Poznałem go w 1979 roku, na początku maja, w drugim czy trzecim dniu jego pracy w Elektromontażu. Zbliżał się dla mnie okres zdawania matury w zaocznym Technikum Mechanicznym. Właśnie rozmawiałem z mistrzem w sprawie udzielenia mi urlopu na przygotowanie się do egzaminów. Mistrz potraktował sprawę w sposób niezbyt poważny. 

 Oznajmił, że przychodzę z prośbą, a nie daję nic w zamian. Jako przykład podał moją nieobecność w pochodzie pierwszomajowym. Rozmowa przerodziła się w dyskusję polityczną. Przysłuchiwał się jej pracujący przy samochodzie młody elektryk o nazwisku Wałęsa. Po godzinie dyskusji z mistrzem doszliśmy do wniosku, że w Polsce jest źle.

Następnego dnia w czasie śniadania, gdy czytałem gazetę, zjawił się ten nowy elektryk. Niespodziewanie zapytał mnie, czy nie zechciałbym poczytać czegoś ciekawszego. Poszedł do szatni i przyniósł parę numerów KOR-owskich „Głosów” i „Robotnika Wybrzeża”. Duże było moje zdziwienie, gdyż spodziewałem się, że jako „młody” zechce się do nas zbliżyć, przynosząc jakieś kolorowe tygodniki. Niektóre numery „Głosu” już znałem, co wywołało z kolei jego zdziwienie.

Spytał, czy znam również jego sprawę. Poprosiłem go o podanie nazwiska, a on przedstawił się jako Lech Wałęsa. Opowiadając o swojej sprawie, powiedział mi, że brał udział w manifestacji 3 Maja. Po wyjściu z kościoła Mariackiego szedł na czele tłumu z flagą. Z łatwością domyśliłem się, że wczorajsza dyskusja z mistrzem, m.in. na temat konstytucji, a właściwie pochodu pierwszomajowego, stała się bezpośrednią przyczyną pojawienia się Wałęsy przy moim warsztacie. Odchodząc, poprosił, żebym w trakcie czytania zwrócił uwagę, czy nie piszą o nim, bo on nie ma czasu się z tym zapoznać. Jego prośba wydała mi się głupia. Szybko wyleciało mi  z pamięci jego nazwisko. Zapytałem więc jeszcze raz, jak się nazywa, a on jeszcze raz odpowiedział, że Lech Wałęsa.

WYPRZEĆ CZERWONYCH

Po śniadaniu ponownie się pojawił i zainteresował, czy dobrze mi się czyta i czy piszą coś o nim. Ponownie zapytałem go, jak się nazywa. Wziął „Głos” i pokazał tam swoje nazwisko wśród innych osób, skazanych przez kolegium ds. wykroczeń za udział w manifestacji. Po południu przyszedł powtórnie, ale teraz już na dłuższą rozmowę. Stopniowo od tematu prasy przeszliśmy do sprawy, która wydała mi się zaskakująca. To, co powiedział, można by w skrócie ująć następująco: „Jestem działaczem Wolnych Związków Zawodowych, stoczniowcem, który brał udział w strajku w 1970 roku i był członkiem rady zakładowej. W 1976 roku zwolniono mnie ze stoczni, gdyż okazałem się niewygodny. Zostawiłem tam jednak swoich ludzi w dobrze zorganizowanej grupie. To właśnie oni nie godzili się na moje bezprawne zwolnienie.