzeniu komisji, która protestuje przeciwko bezprawnemu zwolnieniu go z pracy. Jako ostatniej osobie wręczył ulotkę dyrektorowi. Po powrocie do zakładu przy warsztacie czekał już na niego kierownik. Zarzucił Lechowi, że wprowadził go w błąd, a przepustkę do lekarza lekarza wykorzystał do innych celów. Następnego dnia kierownik wręczył Wałęsie naganę za wprowadzenie w błąd przełożonych. Kazał mu również zlikwidować jego tablicę ogłoszeń, a także wspólne zdjęcie z Gierkiem oraz wszystkie ulotki i komunikaty. Lech zaprotestował, mówiąc, że to nikomu nie przeszkadza i niczego nie szpeci, na co kierownik odrzekł, żeby nie dyskutował, ale wykonał polecenie. Lech ripostował, że kierownik zachowuje się jak przedwojenny dziedzic na swoim folwarku. Na życzenie kierownika dalsza dyskusja odbyła się w biurze. Wałęsa zgodził się zlikwidować tablicę, jeśli kierownik zdejmie ponaklejane na ścianach i drzwiach swojego biura zdjęcia nagich kobiet. Kierownik zgodził się./.../

Pod koniec trzeciej dekady stycznia pojechałem do dyrekcji Elektromontażu, aby załatwić ostatnie formalności, związane ze zmianą pracy. Właśnie otrzymałem potrzebne skierowanie, gdy dowiedziałem się, że kierowniczka kadr jedzie do bazy. Korzystając z okazji, zabrałem się z nią służbowym samochodem. Zapytałem ją o przyczynę zwolnienia Lecha (jedynego elektryka w bazie transportu, gdyż Maniek od kilku tygodni pracował jako specjalista przy dźwigach). /.../ Ledwo zdążyłem dojść do Wałęsy, a tu przybiegł mistrz i wezwał mnie do kierownika. Ten z kolei nakazał mi natychmiast opuścić zakład. Nie dane mi zatem było pożegnać się z kolegami. Uczyniłem to przez szybę okna, które wychodziło na przystanek autobusowy. Było to ostatnie moje spotkanie z Lechem przed powstaniem „Solidarności”.