Lee Murray,  legenda mieszanych stylów walki, siedzi pod specjalnym nadzorem w marokańskim więzieniu. Na karę uczciwie zasłużył. Ma na koncie napad stulecia – i łup wielkości dziesiątków milionów funtów.


Co wiadomo o Lee Murrayu? Na pewno – że żyje. Reszta jest dyskusyjna. Brytyjska policja zarzuca mu udział w kradzieży prawie 100 mln dolarów. Fani widzieli, jak krzyżował rękawice z jednym z najlepszych zawodników federacji UFC. Lekarze wspominają, że znajdował się w stanie śmierci klinicznej, ale uciekł kostusze trzy razy jednego pracowitego wieczora. Firma Time Inc. wierzy, że na życiorysie boksera da się zarobić spore pieniądze, wprowadzając na ekrany film o nim.


Nieprawdopodobna historia zawodnika mieszanych sztuk walki rozpoczęła się na ulicach Barnfield. Na początku lat 90. XX wieku ta niewielka dzielnica Londynu była ponurym terenem, którym rządziły podrzędne gangi. Liczyły się moc pięści, ostrość noży, celność pistoletów, rzadziej pieniądze. Pochodzący z Maroka Murray od małego musiał walczyć, wykazując wybitne uzdolnienia pięściarskie. To, co robił Lee na ulicy, w klubach sportowych nazywano już wówczas mieszanymi sztukami walki (MMA). Murray tego nie wiedział – jeśli już miałby porównywać swoje wyczyny ze sztuką, to raczej... ze sztuką użytkową. Talent przydał mu się szczególnie wtedy, gdy za kratki trafił jego kolega Mark Epstein, a on sam został szefem gangu rozprowadzającego prochy.


Z gangu  do klatki MMA


W 1999 r. Lee Murray trafił do klubu London Shotfighters. Dziś przybytek ten znany jest na całym świecie właśnie dzięki Murrayowi oraz Aleksowi Reidowi, który większą karierę zrobił jako porno gwiazdor lubujący się w scenach gwałtu (podobno nie przeszkadza to w ogóle jego żonie Katie Price, ofierze gwałtu w młodości). Dziesięć lat temu klub był kuźnią twardzieli. Gdy więc w drzwiach stanął chłopak z gębą spowitą pajęczyną szram i palcami powykręcanymi od wielokrotnych złamań, menedżer Alexis Demetriades od razu pojął, że to materiał na zawodnika. I nie pomylił się.


Murray był efektowny. Kibice kochali go za to, co malowało się w jego oczach, gdy szedł do klatki. Szeptali, że jest skazany na walkę. Lee miażdżył nosy, zakładał dźwignie, ale długo pozostawał jedynie lokalnym bohaterem. Millenium Brawl czy Extreme Challenge, w których brał udział, są niczym odpust w porównaniu z prawdziwym cyrkiem – galą UFC (Ultimate Fighting Championship).


Cyrk ten po raz pierwszy przyjechał do Londynu w roku 2002. Lee nie walczył w UFC 38, ale i tak zwrócił na siebie uwagę. Nie chcąc pozostać anonimowym, z pomocą znajomego wkręcił się na party dla VIP-ów. Tam doszło do jego pierwszej konfrontacji z prawdziwą gwiazdą MMA. Murray wdał się w awanturę z Tito Ortizem, ikoną UFC. Trudno dziś ustalić, kto zaczął, w przepychance wzięło udział kilka osób. Naoczni świadkowie opisywali starcie Ortiza z Murrayem bez większych rozbieżności. Tito wyprowadził jedno uderzenie. Chybił. Na jego twarzy wylądowała seria pięciu uderzeń, które odcięły go na chwilę od luksusowego świata naokoło.


Lee zyskał rozgłos. Wkrótce znów nadarzyła się okazja, by zdobyć sławę. Podczas Millenium Brawl Murray w cztery sekundy rozprawił się z Amerykaninem Amirem Rahnavardim. Po tym, jak znokautował przeciwnika, do klatki wdarli się jego znajomi i rozpętali zadymę.


Rok później, w Boże Narodzenie 2003 r., Murray po raz kolejny stał się bohaterem kronik policyjnych. Jadąc samochodem z ciężarną żoną i dzieckiem, miał wypadek. Zdenerwowany wyskoczył z auta i znokautował faceta, który w niego uderzył. Ten niby drobny incydent zakończył się poważnie: oskarżeniem o próbę zabójstwa. Wpłynął również na sportowe życie Murraya.


Lee przygotowywał się do upragnionego debiutu w UFC. Dan White, szef federacji, chciał mieć barwną postać w swoim show. Brytyjczyk o marokańskich korzeniach fizycznie był gotów do starcia z Jorge Riverą. Mentalnie – na podbój całej hali Mandalay Bay w Las Vegas. Tak jak potrafił porwać fanów w małych londyńskich klubach, tak samo rozpalił amerykański tłum, przywdziewając maskę Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. Po szybkim zwycięstwie przez duszenie zapowiedział, że jeszcze wróci do USA pokazać, jak nokautuje. Nic z tego jednak nie wyszło.


Barwny życiorys Murraya trafił na biurko jednego z urzędników w amerykańskim Departamencie Stanu. Choć brytyjski sąd nie znalazł powodów do ukarania boksera za pobicie kierowcy, Amerykanie postanowili na wszelki wypadek anulować wizę Lee. Jednym stempelkiem anulowali też jego kontrakt z UFC. Zawodnik był skazany na Wyspy. Tam stoczył swoją najgłośniejszą walkę w klatce: z Andersonem Silvą. Po wyrównanej trzyrundowej konfrontacji o pas mistrza kategorii średniej federacji Cage Rage sędziowie wyżej ocenili Silvę. Brazylijczyk dziś jest uznawany za najlepszego zawodnika świata bez podziału na kategorie wagowe.


Pomimo tej porażki i cofniętej wizy Murray był u szczytu sławy. Nie zerwał jednak z dawnymi przyzwyczajeniami. Emocje w klatce nie wystarczały, uwielbiał nocne życie ulic, kluby i podejrzane towarzystwo. Gdy ktoś wyjmował nóż, Lee uruchamiał pięści. Po jednej z bójek stracił sutek odcięty ostrym narzędziem. Najbardziej bał się, że usłyszy o tym mama.


Starcie ze śmiercią


Późną jesienią 2005 r. na chodniku obok klubu Funky Buddha wdał się w kolejną bijatykę. Tym razem przeciwników było kilkudziesięciu, część uzbrojona w noże. Murray oberwał – w serce. Wcześniej został raniony w głowę, ale otarł krew z czoła i bił się dalej. Gdy przebito mu serce, też odpowiedział kilkoma ciosami.


Tu zaczyna się legenda. Według policji ciężko ranny Lee uciekł na stację kolejową, skąd zabrał go ambulans. On twierdzi, że było inaczej. – Sam zatamowałem sobie ranę i pobiegłem do taksówki. Taryfiarz jednak zwiał, gdy zobaczył mnie z gejzerem tryskającym krwią z klatki piersiowej. Wtedy władowałem się do samochodu jakichś dziewczyn i kazałem wieźć się do szpitala – relacjonował.


Według jego opowieści przerażone dziewczyny nie wiedziały, gdzie jest najbliższy szpital. Zaproponowały więc przez telefon dyspozytorowi karetki, że... podrzucą rannego pod kasyno, w którym pracowały. Dopiero stamtąd umierającego Murraya zabrał ambulans.


– Trzy razy byłem w stanie śmierci klinicznej. Ostatni raz byłem martwy cztery minuty. Lekarze powiedzieli mojej rodzinie, że z tego się nie wychodzi – wspomina Lee. W ciągu kilku godzin Murray stracił prawie cztery litry krwi. Gdy po dwóch dniach ocknął się na oddziale intensywnej opieki medycznej, poprosił o kartkę i długopis. Miał napisać: „wojownik”. W wywiadach mówił, że to wydarzenie go odmieniło i że zastanawia się, czy nie spoważnieć. Nie oznaczało to oczywiście unikania nocnych klubów i kłopotów na ulicach, ale brał pod uwagę bardziej poważne podejście do treningów.


Stało się, jak zapowiadał: faktycznie więcej czasu spędzał teraz z ludźmi uprawiającymi MMA. Choć nie w taki sposób, jakiego życzyliby sobie jego kibice... Lee układał plany rabunku z zawodnikiem o nazwisku Lea Rusha. Ten solidnie zbudowany facet mieszkał niedaleko depozytu bankowego Securitas Cash Management w Tonbridge. Łączyły ich nie tylko treningi, ale i interesy. Lee sprzedał Rushy kilogram marihuany, którą podzielono na porcje i upłynniono z zyskiem. To wciąż były jednak stosunkowo małe pieniądze. Dlatego 21 lutego 2006 r. wieczorem obaj wojownicy postanowili zarobić prawdziwą fortunę.


Kierunek: bank


Lee i Lea, przebrani za policjantów, zapukali do domu w Herne Bay. Poinformowali panią Lynn Dixon, że jej 52-letni mąż Colin miał wypadek samochodowy. Colin był menedżerem w depozycie bankowym Securitas. Wspólnicy Murraya zatrzymali go dwie godziny wcześniej, także udając policjantów. Duet zawodników MMA wywiózł panią Dixon z dzieckiem na farmę, gdzie już czekał Colin. Tam wyjaśnili menedżerowi, że zabiją jego rodzinę, jeśli nie wprowadzi ich do skarbca. Przerażony Dixon przyjął propozycję nie do odrzucenia.


Po północy 22 lutego grupa uzbrojona w pistolety i broń automatyczną wdarła się do środka depozytu. Zastraszyli bronią 14 strażników i zabrali się za opróżnianie klatek z pieniędzmi. Sami nie wiedzieli, ile znajdowało się w skarbcu. Jedna z legend głosi, że zrabowali 53,16 mln funtów – tyle, ile zmieściło się do furgonetki, którą przyjechali. Strażników i przerażoną rodzinę Dixonów zamknęli w klatce depozytowej i nie raniąc nikogo, rozpłynęli się w porannej mgle.


Jeden ze strażników wkrótce po wyjściu rabusiów zdołał się uwolnić. Policja była na miejscu w ciągu kilku minut. Detektywi w kilka godzin oszacowali, że był to brytyjski napad stulecia.


Feralne ferrari z DNA w pakiecie


Początkowo zakładano, że kradzieży dokonała profesjonalna grupa z kimś w rodzaju krzyżówki wyspiarskiego Henryka Kwinto i Ethana Hunta na czele. Pani Dixon nie rozpoznała Murraya, choć ten w czasie napadu nie miał maski. Zdaniem śledczych, przestępcy zatrudnili nawet charakteryzatorów, którzy pomogli im ukryć tożsamość. Prawda okazała się prozaiczna. Lee poznał wcześniej fryzjerkę, która pokazała mu, jak ukryć blizny na twarzy, oraz zdradziła tajniki przyklejania podbródków i wąsów.


Rabusie okazali się kompletnymi amatorami. Na ich trop policja wpadła już po dwóch dniach, gdy przebrana za pielęgniarkę Armii Zbawienia kobieta chciała zdeponować w banku sześć tysięcy funtów zawiniętych jeszcze w banderolę z pieczątką depozytu w Tonbridge. Potem znaleziono furgonetkę, którą wywieziono pieniądze. Złodzieje zapomnieli zabrać pistolety, kominiarki i... 1,6 mln funtów. Stróże prawa szybko odnajdywali pieniądze i kolejne dowody.


Wkrótce wpadli na ślad Lee. Miał pecha – tydzień wcześniej rozbił swoje ferrari. Policja puściła go wolno, ale zabezpieczyła auto. Ślady ze skarbca w postaci DNA zmusiły ją do ponownego przeszukania lśniącego corpus delicti. Gdy do techników trafił telefon komórkowy z samochodu, nie mogli uwierzyć w to, co zawierał. Murray przez przypadek nagrał rozmowę z Rushą, w której uzgadniali szczegóły napadu. Lee już jednak nie było na Wyspach.


25 czerwca w marokańskim Rabacie uzbrojony po zęby oddział antyterrorystów dostał rozkaz zatrzymania niebezpiecznych handlarzy narkotyków. Grupa uderzeniowa miała zachować szczególną ostrożność – oficerowie przekazali im, że przynajmniej jeden z podejrzanych jest ekspertem w sztukach walki i potrafi posługiwać się bronią. W centrum handlowym znalazło się więc 50 policjantów i Murray z kolegą. Po stosunkowo krótkiej walce obaj zostali obezwładnieni. Marokańska policja już wiedziała, kim jest Lee. Gdy zapakowali go do opancerzonego samochodu i wieźli w konwoju składającym się z sześciu aut wypełnionych antyterrorystami, w marokańskiej willi Murraya odnaleziono narkotyki. Tak trafił do więzienia.


Anglicy są zdesperowani. Maroko nie ma umowy ekstradycyjnej z Wielką Brytanią, więc by wyciągnąć Lee z więzienia, chcieli go nawet wymienić na Mohameda Karbouziego (któremu z kolei Marokańczycy zarzucają udział w zamachu bombowym w Casablance w 2003 r). Na razie nie dobito targu – Lee siedzi za narkotyki i sam próbuje wydostać się z więzienia. Idzie mu to kiepsko. W zeszłym roku strażnicy znaleźli w jego ciasteczkach małe piły do metalu. Wcześniej Lee dostał zgodę na intensywne treningi. Przekonywał, że po opuszczeniu zakładu karnego w Sale chciałby jeszcze wrócić do MMA. Wszystko jednak posypało się, gdy jeden z więźniów doniósł o rzeczywistych planach Murraya. Lee chciał schudnąć, by po przepiłowaniu krat przecisnąć się przez małe okienko.


Bokser nie jest lubiany w więzieniu. Ma pieniądze i lubi się z nimi obnosić. Jak bardzo jest bogaty? Wciąż nie odnaleziono 32 milionów funtów zrabowanych w Tonbridge...


Autor: Oskar Berezowski - sportowy dziennikarz śledczy (zajmuje się m.in. problematyką dopingu), publikował w „Życiu Warszawy, „Dzienniku Polska Europa Świat”, „Polska The Times”. Od 25 lat specjalizuje się w sportach walki, prowadzi własny serwis budo.pl